Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Na czym polega nowoczesna ciemnota”.

Aktualności

1.03.2021 16:14

Lata 1970, krakowskie Planty –  czytelnictwo gazet, jak widać, kwitło wówczas w najlepsze, choć tytułów prasowych było niewiele. Ale nie miały konkurencji ani ze strony internetu,  ani telewizji. Fot. Wacław Klag

 

 

 

Lata 1970, krakowskie Planty – czytelnictwo gazet, jak widać, kwitło wówczas w najlepsze, choć tytułów prasowych było niewiele. Ale nie miały konkurencji ani ze strony internetu, ani telewizji. Fot. Wacław Klag  

 

 

Doktryna XXI wieku: im większe zyski,
tym większa wolność słowa

Leszek Sosnowski

 

 

Uchodził w swoim czasie za mistrza pięknej łaciny, którą ponoć władał nie gorzej od samego Horacego czy Owidiusza. Gdyby jednak pozostał przy twórczości tylko w tym języku, byłby dziś znany pewnie co najwyżej wśród historyków średniowiecza oraz filologów klasycznych (choć nie wiem, czy jeszcze tacy istnieją). Nieśmiertelną sławę przyniosła mu wszakże poezja w języku volgare, czyli włoskim, uznawanym wówczas za pospolity, którego używanie przez człowieka wykształconego uchodziło za niezbyt stosowne, zwłaszcza w literaturze i nauce. Kiedy jednak 23-letni Francesco Petrarca (1304–1374) spotkał, i to w Wielki Piątek, nieznaną nam do dziś z nazwiska boską Laurę, poczuł przemożną chęć uwiecznienia jej wierszem właśnie w języku volgare. Płodny wielce literacko wielbiciel uczynił to w 317 sonetach, 29 kanzonach, 9 sekstynach, 7 balladach i 4 madrygałach. Przysporzyły mu one chwały, która oparła się presji czasu.
Petrarca ma jednak jeszcze jedną rzecz, a raczej koncepcję w swym dorobku, która od Oświecenia jest natrętnie lansowana, niekoniecznie jednak ze wskazaniem, kto jest jej ojcem (zresztą tych ojców w międzyczasie pojawiło się więcej). Otóż poeta i uczony ubolewał, jako miłośnik i znawca łaciny klasycznej, wielbiciel Cycerona, Wergilego i innych pisarzy rzymskich, że okres, który później zostanie nazwany wiekami średnimi, odszedł od utrwalania i rozwijania kultury Antyku. W związku z tym rozmiłowany bez granic w starożytnej kulturze Petrarca nazwał stulecia, które nastąpiły po upadku cesarstwa, Wiekami Ciemnymi. Wieki Jasne to wcale nie miały być te, które nadejdą, wprost przeciwnie, to były te, które dawno minęły, antyczne. Po wiekach średnich pozostała skromna ilość zapisów, w czasach Petrarki mało wiedziano nawet o renesansie karolińskim, stąd nic nie przyćmiewało blasku bogatego w literaturę Antyku. Pojęcie Wieki Ciemne przyjęło się, ale z czasem zaczęło być używane w zupełnie innym kontekście niż rozumiał je Petrarca.
Przytaczam tę historię, by wykazać, jak zmienne są losy doktryn, pojęć, jakże często używane są one w celach odmiennych niż pierwotnie – choć nowi użytkownicy, a de facto manipulatorzy, gdy tego potrzebują, wspierają się w swych argumentacjach i fałszerstwach autorytetem autora. A przecież gdyby Petrarca powstał dziś z grobu, brakłoby mu słów na określenie głębi ciemnoty naszych czasów, w których nauczanie łaciny uchodzi za staromodną ekstrawagancję albo w ogóle za bzdurę, a historia nie zaczyna się od Antyku, lecz dopiero gdzieś w latach Rewolucji Francuskiej, może w ogóle od momentu powołania do życia Unii Europejskiej. A obudzony z wiecznego snu Monteskiusz, który walczył o niezależność sądów w ramach trójpodziału władzy, na pewno pomyślałby, że znalazł się w wielkim domu wariatów, zobaczywszy obecne sądy niezależne nie od opcji politycznych i światopoglądowych, a od zdrowego rozsądku. A może nawet od rozumu w ogóle. Na dodatek sędziowie mają stanowiska dożywotnie, czemu francuski myśliciel bardzo się sprzeciwiał. Opisuje to oraz tłumaczy obszerniej i ciekawiej prof. Andrzej Nowak w swym najnowszym dziele „Między nieładem a niewolą”.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że za kilka generacji tak wiek XX, stulecie dwóch okrutnych wojen światowych, jak i wiek XXI, stulecie kompletnej deprecjacji uniwersytetów i panowania odmieńców seksualnych, a może i jeszcze gorszych rzeczy, nazwane zostaną bardzo brzydko. Np. Wiekami Degeneracji – bardzo adekwatnie. Nie zmienią tego ani spacer człowieka po Księżycu, ani lądowanie sondy na Marsie; to są sukcesy techniczne, natomiast cywilizacyjnie staczamy się na dno idiotokracji, jak by to określił Janusz Szewczak. Nic dziwnego, skoro nad rozwojem tego wyjątkowego ciemniactwa usilnie się pracuje, nie szczędząc środków.
1.
Tego dnia nigdy nie zapomnę! Szalał mróz, śnieżyca i wicher – a mimo to było pięknie. 10 lutego 2021 – zapamiętajmy tę datę. Oto zamilkły wszelkie onety, interie, tefałeny, polsaty i im podobne antypolskie twory, które na co dzień występują w tym samym złowieszczym, internacjonalnym chórze z niezmiennym programem „Jak najmniej Polski w Polsce!”. Wszyscy oni przerwali ten program, by tym sposobem ukarać (sic!) władzę, a wraz z nią cały obóz patriotyczny, za bardzo konkretny zamiar opodatkowania reklam. Ileż mniej jadu sączyło się tego dnia do umysłów Polaków!
Internacjonalistyczny chór stworzył pogrzebową atmosferę. Na ich portalach i kanałach tv pojawiły się tylko przypominające klepsydry czarne plansze z napisem „Media bez wyboru. Ogólnopolski protest mediów przeciwko nowej opłacie”. Nie należy się jednak łudzić, że międzynarodówka mediowa im. Karola Marksa i Altiero Spinellego świętowała własny pogrzeb. Niestety, protest zaplanowali tylko na 24 godziny, niektórzy nawet tyle nie wytrzymali. Wielka szkoda! Zachęcam towarzyszy redaktorów i dyrektorów do kontynuowania protestu nawet w nieskończoność; będzie to naprawdę z wielkim pożytkiem dla całego narodu. No tak, któż jednak myśli dziś o pożytkach narodu? To też jest staromodne, a nawet szkodliwe.
Wygląda na to, że potentatom, bo przecież tylko o nich chodzi w rządowych planach opodatkowania reklam, grozi poważny niedostatek – na przykład koncern Polsatu zamyka swe roczne zyski kwotą blisko miliarda zł i jeśli nagle Zygmunt Solorz-Żak (znany też jako TW „Zeg”) i jego kompani zarobią na czysto, powiedzmy, tylko 930 milionów, no to ja się pytam, jak oni wyżyją? Albo co będzie, gdy taka ceniona instytucja jak RMF, od kilku ładnych lat własność koncernu Bauera, która zarabia rocznie ponad 400 mln zł, nagle zarobi tylko 380 mln zł? Trzeba mieć świadomość, że te pieniądze wędrują do Niemiec rok w rok, a tam każdy milion się przyda – nawiasem mówiąc, wszystkie zagraniczne koncerny odsyłają wydrenowane w Polsce zyski do swoich ojczyzn lub rajów podatkowych.
Międzynarodówka mediowa nawet, gdy non stop puszcza czarną planszę i niby nic nie nadaje, nie informuje, to nie przestaje być sobą: manipuluje na całego. Pozorują własną rychłą śmierć, strasząc jednocześnie swych klientów, że z powodu działań rządu będą zmuszeni podnieść im opłaty. A przecież i tak je systematycznie podnoszą. Np. Polsat ponad rok temu podwyższył stawki operatorom kablowym aż dwukrotnie, indywidualnych odbiorców oczywiście tym sposobem też nie oszczędzono.
Skarżą się biedacy, że muszą płacić CIT i VAT – czyli de facto skarżą się na to, że nie są świętymi krowami podatkowymi, bo przecież CIT i VAT płaci w Polsce każdy przedsiębiorca. Lamentują nad opłatami za prawa autorskie, ale przecież one idą głównie na występujących u nich celebrytów! Bredzą o „ograniczeniu społeczeństwu możliwości wyboru interesujących go treści”. A cóż to za wybór, skoro cała ta orkiestra gra nieustannie, od lat, na podstawie tej samej prymitywnej partytury, co najwyżej aranżacje się zmieniają, ale też niewiele.
Cel tego towarzystwa jest zawsze, niezmiennie ten sam: dokopać prawicowej władzy, demolować obóz patriotyczny. Dyrygent jest tylko jeden, co widać najlepiej po akcji z czarnymi planszami: przecież nikomu nie wolno się było wychylić nawet o jotę. Chór lamentuje zgodnie. Zgodnie też grozi. Gołym okiem widać, że zasadniczym celem potężnej grupy mediów jest nieustające kopanie legalnie wybranej, większościowej władzy i zatruwanie tym umysłów Polaków. Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, aby zrozumieć, że chodzi tylko o to, by tę władzę dać komuś innemu – komuś uległemu zagranicznym dysponentom, zagranicznemu kapitałowi. Targowiczanom – nazywając rzeczy po imieniu.
Mienią się niezależnymi mediami – i to jest najbardziej szydercze. Bo, przepraszam, od kogo i od czego są niezależni? Może od swoich właścicieli? Od wypłat honorariów? Od awansów? Międzynarodówka mediowa wyznaje tę samą nadrzędną ideę, co tzw. totalna opozycja: im gorzej dla Polski, tym lepiej dla nich. Są niezależni, owszem, ale tylko od Polaków i od prawdy.
2.
Przy okazji wychodzi na jaw, ilu ich jest! Cała masa, nie tylko ci najbardziej znani. To zaś dowodzi nieustającej olbrzymiej przewagi cudzoziemskich i antypolskich mediów w III RP. Widać jak na dłoni, że dekoncentracja mediów dopiero przed nami. Rzeczywistość jednak jest taka, że władza nie umie (nie chce?) wykorzystać swej władzy w przywracaniu normalności na rynku mediów. Mniej więcej co pół roku zapowiadane są zmiany, a potem zapada milczenie i panuje od lat nieszczęsne status quo. To samo dotyczy szumnie głoszonej dekoncentracji, wokół której teraz cisza.
Zakup przez Orlen gazet i portali od Verlagsgruppe Passau należy uznać za ważny, ale jedynie pierwszy krok na drodze spolszczania całkowicie wynarodowionego rynku mediów w Polsce. 10 lutego wśród żałobników znaleźli się także przedstawiciele tej właśnie prasy, którą już możemy nazywać Orlenowską. Na portalach ich gazet całą dobę widniały czarne plansze – oczywiście była to jawna prowokacja wobec nowego właściciela. Ta prowokacja dokonuje się zresztą praktycznie każdego dnia w informacjach, felietonach, publicystyce. Towarzystwo ewidentnie nie zamierza się zmieniać, na to nie ma co liczyć. Np. parę dni temu młoda redaktorka z „Gazety Krakowskiej” – wszak już Orlenowskiej – w rozmowie z jednym z autorów Białego Kruka oburzyła się, gdy ten skrytykował tzw. Strajk Kobiet. Broniła ordynarnej manifestacji niczym Lenin komunizmu, twierdząc nawet, że protesty te nie mają żadnego związku z polityką. Żądanie obalenia legalnej władzy, co widnieje na co drugim transparencie Strajku Kobiet, to oczywiście nie jest polityka…
Mnóstwo osób stawia sobie pytanie: co będzie, gdy PiS w którymś momencie straci władzę? Niech rządzi jak najdłużej, ale tego nie można wykluczyć tym bardziej, że pracują nad tym niektórzy nawet wewnątrz Zjednoczonej Prawicy; działania Gowina każdy widzi. Wtedy tzw. opozycja, czyli w olbrzymiej większości targowica, za darmo dostanie do swojej dyspozycji cały blok publikatorów nabytych przez prawicę od VGP – i na pewno nie zawaha się nawet przez chwilę, by od razu poobsadzać je swoim ludźmi. To nie wzbudzi żadnych protestów ani za granicą, ani w ośrodkach ponoć monitorujących media. Tam odetchną z ulgą.
Potrzebne są zatem zmiany trwałe, gruntowne, gwarantujące własne gazety obozowi patriotycznemu (a więc co najmniej 10 milionom dorosłych osób, licząc tylko wg preferencji wyborczych). Potrzebne są zmiany, które wytworzą pluralistyczną przestrzeń między różnymi mediami, a nie wewnątrz poszczególnych redakcji. W Polsce panuje, nie wiedzieć czemu, nie zweryfikowany nigdy pogląd, że zespoły redakcyjne powinny składać się zarazem z konserwatystów, jak i z lewaków, z wierzących, jak i ateistów, z pisiorów, jak i platformersów. Niektórym się wydaje, że byłaby to sytuacja idealna, bo superobiektywna. To jednak utopia, którą niestety lansują również kręcący się stale wokół PiS-u „eksperci” i „doradcy” medialni, nieraz z poważnymi tytułami naukowymi.
Każdy zespół pracowniczy, także redakcyjny, winien być zgrany, współpracujący, rozumiejący się, a nie kłócący się od rana do wieczora. W takiej jednolitości naprawdę nie ma nic złego, nic autorytarnego. Redakcje muszą być monolitami – walka konkurencyjna czy światopoglądowa ma się toczyć nie wewnątrz nich, ale między publikatorami. Mało tego, największe szanse u odbiorców mają gazety (lub inne wytwory medialne), które prezentują wyraźne oblicza i skierowane są do konkretnego targetu. Hybrydy prawicowo-lewicowe, katolicko-genderowe czy narodowo-kosmopolityczne nie mają szans na rynku.
Znamienne, że takich hybryd żądają od mediów sympatyzujących z PiS-em i całym obozem patriotycznym te publikatory, które same nie zamierzają udostępniać nawet w jednej setnej swych łamów czy też czasu antenowego swoim przeciwnikom ideowym i politycznym. Na te żądania „obiektywizmu” nabierają się niektórzy nasi politycy. Cel zaś Wyborczej, TVN i pozostałych jest prosty: rozmontować przeciwnika, osłabić od środka.
Powiem, jak ja widziałbym rozwiązanie. Pewnie są też inne, lepsze pomysły, więc włączam się tylko do dyskusji. Otóż moim zdaniem zakupiony przez Orlen pakiet gazet regionalnych dobrze byłoby jak najszybciej rozparcelować na osobne podmioty i przekazać je na zasadach gospodarczych prywatnym osobom lub grupom osób (spółki dziennikarskie) gwarantującym utrzymanie polskiej i chrześcijańskiej linii redakcyjnej – nie wstydźmy się wyraźnie to formułować! – oraz wysoki poziom zawodowy. W tej sprawie nie rozglądałbym się tylko po Warszawie, tu chodzi o regiony; tam czekają na swoją szansę m.in. ci, których pozbył się poprzedni właściciel – a pozbył się niemal wszystkich „zalatujących” prawicą. Po prostu warto ogłosić mądry konkurs na projekty nowego zarządzania i zagospodarowania gazet. Jest do tego powód nie tylko merytoryczny, ale jeszcze bardziej ekonomiczny – obecnie są to twory o nakładach nieraz kilkanaście razy mniejszych niż np. 15 lat temu.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 3/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum