Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

Ziemia będzie jednobiegunowa?

Aktualności

31.01.2022 11:32

 Wieloletnia indoktrynacja marksistowsko-leninowska na Zachodzie odniosła nieprzemijające sukcesy. Na zdjęciu Gelsenkirchen w Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie dobrowolnie postawiono pomnik Leninowi – w czerwcu 2020 r. W USA natomiast kilka dni temu w ramach bolszewizacji kraju usunięto piękny pomnik prezydenta Theodore’a Roosevelta na koniu. Nie jest wykluczone, że w to miejsce stanie monument Włodzimierza Lenina. Nie wiadomo, czy na koniu – to byłaby innowacja godna Amerykanów! Fot. PAP/Caroline Seidel

 

 

 

Wieloletnia indoktrynacja marksistowsko-leninowska na Zachodzie odniosła nieprzemijające sukcesy. Na zdjęciu Gelsenkirchen w Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie dobrowolnie postawiono pomnik Leninowi – w czerwcu 2020 r. W USA natomiast kilka dni temu w ramach bolszewizacji kraju usunięto piękny pomnik prezydenta Theodore’a Roosevelta na koniu. Nie jest wykluczone, że w to miejsce stanie monument Włodzimierza Lenina. Nie wiadomo, czy na koniu – to byłaby innowacja godna Amerykanów! Fot. PAP/Caroline Seidel

 

 

Wojna zimna przekształca się w gorącą

Leszek Sosnowski

 

 

Kiedy 6 i 9 sierpnia 1945 r. spadły na Hiroszimę i Nagasaki dwie bomby atomowe – na każde miasto po jednej, wystarczyło – wcale nie wywołało to aż tylu dyskusji publicznych, jak by mogło się nam to dziś wydawać. Bardziej nurtującym stało się pytanie, czy Rosjanie też już mają atom. Dużo więcej pisano o tym strasznym dla całej ludzkości zagrożeniu w latach późniejszych, gdy było pewne, że Sowieci posiedli również, głównie drogą złodziejstwa, atomowego straszaka. Ostatnimi czasy znów żyjemy w takiej świadomości, jakby zdolna wyniszczyć cały glob broń jądrowa znajdowała się gdzieś daleko w kosmosie, a nie na planecie zapełnionej już prawie 8-miliardową populacją.
Był jednak wówczas, w 1945 r., jeden niebywale bystry i przenikliwy obserwator światowych wydarzeń, który ocenił rzeczy tak, jak one się rzeczywiście miały. Jak zwykle – można powiedzieć. Posługiwał się pseudonimem George Orwell. Już dwa miesiące po zniszczeniu Hiroszimy i Nagasaki przewidział on, dokąd zabrnie z bronią atomową tzw. świat. W artykule opublikowanym 19 października 1945 r. w londyńskiej gazecie Tribune pisał: „Patrząc na świat jako całość, widać, że od wielu dziesięcioleci dąży się nie tyle do anarchii, co do ponownego narzucenia niewolnictwa. Być może nie zmierzamy ku ogólnemu załamaniu, ale ku epoce tak niezwykle trwałej, jak starożytne imperia niewolnicze”. Dalej Orwell przepowiada, że ideologiczne implikacje spowodują w epoce atomowej, a więc niebawem, zwycięstwo państwa, „które będzie z jednej strony nie do pokonania, z drugiej zaś będzie w permanentnym stanie ‘zimnej wojny’ z sąsiadami”.
1.
Autor Roku 1984 był pierwszym, który użył tego terminu: zimna wojna – oddaje on istotę rzeczy doskonale. Pionierstwo przysługuje tu Orwellowi, a nie, jak piszą liczni historycy, amerykańskiemu spekulantowi giełdowemu i jednemu z najbogatszych ludzi w USA, Bernardowi Baruchowi. Pojęcie to, ale i sam problem, spopularyzował natomiast pisarz, publicysta i intelektualista Walter Lippmann (1889–1974), m.in. doradca prezydenta Roosevelta. Wydał on w USA poczytną książkę zatytułowaną właśnie Zimna wojna, dokonując analizy powojennego stanu napięcia między mocarstwami, niedawnymi sojusznikami, czyli głównie między USA a Związkiem Sowieckim. Jest to z naszego punktu widzenia pozycja ciekawa i dziś, ponieważ autor przeprowadził dość trafną ocenę powojennej sytuacji również w Europie Środkowo-Wschodniej, a więc i w Polsce. Dokonał trafnej analizy, ale, jak wykazała historia, wyciągnął błędne wnioski.
Otóż, zakładał Lippmann, przekazanie albo raczej utracenie przez Niemców ich wschodnich terenów na rzecz Polski będzie wymagało siły w celu utrzymania takiego stanu rzeczy. Tak też się stało; jak wiadomo, RFN nigdy nie chciała uznać naszej zachodniej granicy, nic ją nie obchodziło, że ma to być rekompensata – zupełnie nierównoważna zresztą – za nasze Kresy przepadłe w wyniku wojny. Wojny, którą Niemcy sami rozpętali. Do dziś działają tam siły polityczne i społeczne domagające się zwrotu dużego kawałka Polski.
Zrujnowana materiałowo i biologicznie po 1945 r. Polska faktycznie nie dałaby rady w pojedynkę trwać przy ziemiach, które w PRL-u nazwano odzyskanymi. One zresztą rzeczywiście były odzyskane, choć po paru wiekach niepolskiego władztwa. Lippmann uznawał zatem za konieczne ustanowienie nad Wisłą takiego rządu, który będzie przyjazny wobec ZSRS, bo tylko Sowieci mogli w praktyce zabezpieczyć odpowiednią siłę dla utrzymania zaordynowanego w Teheranie i w Jałcie nowego stanu rzeczy. I utrzymania na wschodzie Europy porządku, co pozwalało Zachodowi swobodnie i miło rozwijać się przez pół wieku. Polsce odwrotnie, pozwalało na bardzo mało, i to od samego początku moskiewskiej „opieki” nad nami. A miło to było u nas, owszem, ale tylko w rodzinach i wśród przyjaciół, bo w państwie na pewno nie.
Takie poglądy właśnie, jak bywałego w najwyższych sferach rządowych nowojorczyka Waltera Lippmanna, stawały się popularne wśród zachodnich polityków i zdominowały ich na wiele lat. Praktycznie do dziś. Dlaczego? Bo wszyscy lubią święty spokój, który Zachód miał, dopóki Związek Sowiecki trwał. Niby napiętnowano żelazną kurtynę, już od 1946 r. (Churchill), ale tak naprawdę przeszkadzała ona tylko nam, znajdującym się po tej stronie. Po drugiej stronie gwarantowała właśnie święty spokój, nie była zatem wcale taka zła dla Zachodu.
Co prawda przeciągano nieustannie linę ze wschodu na zachód i odwrotnie, ale wiadomo było, że nikt nikogo do końca nie przeciągnie, że niczyje terytorium nie zostanie zagarnięte. Toczyła się wojna, ale zimna. Ona nie parzyła, więc w zachodnich stolicach odbierała spokój tylko nielicznym. Jak się okazuje, niesłusznie, bardzo niesłusznie, bowiem zimna wojna to jednak też wojna i poprzedza gorącą. Miała ona i ma swoje tragiczne skutki. W niej też są zwycięzcy i przegrani.
Obserwując to, co dziś dzieje się na granicy rosyjsko-ukraińskiej, co wcześniej stało się na Krymie i w Donbasie, musi się dojść do takiego właśnie wniosku – oczywiście tylko wtedy, gdy ktoś godzi się być pouczanym przez historię (magistra vitae). Należy sądzić, że utarczki na naszej białoruskiej granicy są także elementem stopniowego ogrzewania zimnej wojny, zamieniania jej w gorącą.
Pogląd Lippmanna i wielu jego następców, że Polska może trwać tylko w symbiozie z Moskwą, został zakwestionowany, ale jednak na dość krótko – podczas prezydentury Ronalda Reagana. I jeszcze trochę podczas prezydentury Donalda Trumpa. Wszyscy inni na Zachodzie kochali najpierw święty spokój, potem jeszcze bardzo polubili poprawność polityczną, by dojść, m.in. w osobie Joe Bidena, do stanu wyznawców gender, ideologii opartej na marksistowsko-leninowskim podłożu. To, co obecnie dzieje się w Ameryce na scenie nie tylko politycznej, jest jednym z głównych dowodów na to, że w wyniku zimnej wojny terytoria jej uczestników co prawda się nie zmieniły, ale poglądy owszem. Tu zwycięzcą okazuje się niestety bolszewicki imperializm ideowy (i nie tylko) ucieleśniany teraz przez Rosję.
Choć obecnej Rosji absolutnie nie można rozpatrywać tylko w kategoriach bezpośredniego spadkobiercy Związku Sowieckiego. To coś więcej; Putinowski system okazuje się spadkiem po bolszewikach, ale i po Rosji carskiej także. To wyjątkowo wybuchowa mieszanina, która mogła powstać w wyniku wojny zimnej. Okazuje się przy tym, że posowiecka część spadku, bolszewicka, najbardziej przydała się – na Zachodzie!

2.
Polska po rozpadzie (nazwijmy to tak umownie) ZSRS pokazała, że jest w stanie okrzepnąć i działać samodzielnie, nie w żadnej symbiozie ze swym „opiekunem”, czyli z prześladowcą i wyzyskiwaczem. Lippmann ewidentnie się mylił w swoich wnioskach. I to w sposób dla nas szkodliwy, ponieważ jego konkluzje wciąż nie zostały definitywnie odrzucone. W ciągu całego trwania III RP z polityków zachodnich uwierzył w naszą siłę i samodzielność w zasadzie tylko prezydent Trump. Reszta co najwyżej udawała, że postrzega nas jako samodzielnych i suwerennych, ale przy byle okazji oglądali się na Moskwę i nie chcieli nic robić z nami lub w naszej sprawie bez jej milczącej aprobaty.
Szczególny jest przypadek Niemców. Oczywiście w ewidentny sposób nie chcą oni drażnić Rosjan, zwłaszcza jeśli chodzi o jakieś działania dotyczące polskich zagadnień. Ale z drugiej strony czują się – choć nigdy by tego głośno nie przyznali, tyle że fakty mówią same za siebie – spadkobiercami imperialnej polityki Prus i nie zamierzają w całości oddawać Moskwie swoich wpływów i zysków wypracowanych w III RP.
Niemcy znają nas lepiej niż Amerykanie, czy inni zachodni politycy, i szybko się spostrzegli, że Polska faktycznie rośnie w siłę, że nabrała samodzielności i że już nie można jej lekceważyć. Zareagowali w typowy dla siebie sposób: butnie i brutalnie. Buta widoczna jest już każdego dnia w wypowiedziach niektórych ważnych polityków, naukowców, działaczy społecznych, a przede wszystkim mediów, które w Bundesrepublice z małymi wyjątkami mają rys nacjonalistyczny, niezależnie od wyznawanego światopoglądu. Brutalność przejawia się na razie na scenie polityczno-dyplomatycznej. Postanowili postawić Polskę tam, gdzie uznali, że jej miejsce: w odległym, ciemnym kącie – jako zbieraczkę szparagów i truskawek, opiekunkę starców, pomoc na budowie itp.
Polska niestety wpakowała się – może zresztą nie było innego wyjścia, to temat na osobne rozważanie – w układ polityczny nazwany Unią Europejską. Układ, który początkowo wydawał się korzystny, może nawet przyjazny, a który teraz coraz gwałtowniej zamienia się w nasz koszmar. Głównie za sprawą właśnie Niemiec, ponieważ postanowiły one uczynić z tej organizacji platformę dla swojej ekspansji, którą mają we krwi, która sięga korzeniami co najmniej do Królestwa Prus, tego wrzodu, który wyrósł na ciele Rzeczypospolitej. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE uczyniło ich samodzielnym dyktatorem na wszystkich polach działania.
Nieszczęsnym dla nas jest to, że przekonanie o wrodzonej jakoby słabości Polski (bo położenie geograficzne etc.) oraz przekonanie o możliwości egzystowania tylko w symbiozie z jakąś potęgą przeniosło się na wielu Polaków. Naród osłabiony brakiem poległych w bojach lub kaźniach II wojny światowej kilku milionów najsilniejszych swoich przedstawicieli, najbardziej przywiązanych do polskości, dzielnych i młodych, naród ten okazuje się wewnętrznie wciąż wyczerpany. Jakże jednak ma się wykurować, skoro jest nieustannie szarpany za trzewia – przez targowickie partie, przez antypolskie, antypatriotyczne media, przez ulicę i zagranicę…
Idea symbiozy, którą Lippmann uznał już w 1947 r. za konieczną z punktu widzenia geopolityki i którą podtrzymywała skutecznie zimna wojna, tkwi dalej w niejednej polskiej głowie, przeżera niejedną polską duszę. Nie mówiąc o skrywanej rosyjskiej propagandzie uprawianej na całym świecie, do której dołączyła teraz niemiecka, dyskredytującej nas na wszelkich możliwych forach i frontach.
Kto na przykład zdaje sobie sprawę z tego, że przy okazji różnych sympozjów i naukowych konferencji rosyjscy prelegenci przedstawiają Polaków jako swoich… okupantów? Powołują się przy tym na fakt historyczny okupowania Moskwy przez wojska hetmana Żółkiewskiego – na początku XVII wieku! I przez dwa lata: 1610–1612. Rozmawiałem nie tak dawno z przyjacielem, który wrócił z sympozjum teologicznego w Rzymie: tam też był rosyjski wykład na ten temat. W przerwie podchodzili do niego uczestnicy spotkania – naukowego! – i pytali oburzeni: co wam ci biedni Rosjanie zrobili, że byliście dla nich tacy okrutni?! O zaborach nie mieli natomiast pojęcia; ignorancja historyczna jest wielka również w świecie naukowym. A co dopiero mówić o świecie polityki.
Aby uwolnić się od przeklętego syndromu lokaja lub wasala, jak kto woli, państwo polskie powinno wykorzystywać najdrobniejszą nawet okazję, żeby promować w świecie pozytywną wiedzę o nas. Zwłaszcza państwo kierowane przez władzę podobno reprezentującą obóz patriotyczny. Dlaczego tego nie robi? Szasta się grubymi milionami na kosmopolityczne, wynaradawiające przedsięwzięcia, na dodatek kompletnie demoralizujące, a nie znajduje się np. grosza dla dyplomacji na systematyczne promowanie kraju za granicą. Wewnątrz Polski zresztą też potrzebna jest systematyczna praca nad polskością i moralnością, pozytywna praca, bo negatywna odchodzi na całego.
Tymczasem niektórzy przedstawiciele prawicowej władzy znajdują preteksty, by domagać się eliminacji, dymisjonowania tych nielicznych, którzy nie tylko mają zdrowe poglądy, ale także gotowi są poświęcać się za nie, walczyć – jak np. małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Niektórzy przedstawiciele państwa, dzisiejszego państwa, nie mówię o Tuskowym rządzie, wstydzą się pochwalić Polską – jedząc jej chleb. Ale to temat na inny artykuł, powiem jeszcze tylko, że proponowane przez niżej podpisanego inicjatywy popularyzowania naszej Ojczyzny za granicą zostały przez niektórych ministrów spuszczone z bieżącą wodą… Sami żadnych własnych inicjatyw do dziś nie podjęli. I wcale się od nich tego nie wymaga.
Tymczasem inteligentne, robione z maksymalnym rozmachem promowanie Polski w świecie – lub tego nierobienie – jest elementem zimnej wojny, w której z przedmiotu „ochranianego” przez Moskwę staliśmy się podmiotem. Ale o to chyba nam chodziło? Działania zatem na polu umacniania własnego wizerunku i postrzegania nas w świecie są w obecnym czasie nie mniej ważne niż armaty! Strzelają w nas okupacją Kremla, a my odpowiadamy czym? Ambasady mają zabronione nawet samodzielne kupowanie książek promujących Polskę! Albo proszę mi powiedzieć, gdzie jest jakiś system tłumaczenia i, co nie mniej ważne, rozprowadzania promujących dorobek Ojczyzny publikacji w językach obcych!
Za to bardzo dobrze ma się system funkcjonowania naszych placówek zagranicznych prowadzący do ich ubezwłasnowolnienia – zaordynowany jeszcze przez Sikorskiego, gdy był szefem MSZ. Zdaniem tego jegomościa wystarczała fasadowa działalność polskiej dyplomacji, bo o sprawach zasadniczych rozstrzygać miał hegemon, którego ówczesny minister wskazał osobiście i bez owijania w bawełnę: Niemcy. Zgodnie z koncepcją m.in. Waltera Lippmanna o konieczności posiadania przez Polskę silnego opiekuna zewnętrznego, czyli innymi słowy niemożności samostanowienia. Koncepcją ćwiczoną dokładnie przez wszystkie lata PRL-u.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 02/2022 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Archiwum