Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„ZAGRANICZNE MEDIA ROK W ROK WYCIĄGAJĄ Z POLSKI MILIARDY”

Aktualności

24.07.2018 12:09

Opracowano wg zaokrąglonych danych Kantar Media. Opracowano wg zaokrąglonych danych Kantar Media.

 

TVN przekaże do Ameryki 466 mln zł, RMF do Niemiec 104 mln

 

Leszek Sosnowski

 

 

Kiedy dyskutuje się o niezwykłej szkodliwości zawładnięcia polskim rynkiem mediowym przez zagranicznych właścicieli mediów – głównie niemieckich, jeśli chodzi o gazety, czasopisma, internet oraz radio – rozważa się tylko szkody polityczne, czasem społeczne. Te ostatnie są moim zdaniem wprost niepoliczalne. Natomiast jak najbardziej policzalne są szkody ekonomiczne, które czynią nam wszelakie Bauery, Springery itp.
Wydawałoby się, że to głównie zagraniczne banki i sieci handlowe wysysają z naszej gospodarki miliardy – nic bardziej mylnego. Takich gigantycznych pijawek jest więcej. Znakomicie udaje się to także właścicielom wydawnictw, radiostacji, portali oraz zblatowanych z nimi domów mediowych. Te ostatnie są jeszcze bardziej w zagranicznych łapach niż prasa codzienna. A obracają rocznie kilkoma miliardami złotych, nie zostawiając tu nad Wisłą nic ze swych niebotycznych zysków. Nikt nawet w tzw. naszych mediach nie ośmiela się krytykować już nie tyle ich samych, co przynajmniej ich statusu, bowiem każdy się boi, że jak podskoczy, to nie dostanie nawet okruchów z wielomiliardowego tortu. „Okruchy” to zresztą za dużo powiedziane – to są okruszki.
Przedstawiamy obok tabelę, która pokazuje, kto w Polsce naprawdę rządzi reklamą, czyli de facto związanymi z nią wielkimi pieniędzmi. Sądzę jednak, że najpierw trzeba krótko wytłumaczyć Czytelnikowi, bo mało kto obeznany jest z tymi działającymi zupełnie w cieniu mechanizmami funkcjonowania sprzedaży reklamy i pozyskiwaniem na nią miejsca (czasopisma, gazety, internet) oraz czasu (radio, telewizja). Nawet mniejsze przedsiębiorstwa chcące się reklamować nie rozmawiają na ten temat z poszczególnymi wydawnictwami czy redakcjami. Zgłaszają się właśnie do domów mediowych – oświadczają tam, że mają taką a taką sumę na reklamę swego produktu, określają swoje preferencje i na tym koniec. To ów dom mediowy opracowuje dla nich kompleksowy plan, biorąc pod uwagę wszystkie rodzaje publikatorów i określając precyzyjnie miejsce gdzie, kiedy i jak będzie anonsowany owoc pracy danej firmy. Jak łatwo się domyślić, mniejsi w takim systemie nie mają szans, nikt z nimi nawet nie chce rozmawiać. Jak nie masz przynajmniej paru milionów na jedną akcję reklamową, to nie masz po co do takiego potwora się udawać. Jeżeli zaś wydawca pominie dom mediowy, a więc pośrednika, i sam zatelefonuje np. do PZU i zapyta, czy nie zechcieliby się reklamować, ot choćby we „Wpisie”, to usłyszy, że oczywiście bardzo chętnie, ale oni w niczym nie mogą pomóc, bowiem obsługuje ich już jeden z potentatów (wymieniony zapewne w tabeli obok).
Domy mediowe zabezpieczają się nie tylko od strony reklamodawców, ale także tak samo od strony posiadaczy miejsc i czasów reklamowych, zawierając z nimi stosowne umowy; ci nie mogą im odmówić zamieszczenia spotów czy ogłoszeń. Zresztą i tak odmawiać nie zamierzają, bo przecież pieniędzy z reklamy potrzebują jak ryba wody. Są rodzaje publikatorów, u których wpływy z reklamy stanowią nawet więcej niż 90 procent! Tak jest w przypadku radia czy internetu. A więc domy mediowe de facto posiadają potężną władzę, bo rozdzielają gigantyczne pieniądze, które otrzymują na kampanie reklamowe od innych gigantów rynkowych. W sumie wartość reklamy za ubiegły rok jest szacowana na 8,8 mld zł (już po szacunkowym odliczeniu wszelkich rabatów) i stale rośnie. 79 procent z tego przypada na telewizję i internet. O tym, jak jednak ciężko jest nawet telewizji publicznej wydrzeć coś z tej kwoty, wiemy z częstych wystąpień prezesa Kurskiego. Natomiast mniejsze media funkcjonujące po stronie obozu zwycięskiego w wyborach w ogóle są bez szans w walce o prawdziwe pieniądze z reklamy.
Minister kultury rozdziela rocznie ok. 6 milionów zł dofinansowania na więcej niż setkę czasopism, uważając to za wielką działalność promującą i posługując się do tego horrendalną biurokracją. Tymczasem taki np. Mediacom (firma brytyjska) rozdysponowuje rocznie setki milionów! Jak z automatu nasuwa się pytanie: kto tu naprawdę rządzi? Kto rządzi nie tylko pieniędzmi, bo poprzez nie domy mediowe, a raczej ich właściciele, mogą preferować również określone wartości (albo ich brak), postawy polityczne (choć nigdy tego nie powiedzą publicznie), światopogląd, ulubione zachowania seksualne itp. Rozdysponowywanie takich wielkich kwot nie dokonuje się li tylko z uwagi na jakość danego medium lub jego prawdomówność i wiarygodność. To ostatnie w ogóle się nie liczy; powoływanie się w celu pozyskania reklam na prawdomówność i wiarygodność swego publikatora może wywołać tylko uśmiech politowania albo i pogardy. Zresztą nakładami w tych instytucjach też mało kto się przejmuje, o czym świadczą również podane w tabelach dane. Cóż więc decyduje?
Generalnie rzecz biorąc, domy mediowe tworzą klany światopoglądowe powiązane także sympatiami politycznymi, w kręgu których na pewno nie znajdzie się żadne ugrupowanie prawicowe i chrześcijańskie, takie, które nie akceptuje tzw. małżeństw jednopłciowych, imigrantów w swoim domu, multi-kulti etc. Oczywiście tego się raczej wprost nie usłyszy, raczej nam powiedzą, że nasze media są słabe, że mają mały zasięg, że nasz odbiorca jest specyficzny (znaczy się, jest np. homofobem). Albo w ogóle nie podejmą rozmowy. Tak się tworzy błędne koło: nasze media są słabe, bo nie mają wpływów z reklam, a nie mają tych wpływów, bo są słabe. Czy można w ogóle rozwiązać ten problem? Na pewno. Trzeba go rozwiązać, i to szybko.
Nie wdając się tu w szczegóły, stwierdzę ogólnie, że polonizacja domów mediowych oraz stworzenie im polskiej konkurencji byłyby znacznie prostszym zabiegiem niż przekształcanie samych mediów. Jest to też (powinno być) zadaniem wyprzedzającym zmiany w konfiguracji samych mediów. I z jednym, i z drugim nie wolno zwlekać – pod groźbą klęski nie tylko wyborczej. Oczywiście już widzę, jak przeróżne złe duchy dobrze zadomowione w kręgach władzy plus licznie tam obecni ludzie lękliwi zaczynają straszyć przepisami unijnymi, otwieraniem kolejnego frontu itd. W kręgu nawet najwyższej władzy rozsiadło się niestety wielu osobników, którzy bardzo elokwentnie tłumaczą wszelakie niemożności i z wielkim talentem wynajdują przeszkody, nigdy zaś sposoby ich pokonania. Bardzo dziwię się Prezesowi, że takich hoduje, i to w tych trudnych czasach, zamiast szukać ludzi kreatywnych, nieustępliwych, odważnych oraz sprytnych, dla których nie ma pojęcia „nie da się”.
Przedstawione w tabeli największe domy mediowe nie są żadnymi cudami techniki lub organizacji, żeby szybko nie udało się ich sprawnie zastąpić. To samo – czyli rozdzielać pieniądze – można czynić samemu, bez kosmopolitycznych sieci opasujących cały glob, w tym i Polskę. Nie należy też obawiać się, że nie będą wtedy chciały reklamować się w Polsce te wszystkie globalne koncerny i inne molochy obecne nad Wisłą. Gdyby tak było, to oznaczałoby to, że wycofują się z naszego rynku. A to byłaby ostatnia rzecz, jaką oni by zrobili, choć oczywiście początkowo straszyć tym mogą i będą.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

 


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 7-8/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum