Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

Źródła strajku kobiet.

Aktualności

24.11.2020 11:31

 Znakiem rozpoznawczym tzw. protestów były ich wulgaryzm i agresja, co zniechęciło wielu uczestników. Fot. Adam Wojnar

 

 

Znakiem rozpoznawczym tzw. protestów były ich wulgaryzm i agresja, co zniechęciło wielu uczestników. Fot. Adam Wojnar

 

 

Kryzys kultury, Kościoła i rodziny

Adam Sosnowski

 

Czy wiecie, dlaczego dzisiaj tylu ludzi nie wierzy w Boga? Bo jak byli dziećmi, to ich ojcowie nie robili im cudów, nie zachwycali ich otaczającym światem, tylko leżeli z pilotem na kanapie. I potem, będąc już dorosłymi, te dzieci nie są w stanie uwierzyć, że Bóg Ojciec może kochać i że cuda są możliwe”.
Przypomniały mi się te słowa zmarłego w marcu tego roku ks. Piotra Pawlukiewicza, kiedy zastanawiałem się nad źródłem tzw. strajku kobiet. Rzecz jasna, najpierw na myśl przychodziły mi zupełnie inne określenia, zwłaszcza kiedy wściekły mob trąbił mi godzinami pod oknami domu, a potem widziałem, jak dewastuje kościoły. Tak się złożyło, że podczas apogeum zamieszek byłem akurat w Warszawie i obserwowałem tę wściekłość na własne oczy. Tam nie było miejsca na rozmowę, refleksję czy zdrowy rozsądek, liczyły się jedynie rozchwiane do maksimum emocje, które w tłumie stają się praktycznie niekontrolowalne. Warto w tym kontekście przypomnieć słowa austriackiego noblisty żydowskiego pochodzenia Eliasa Canettiego, który studiował psychologię tłumu i był naocznym świadkiem przejęcia władzy przez nazistów w Niemczech w latach 30. XX w. Z przerażeniem wspominał później w słynnym eseju „Masa i władza”, że podczas rozgrzanych wieców nazistowskich tak bardzo dał się ponieść emocjom tłumu, że choć sam był Żydem, to zaczął odczuwać ogromną nienawiść do Żydów i dopiero wróciwszy do domu, był w stanie na spokojnie przemyśleć swoją reakcję.
Dziś nawet po powrocie do domu emocje nie gasną, gdyż nieustannie bombardują nas w telewizji, w internecie i przede wszystkim w mediach społecznościowych. Jak na tak zmasowany atak medialny „protesty” i tak wyciszyły się bardzo szybko – choć pewnie nie na zawsze. Tymczasem ani wywołane przez nie nastroje nie zniknęły, tylko się schowały, ani tych gorszących scen z końca października nie da się zapomnieć. W ostatecznym rozrachunku bowiem te młode kobiety, często jeszcze dziewczyny, wyszły na ulice po to, aby upomnieć się o prawo do mordowania własnych dzieci. Czy miały tego świadomość? Prof. Andrzej Nowak nazwał je barbarzynkami, prof. Wojciech Roszkowski w swej najnowszej książce również mówi o buncie barbarzyńców. Ale mam wrażenie, że trzeba powiedzieć dosadniej: to jest zdziczenie. I nie chodzi mi tu o dramaty, kiedy dziecko w łonie matki jest poważnie chore, bo są to przypadki rzadkie i bardzo indywidualne, i tu moim zdaniem należy pomóc, a nie nakazywać. Chodzi o te wulgaryzmy, te akty wandalizmu i fizycznej agresji, chodzi wreszcie o postulat powszechnej aborcji aż do dnia porodu.
Tzw. strajk był przegrany w tym momencie, kiedy stał się radykalny. Niemniej jednak należy sobie zadać pytanie: czy tak dzisiaj naprawdę wyglądają Polki? Szczerą i równocześnie dramatyczną odpowiedzią będzie: częściowo tak, zwłaszcza w dużych miastach. Jest w Polsce grupa osób, między 10 proc. a 20 proc. społeczeństwa, która pragnie aborcji do 12. tygodnia życia dziecka. Osoby wychowane na Instagramie i Netflixie, dalekie od Kościoła, a przede wszystkim bez oparcia we własnej rodzinie. Trzy obszary, które z punktu widzenia konserwatysty ucierpiały w ostatnich dekadach najbardziej, to kultura (wliczając w to media), wiara i rodzina. Patrząc na to, jak spektakularnie na tych polach poległa prawica (zresztą nie tylko w Polsce), aż dziw bierze, że społeczne poparcie dla radykalnych postulatów lewicy jest tak – stosunkowo – niskie. Do czasu jednak. Jeżeli teraz się tego nie wyhamuje, to potem będzie za późno. A straty będą znacznie bardziej bolesne niż te spowodowane covidem, dlatego po pandemii cały wysiłek powinien skupić się na odbudowie i odbiciu trzech wymienionych wyżej obszarów.

„Kultura to budowanie wartości, dla których warto żyć”
Warto pamiętać te słowa Zbigniewa Herberta. Zmianę polityczną poprzedza bowiem zmiana kulturowa. To jest taka oczywista oczywistość, niemniej po prawej stronie spektrum politycznego należy ją nieustannie powtarzać. Młodemu odbiorcy w tej sferze nie mamy praktycznie nic do zaoferowania, bo dla niego kultura (lub „kultura”) jest dziś transportowana przez media. Dobrze, że państwo polskie pochyla się nad muzeami, zabytkami, wykupem cennych zbiorów czy organizacją wystaw i koncertów, bo to jest potrzebne i zaspokaja potrzeby pewnej części społeczeństwa. Ale nie jest to masowe. Do młodego, wielkomiejskiego odbiorcy najpewniej trafisz dopiero poprzez smartfona, a w dalszej perspektywie poprzez film, portal czy książkę, a są to obecnie obszary najmniej albo w ogóle nie wspierane. Należy zrobić kwerendę kanałów na YouTube i zaprosić młodych, zdolnych twórców do współpracy, pomóc w nagraniach i zdobyciu zasięgów, udostępnić studia, promować w mediach publicznych. To samo tyczy się autorów książek, których do mediów zaprasza się niechętnie, poświęcając większość czasu antenowego polityce, zwłaszcza krajowej. Kto to jednak ma zrobić?
Trzeba jak najszybciej zastanowić się nad pomysłem stworzenia polskiej wyszukiwarki i polskiego portalu społecznościowego, ponieważ wielka czwórka Doliny Krzemowej coraz mocniej opowiada się za poprawnością polityczną i cenzurą, czego dowodem są chociażby wybory prezydenckie w USA. Nieodzowny jest portal horyzontalny o jak najszerszym wachlarzu tematów, gdzie rozsądna polityka będzie przemycana przy okazji sportu, mody, kulinariów, porad zdrowotnych, plotek czy lifestyle’u. Polska już ma mocną pozycję w gamingu i aż się prosi, aby powstała gra komputerowa o Grunwaldzie czy patriotyzmie międzywojennym. O filmach i serialach na poziomie i z morałem już nie wspomnę, bo tego domagają się akurat wszyscy.
Ktoś powie – to kosztuje. To prawda, ale trzeba się wyzbyć w końcu tego myślenia, że przekona się do siebie dziadostwem, bo wystarczy, że idea jest słuszna. Gdyby tak było, nie przekonano by części młodych Polek do dzieciobójstwa, bo już sama idea przecież jest okrutna. Tymczasem wszystkie wymienione wyżej branże są zdominowane przez jeden określony światopogląd. Otwierasz Instagrama, a tam jakaś influencerka mówi, że „przerywanie ciąży” jest okej. W serialach poznasz opowieść o bohaterskiej podróży do klinki aborcyjnej, a główne portale przedstawiają szokujące reportaże o podziemiu aborcyjnym jak o współczesnych sufrażystkach. Temu nawałowi nie da się przeciwstawić bez pieniędzy, a dla prawicy może już prędko nie być drugiej okazji, aby dysponować funduszami na propagowanie wartości i moralności. Ale oto w kryzysie znajduje się ciężkie miliony dla pseudoartystów, totalnie niechętnych polskości, których symbolami stali się Krystyna Janda lub Michał Żebrowski. Zaprzestańmy też z narracją, że nie ma w Polsce młodych i zdolnych konserwatystów. Są! Trzeba ich jednak szukać poza strukturami młodzieżówki partyjnej, która jest wyjątkowo mało kreatywna, a swoją „piątką dla zwierząt” narobiła już dosyć szkody. Naprawdę wystarczy bardziej rozejrzeć się choćby po internecie albo po różnych organizacjach katolickich czy patriotycznych, a znajdzie się ambitnych twórców, którzy teraz nie mają możliwości się przebić, którym nie stwarza się szansy.
Czy te osoby będą akceptować Prawo i Sprawiedliwość? Pewnie niekoniecznie, bo partie ogólnie źle się młodym kojarzą. Ale w tym momencie trzeba wrócić do punktu wyjścia – zmianę polityczną poprzedza zmiana kulturowa. Jeżeli uda się wychować pokolenie konserwatywne, to o wyniki wyborów tak parlamentarnych, jak i osobistych można być spokojnym; wystarczy przecież spojrzeć na obecną polską opozycję, skłóconą, ale totalnie zjednoczoną w swej lewicowości – dzięki stworzeniu dla niej bazy kulturowej. W sferze kultury nie chodzi o szyld partyjny, lecz o przekazywanie pewnych wartości uniwersalnych, jak dobro, miłość, prawda czy piękno. Jako że dzisiaj w kulturze głównego nurtu (znów – nie tylko w Polsce) tego nie ma, że dominują brzydota, perwersja, patologia i gwałt, to nic dziwnego, że przekłada się to na mentalność odbiorców tejże kultury wyrażaną w różnych sytuacjach życiowych. Na ten wózek, którego symbolem stało się osiem gwiazdek lub hasło „wyp….alać”, starają się wskoczyć opozycyjne partie polityczne. Samo zżymanie się na to nie pomoże – wiadomo, że obiektywnie tej antykultury nie da się uzasadnić, uargumentować. Lewica zresztą doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dlatego odwołuje się wyłącznie do emocji, a nie do rozumu. Ale kultura prawicy również powinna zagospodarować emocje, tyle że inne – pozytywne. I należy to zrobić profesjonalnie, maksymalnie ułatwiając przy tym drogę do funduszy i mediów osobom zdolnym, a nie wymagać tysiąca stron wniosków, raportów, opisów, opinii, recenzji, obliczeń i Bóg wie czego jeszcze, by pozyskać parę groszy. To w żadnym wypadku nie są metody inspirujące, pobudzające kreatywność.

Kościół zajęty samym sobą
Tę rolę wielkiego mecenasa kultury przez długie wieki pełnił w przeszłości Kościół, ale dzisiaj już jest to tylko wspomnienie. Święty Kościół Rzymski, instytucja założona przez samego Jezusa, większość energii poświęca dziś na zagadnienia wewnętrzne. Naturalnie, dostaje przy tym rykoszetem z powodu opisanych wyżej zmian kulturalnych, ale przez to znalazł się w pozycji, kiedy już tylko reaguje albo zgoła się chowa, miast samemu narzucać narrację i emanować mocą kreacji. Coraz częściej zamiast w roli podmiotu odnajduje się w roli przedmiotu. Niewyobrażalne wydają się dziś czasy, kiedy biskupi czy opaci mieli realny wpływ na politykę krajową, a także na obraz kultury cywilizacji zachodniej.
Czy jest w tym wina władz Kościoła? Jak najbardziej, przy czym tuszowanie skandali pedofilskich (w żaden sposób nie do usprawiedliwienia) jest tylko jednym z czynników. Dużo mocniej waży tu tzw. pentekostalizacja Kościoła, czyli przenikanie katolickiej doktryny oraz praktyki duszpasterskiej myślą protestancką. To osłabia kręgosłup wiernych, którzy stawiają się w opozycji do Kościoła katolickiego, przynajmniej w jego odsłonie instytucjonalnej. Uznają wtedy, że biskupi i księża to „oni”, a wierni to „my”. To odrzucenie Kościoła jest szczególnym rodzajem ojkofobii (odrzucenia rodzimej kultury), która znów ma swe korzenie w sferze emocjonalnej. Z tego też powodu słuszne i prawdziwe ze wszech miar argumenty, że Kościół dba o bliźnich i kobiety jak żadna inna organizacja na świecie, nie przekonają „strajkujących” kobiet. W ogóle do nich słabo docierają, bowiem Kościół stracił wiele narzędzi przekonywania.
Obiegowa opinia, jakoby Kościół był instytucją zarządzaną przez mężczyzn w sukienkach, aby utrzymać władzę nad kobietami, jest tyleż idiotyczna, co krzywdząca. Historyczne argumenty w naszych środowiskach są dosyć znane, ale i swoim trzeba przypominać, że emancypacja kobiet była możliwa jedynie w społeczeństwach chrześcijańskich, darzących kobiety największym szacunkiem, co bierze się z kluczowej roli Maryi w historii zbawienia. Już pierwsi ojcowie Kościoła zwracali uwagę na to, że mężczyzna i kobieta są równi w swej godności i w swym człowieczeństwie, inaczej jedynie rozkłada się ciężar wzajemnych wobec siebie obowiązków. Tę szczególną pozycję kobiety podkreśla również waga, którą Kościół przywiązuje do nierozerwalności małżeństwa oraz sfery seksualności, albowiem wbrew zarzutom pokolenia 1968 r. kościelna teologia ciała jest ukierunkowana na bezpieczeństwo psychiczne i seksualne kobiety. Podczas gdy w innych religiach były haremy, poligamia czy rozwody, Kościół poszedł tak daleko, że pozwolił na odejście Anglii ze wspólnoty katolickiej, aby stanąć w obronie godności kobiety. Jest to zupełnie niewyobrażalne w jakiejkolwiek innej religii. Utylitarnie można powiedzieć, że w XVI w. Kościół niepotrzebnie się uparł, bo gdyby pozwolił Henrykowi na rozwód, Anglia pozostałaby katolicka, a wraz z nią USA zostałyby skolonizowane przez katolików, a nie przez protestantów.
Stało się jednak inaczej, wierność słowu Chrystusowemu i obrona godności Katarzyny Aragońskiej przeważyły wówczas interes polityczny, choć była to decyzja trudna. Dzisiaj tymczasem Kościół ucieka od trudnych decyzji i jednoznacznych postaw. Generalizuję tu oczywiście, ale tendencja jest widoczna. Episkopaty w niektórych krajach zaakceptowały de facto rozwody i związki homoseksualne, popierają polityków lewicujących albo unikają takich słów jak zbawienie, piekło czy Tradycja. Jest to właśnie owa pentekostalizacja, o której wspomniałem już wyżej.
Bp Andrzej Czaja opisał to w ten sposób: „Współczesny pentekostalizm rozwija też bardzo teologię materialnego sukcesu i dobrobytu oraz całkowite wyzwolenie z tradycyjnych norm, odnoszących się do zewnętrznej świętości. To czyni zeń ruch mocno zorientowany na doczesność. Tego rodzaju religijność ma zapewnić człowiekowi całkowitą samorealizację w teraźniejszości”.
Co to oznacza w kontekście tzw. strajku kobiet? Pozornie wydaje się bowiem, że mamy do czynienia z dwoma odrębnymi zagadnieniami, tymczasem tak naprawdę to właśnie z takiej postawy wynika współczesny kryzys kobiecości. Skoro Kościół – dla świętego spokoju albo w nadziei, że w ten sposób przyciągnie wiernych – zamiast perspektywy wieczności kładzie nacisk na teraźniejszość, to okazuje się, że nie ma kobietom prawie nic do zaoferowania. Wtedy bowiem zamiast macierzyństwa ważna staje się kariera, zamiast obowiązków małżeńskich – promiskuityzm, czyli przypadkowe kontakty seksualne, zamiast trwałości związku – rozwód, a zamiast tradycji – tzw. postępowość. Wówczas też okazuje się, że Matka Boża przestaje być wzorem dla kobiet, bo cóż Ona takiego zrobiła? Całe swoje życie poświęciła dla Syna, a ostatecznie musiała przeżyć i przetrwać to, co dla matki najtrudniejsze, czyli śmierć własnego dziecka. Znamy Maryję z wielu obrazów jako łagodną i piękną kobietę, bardzo rzadko jednak podkreśla się tę Jej cechę, która według mnie zasługuje na największe uznanie, mianowicie Jej odwagę. Jak się głębiej nad tym zastanowić, to historia Maryi jest niesamowita. Przyjmuje na siebie odpowiedzialność macierzyństwa, choć jeszcze nie jest w małżeństwie z Józefem. W ówczesnych realiach oznaczało to Jej śmierć, ponieważ społeczność żydowska posądziłaby Ją o przedmałżeński seks. A przecież Maryja nigdy się z tego nie tłumaczy, nawet Józefowi, któremu dopiero sprawę wyjaśnia anioł we śnie. No i co potem? Potem przez 30 lat nie dzieje się zupełnie nic. Jezus jest dzieckiem, uczy się u boku swojego ziemskiego ojca, dorasta, staje się mężczyzną, uczy się na cieślę i żyje monotonią palestyńskiego żywota sprzed dwóch tysięcy lat. Tymczasem Maryja przecież cały czas pamięta obietnicę sprzed narodzin Jezusa, kiedy usłyszała, że urodzi „Syna Bożego”, który będzie „wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida”. To przecież jest nie lada zapowiedź! Aż 30 lat Maryja czekała na jej spełnienie, a gdy to już nadeszło, musiała ścierpieć Golgotę.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

 

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 12/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum