Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

Za trzy miesiące załamie się wymiar sprawiedliwości

Z Małgorzatą Wassermann rozmawia Adam Sosnowski

Aktualności

16.10.2015 11:25

Małgorzata Wassermann, adwokat, absolwentka Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, córka ofiary katastrofy smoleńskiej Zbigniewa Wassermanna, kandydatka Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Sejmu.  Fot. Michał Klag Małgorzata Wassermann, adwokat, absolwentka Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, córka ofiary katastrofy smoleńskiej Zbigniewa Wassermanna, kandydatka Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Sejmu. Fot. Michał Klag Adam Sosnowski: Jak wygląda Pani zwykły dzień?
Małgorzata Wassermann: Moje zwykłe, normalne dni skończyły się 10 kwietnia 2010 r. Do tamtej pory żyłam bardziej anonimowo i bez większych problemów. Miałam oboje rodziców, na których pomoc i wsparcie zawsze mogłam liczyć. W latach szkolnych moim obowiązkiem była nauka i dobre oceny. Jednak mimo że rodzice mnie utrzymywali, po raz pierwszy poszłam do pracy już w wieku 16 lat.
A co Pani robiła?
Byłam kelnerką, w ten sposób sobie dorabiałam. Moja starsza siostra już pracowała, więc ja też chciałam, ale priorytetem dla mnie i rodziców były dobre wyniki w szkole i na studiach.
Do jakiej szkoły Pani chodziła?
Do XIII LO w Krakowie, a następnie studiowałam prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Stypendium naukowe otrzymywałam od II roku do końca studiów. Uczyłam się solidnie, przede wszystkim dlatego, że to lubiłam. Zaprocentowało to, gdy pracowałam już w swojej kancelarii, trzeba się było utrzymać na rynku i dbać o klientów.
Rozumiem, że miało to miejsce jeszcze za życia ojca? Czy przejęła Pani firmę tudzież klientów po tacie?
Nie, nigdy w życiu nie pracowałam u mojego ojca. Przez sześć lat w jego biurze poselskim odbywałam wolontariat. Tata zaczął pierwszą kadencję posła, kiedy ja kończyłam studia. Robiliśmy wówczas wspólnie kampanię wyborczą – a oboje byliśmy w tym tak zieloni, jak trawa na wiosnę. Kiedy tata wszedł do Sejmu, otworzył biuro. Dużo czasu spędzał w Warszawie, nie tylko z powodu obowiązków poselskich, zasiadał też w trzech komisjach śledczych, później był jeszcze ministrem.
Dalej jednak mieszkał w Krakowie i tutaj miał główny punkt swojego życia.
Dokładnie, a jak było ciężko z czasem, to potrafił przylecieć do nas nawet tylko na jedną noc, by rankiem znów wracać do Warszawy. W tym czasie zajęłam się jako wolontariusz biurem taty, choć byli tam też oczywiście pracownicy na umowę o pracę czy na zlecenie. Oprócz nich gromadziliśmy wokół siebie wolontariuszy prawników, których w pewnym momencie było nawet 14. Bezpłatnie przyjmowaliśmy ludzi, którzy potrzebowali różnych form pomocy prawnej, rocznie mieliśmy do 3 tysięcy interwencji. Zapotrzebowanie było tak wielkie, że mimo dużej ekipy wolontariuszy nie nadążaliśmy z obsługą ludzi, którzy przyjeżdżali z całej Polski, a niekiedy nawet z zagranicy.
Nie da się jednak przez całe życia pracować jako wolontariusz. Kiedy otworzyła Pani swoją kancelarię, w której murach dzisiaj się spotykamy?
To był 2007 rok. Po ukończeniu studiów i aplikacji zdałam egzamin adwokacki i otworzyłam kancelarię. Od tego momentu zajęłam się swoją pracą, zaś biuro taty zostawiłam innym sprawnie działającym osobom. Moimi zmartwieniami były wówczas moja kancelaria, dobre wykonywanie pracy adwokata, dbanie o klientów. Oczywiście denerwowałam się, podobnie jak cała moja rodzina, kiedy publicznie atakowano mojego ojca, ale w sensie własnego zaangażowania byliśmy wówczas daleko od życia politycznego. Poglądy mieliśmy zawsze patriotyczne i katolickie, bo takie wychowanie wynieśliśmy z domu. Wiedzieliśmy, co to był Katyń, wspólnie chodziliśmy w niedziele i święta do kościoła, rozumieliśmy, jak ważna jest polityka i troska o Ojczyznę. U nas o takich sprawach w domu się rozmawiało.
Czyli z domu wyniosła Pani tradycyjną, polską kindersztubę?
Owszem, i dla mnie to jest normalne. Niestety, od jakiegoś czasu trwa próba wynarodowiania Polaków i odepchnięcia ich od tradycyjnych wartości. Ponieważ tata starał się nie przynosić pracy do domu, w weekendy nigdy nie rozmawialiśmy o polityce. Wtedy zjeżdżała się do nas cała nasza liczna rodzina, były wspólne posiłki i wspólne zmywanie naczyń – a proszę mi uwierzyć, przy tylu osobach cały czas jest co zmywać.
To były zatem te zwykłe dni, od których zaczęliśmy naszą rozmowę, a które skończyły się wraz z tragicznym lotem 10 kwietnia 2010 r. do Katynia.
Wtedy wszystko całkowicie musiało się zmienić. Przede wszystkim zabrakło ojca, który brał na siebie wszystkie problemy i troski. Ale oprócz tej bolesnej straty, już tuż po katastrofie zaczęła się walka o prawdę i dobre imię mego taty. Przecież pamięta Pan tych wszystkich pseudoekspertów, którzy się nagle pojawili.
Pamiętam. Tłumaczyli nam wtedy, kto był pijany, a kto nie, kto przebywał w kokpicie i że to na pewno była wina pilotów.
I jeszcze te cztery podejścia! Tak czy inaczej, to był moment, w którym moje spokojne życie bezpowrotnie się skończyło. Pierwsze trzy lata były najgorsze, ale dalej też nie jest łatwo. Zawsze i nieubłaganie przychodzi kolejny 10 kwietnia. I proszę zwrócić uwagę, że dla nas to nie tylko dzień uroczystości i żałoby, ale także odpierania ogromnego ataku, który na każdą rocznicę zawsze się wzmaga. Od kiedy zaś zdecydowałam się kandydować do Sejmu, moje życie nabrało jeszcze większego tempa. Tak się jednak dobrze złożyło, że moi współpracownicy i ja mamy podobne poglądy w wielu kwestiach, co tworzy dobrą atmosferę w zespole. Pracujemy po 12 godzin dziennie.
No dobrze, ale jest Pani młodą, atrakcyjną i znaną kobietą, więc chyba nie tylko pracą Pani żyje. Gdzie jest czas na życie prywatne?
Teraz, w trakcie kampanii wyborczej, muszę uczciwie przyznać, że nie mam na nie w ogóle czasu. Jedynymi odstępstwami były dwa wesela osób mi bliskich, na które się udałam. Poza tym pozostaje praca.
Ale Pani lubi swoją pracę, prawda? Takie odnoszę wrażenie, szczególnie kiedy słyszę, z jaką pasją opowiada Pani o różnych kwestiach prawniczych.
Uwielbiam moją pracę. Najbardziej lubię te chwile, kiedy jakąś bardzo trudną sprawę udało się doprowadzić do końca z pozytywnym skutkiem. Wówczas satysfakcja i radość są tak ogromne, że trudno to opisać słowami. Z drugiej zaś strony jest duży zawód, jeżeli coś pójdzie niezgodnie z naszymi założeniami. Najbardziej jednak i najdotkliwiej bolejemy wtedy, kiedy wiemy, że prawda cierpi, my zaś nie potrafimy tego udowodnić.
W jakim prawie specjalizuje się Pani kancelaria?
W prawie karnym, cywilnym, gospodarczym, rodzinnym i prawie pracy. Obsługujemy również firmy.
Jakimi zagadnieniami się nie zajmujecie?
Na przykład upadłościami czy ZUS-ami. Nie da się wyspecjalizować w Krakowie wyłącznie w jednym rodzaju prawa, bo jest tu na to za mały rynek, a do nas przychodzą zazwyczaj klienci indywidualni.
Pani nazwisko jest mocno utożsamiane z partią Prawo i Sprawiedliwość, a po ogłoszeniu, że startuje Pani w wyborach do Sejmu z ich listy, utrwali się to jeszcze bardziej. Szczególnie w biznesie widać często niechęć do tego ugrupowania. Czy zdarzyło się, że ktoś nie chciał z Panią współpracować z powodu kojarzenia z PiS-em?
Nawet jeżeli tak było, nigdy o czymś takim się nie dowiedziałam. Na pewno jednak zdarzały się sytuacje, kiedy udzielałam porad prezesom potężnych firm, którzy musieli mi wtedy przynajmniej w pewnym stopniu zaufać. A skoro zdecydowali się, bym poprowadziła ich sprawy, to moje kompetencje i rekomendacje okazały się silniejsze niż niechęć do PiS-u. I myślę, że tego nie żałowali. Tym bardziej że tajemnica zawodowa jest dla mnie wartością absolutną. Nigdy i przed nikim jej nie złamię. Do żadnych celów, a zwłaszcza politycznych, nie wykorzystam tego, co powiedział mi ktoś chcący zyskać u mnie poradę. Jeżeli podejmuję się sprawy, jestem wobec klienta lojalna do cna. Na tym polega nasz zawód. Nie reprezentuję wymiaru sprawiedliwości, jak na przykład prokuratura czy sąd. Jeśli Pan do mnie przyjdzie, to ja za wszelką cenę – w ramach legalnych narzędzi oczywiście – będę Pana broniła.
A co działoby się, gdyby nie była Pani przekonana o niewinności swego klienta? Czy trzeba go wówczas bronić mimo wszystko, wbrew sobie i swoim przekonaniom? Abstrahując od tego, że w takiej sytuacji adwokat będzie prawdopodobnie mniej skuteczny, ale pozostaje też kwestia etyczna takiego postępowania.
Zdarzyło mi się kilka razy, że nie czułam danej sprawy, klient mnie nie przekonał do swoich racji. Wtedy delikatnie staram się zasugerować, aby rozważył możliwość skorzystania z pomocy innego adwokata. Tak jak Pan mówił, nie czując sprawy, na pewno nie byłabym w stanie poprowadzić jej na sto procent swoich możliwości.
Państwo mogłoby jednak Panią zmusić. Są sprawy przydzielane z urzędu i wtedy nie ma Pani wyboru.
Zgadza się, ale i w takiej sytuacji jest pewien wybór. Kilka razy dostałam taką sprawę, ale poprosiłam o zwolnienie i dostałam je bez problemu. Chciałabym tu też jednak dodać, że mało jest ludzi całkowicie pozbawionych uczuć i nieraz warto jest dać im drugą szansę, choć wiadomo również, że nie zawsze zostanie wykorzystana.
Ale czy każdy powinien mieć prawo do obrony przed sądem, nawet najwięksi, ewidentni zbrodniarze?
Tak, chociażby dlatego, że historia zna wiele przypadków pomyłek sądowych. Kilka tygodni temu głośny był przypadek Lewisa Fogle’a, który odsiedział 34 lata życia w więzieniu, a teraz po nowych badaniach DNA okazało się, że ten mężczyzna był niewinny i niesłusznie go skazano. Nikt i nic nie odda mu straconego życia. Ale proszę mnie dobrze zrozumieć – moje spojrzenie na przestępczość jest bardzo restrykcyjne. Prawo karne to bowiem nie tylko obrona, ja bardzo często pełnię funkcję oskarżyciela posiłkowego i obok prokuratora oskarżam o coś daną osobę.
Kiedy mówimy o tym, że nigdy nie ma stuprocentowej pewności, przychodzi mi na myśl stary klasyk, czyli film „Dwunastu gniewnych ludzi”, gdzie właśnie ten temat został mistrzowsko przedstawiony. Prowadzi nas to do bardzo głębokiego zagadnienia, jakim jest moralność w zawodzie prawnika. Nad tym zastanawiał się już Cyceron. Czy uważa Pani, że adwokat – podobnie jak na przykład lekarz – powinien móc powołać się na klauzulę sumienia, aby nie musieć podejmować się obrony w jakimś przypadku?
Ale on może to zrobić. Z zasady nie powinien, ale jeżeli uzasadni, że ma problem z tą sprawą – obojętnie jakiej natury – to może się z niej zwolnić. Nie znam przypadku, kiedy przymuszano by adwokatów do prowadzenia spraw, których oni nie chcieli. Niemniej tylko w szczególnych okolicznościach wolno nam odmówić reprezentacji klienta.
Jakich spraw Pani by się nie podjęła?
Nie wyobrażam sobie być reprezentantem kogoś, kto chce skarżyć lekarza za to, że nie przeprowadził aborcji. Ogólnie jednak w naszym zawodzie nie powinno się tak myśleć, ponieważ coś, co przedstawiono hasłowo i powierzchownie, może przy bliższej obserwacji okazać się nie tak jednoznaczne.
Jak podają gazety, Ewa Kopacz – lekarz z zawodu – twierdzi, że lekarze powinni zostawiać sumienie za drzwiami swoich gabinetów. A czy prawnik może, nie może, a może powinien być człowiekiem wierzącym?
Bardzo dobrze, że Pan o to pyta. Zdanie o zostawianiu sumienia za drzwiami gabinetu jest fatalną wskazówką dla lekarzy, co my wszyscy odczuwamy codziennie na własnej skórze w szpitalach czy przychodniach. Każdy z nas wie, jak zachowuje się lekarz pozbawiony uczuć i empatii. Tak to się kończy, gdy sumienie nie jest wraz z lekarzem w gabinecie przy pacjencie, lecz poza nim. Nie rozumiem, jak pani premier może do tego nawoływać. W naszym zawodzie nikt nas do tego nigdy nie namawiał. Absolutnie nie zgadzam się z tą wypowiedzią i uważam, że daje ona fatalny przykład. Mnie zarówno w zawodzie, jak i w życiu prywatnym sumienie pomaga. Pomaga we wszystkim, od początku do końca, w złych chwilach i w dobrych. Bardzo dobrze pamiętam wakacje z sierpnia 2009 r., kiedy wstawałam codziennie rano, patrzyłam w lustro i mówiłam: „Dziękuję Ci Boże, że jesteśmy tacy szczęśliwi”. Proszę Boga o pomoc, gdy mi jest źle, ale potrafię także podziękować, gdy jest dobrze. Również w pracy wiara jest dla mnie potrzebnym oparciem i daje perspektywę miłosierdzia – ale miłosierdzia sprawiedliwego.

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum