Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

WYSPIAŃSKI ARTYSTA GIGANT

Aktualności

18.12.2017 11:52

Fragment wystawy „Wyspiański” w MNK. Po lewej widoczna replika projektu dolnej części witraża „Polonia” do okna górnego katedry lwowskiej, wykonanego przez artystę w 1894 r. Fragment wystawy „Wyspiański” w MNK. Po lewej widoczna replika projektu dolnej części witraża „Polonia” do okna górnego katedry lwowskiej, wykonanego przez artystę w 1894 r.

Olbrzymia wystawa
w Muzeum Narodowym
w Krakowie

 Jolanta Sosnowska

 

Nigdy za życia Stanisław Wyspiański nawet w przybliżeniu nie miał tak obszernej i nowoczesnej pracowni jak pomieszczenia drugiego piętra gmachu głównego Muzeum Narodowego w Krakowie przy alei 3 Maja, gdzie eksponowanych jest obecnie blisko 500 (!) jego prac. Zarówno kompozycja wystawy, jak i jej aranżacja są zaiste godne tego wielkiego, wszechstronnego artysty polskiego, malarza, poety, twórcy teatralnego, wizjonera, którego dzieła są dziś wyjątkowo szanowane. „O, kocham Kraków – bo nie od kamieni przykrościm doznał – lecz od żywych ludzi” – żalił się nie bez powodu Wyspiański. Kraków nadrabia dziś zaległości wobec swego wielkiego syna.

Gorzał miłością do Polski

Właściwie to bardzo dziwne, ale i nader wymowne, że ten arcypolski artysta nie miał przez ostatnie lata w Krakowie, swoim rodzinnym mieście – w którym i dla którego z tak ogromną pasją tworzył – osobnego, tylko jemu poświęconego muzeum czy też stałej ekspozycji. A przecież zasłużył się dla tego podwawelskiego grodu oraz dla naszej narodowej kultury i sztuki tyle, co bodaj żaden inny twórca. Zostawił po sobie ogromny i jakże wszechstronny dorobek; samo krakowskie Muzeum Narodowe jest obecnie w posiadaniu około tysiąca obiektów z nim związanych, które w ostatnich latach spoczywały w magazynach. W skład tego największego skarbca dzieł Stanisława Wyspiańskiego wchodzą obrazy olejne, pastele, akwarele, szkice, rysunki, ryciny, kartony witraży, przepróchy, projekty, meble, rzeźby, przebogaty i unikatowy księgozbiór, autografy wierszy i utworów dramatycznych, do których wykonywał też własnoręcznie ilustracje i winiety, kostiumy teatralne, afisze, ale także listy, dokumenty, zdjęcia rodzinne i pamiątki osobiste. Dobrze więc, że zostały wreszcie z przepastnych magazynów wyciągnięte te dzieła i pamiątki. Na otwartej 18 listopada br. wystawie eksponowana jest zaledwie połowa z nich, a jest to mimo to największa w historii polskiego muzealnictwa ekspozycja monograficzna! Trzeba zatem z niemałym żalem zapytać – dlaczego dopiero teraz...
Oczywiście dobrze, że okazją stał się ku temu jubileusz stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, której piewcą był Wyspiański, a której nie dane mu było doczekać. Dobrze też, że wernisażem wystawy dzieł tego właśnie genialnego twórcy zainaugurowano w Krakowie te obchody. Artysta miał ogromną cześć dla chwały polskich dziejów, czego wyraz dawał we wszystkich rodzajach swej wybitnej twórczości. Najbardziej wymownym tego świadectwem jest niezrealizowany architektoniczny projekt przebudowy Wawelu, nazwany Akropolis, dla którego wzorem był „Akropolis w Troi, której obrońcą był Hektor, wzór ducha bohaterskiego, króla-ducha narodu”. Wyspiański pracował nad nim z architektem Władysławem Ekielskim (1855–1927), działo się to na przełomie 1904 i 1905 r. Teka „planu dla Wawelu” liczyła 27 rysunków, niestety nie wszystkie się zachowały.
Szkoda, że nie doszło do realizacji tych planów; wzgórze od strony Wisły prezentowałoby się wtedy dużo piękniej niż dzisiaj (poaustriackie koszary z czerwonej cegły to niechlubny symbol panowania zaborcy). Warto tu dodać, że na Wawelu Wyspiański umiejscowił akcję rapsodów „Kazimierz Wielki” (1900) i „Bolesław Śmiały” (1903), a także dramatów „Legenda” (1897), „Wyzwolenie” (1903), a przede wszystkim „Akropolis” z 1904 r. W 1903 r. w warszawskim „Kurierze Codziennym” można było przeczytać taką oto wypowiedź artysty: „Teraz kończę nowy utwór: ‘Akropolis’, i ten będzie zamknięciem cyklu trylogii, której początkiem jest ‘Wesele’, środkiem ‘Wyzwolenie’. ‘Akropolis’ będzie dopełnieniem i wtedy może mnie pojmą, zrozumią... (...) zresztą zobaczycie ze sceny, gdyż najpierw sztukę wystawię, a potem dopiero będę drukował w książce...”. Niestety Stanisław Wyspiański nie doczekał się jej wystawienia, premiera tego dramatu odbyła się dopiero w 1926 r. – już w wolnej, niepodległej Polsce.

Twórczość w duszy gra

Można sobie wyobrazić, że Wyspiański, któremu dane było przeżyć tylko 38 lat – podobnie jak Mozart, który dożył jedynie 35 lat i nie nadążał z zapisywaniem na papierze rodzącej się w jego głowie muzyki – nie nadążał z malowaniem rodzących się w jego głowie wizji oraz z przelewaniem na papier twórczości poetyckiej. Był pod tym względem wszechstronniejszy od salzburczyka, bo mistrzowsko i wirtuozowsko poruszał się po dwóch, a raczej trzech (bo przecież jeszcze teatr) dziedzinach sztuki – pędzel, tudzież kredkę pastelową, zastępując bez trudu piórem i na odwrót. Wszystkie dzieła Wyspiańskiego pokazywane w krakowskim Muzeum Narodowym wskazują na ogromną wrażliwość tego artysty, na nieustanną umiejętność zachwytu polską tradycją i naturą, a także na ogromną, tytaniczną wręcz pracowitość. Wydaje się, że nieustannie coś szkicował i zapisywał, nieustannie coś go inspirowało. Wydaje się, że nie opuszczało go ani na moment twórcze natchnienie, tak wielki zostawił po sobie dorobek. Nawet gdy był już ciężko chory i nie mógł wychodzić z domu, szkicował lub malował widok z okna. A widział zawsze po swojemu i po swojemu twórczo, z ogniem w oku, przetwarzał. „Pracuje z wytrwałością, cierpliwością, z przejęciem – wspominała krewna Wyspiańskiego Maria Waśkowska-Kreinerowa. – Pracownię swoją zarzuca rulonami papieru. Na ścianach przymocowuje bez ram coraz to inne malunki, rysunki, szkice, kartony małe, kartony duże”.
Imponująca wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym podzielona została na siedem części, a otwiera ją bardzo obszerne kalendarium życia i twórczości (opracowane przez Filipa Skowrona i Katarzynę Mrugałę), które dostarcza wiele nieznanych ogółowi faktów. I tak np. okazuje się, że ok. 1880 r. (Staś ma wówczas zaledwie 11 lat) powstają pierwsze zachowane do dziś jego szkicowniki. W 1884 r. (w wieku 15 lat) Wyspiański zapisuje się jako słuchacz nadzwyczajny do Szkoły Sztuk Pięknych (prawdopodobnie dzięki Janowi Matejce, którego cenił będzie przez całe życie), a latem 1885 r. przywozi z wycieczki do Kalwarii Zebrzydowskiej tekę pełną rysunków. Takich teczek z rysunkami powstaje już wówczas kilka. Siedemnastoletni Stanisław w październiku 1887 r. zostaje przyjęty od razu na drugi rok studiów w Szkole Sztuk Pięknych, a 3 marca 1888 r. za wybitne wyniki w nauce przechodzi na rok trzeci.
W grudniu na posiedzeniu Kółka Estetycznego studentów historii sztuki UJ Wyspiański wygłasza referat „O pomnikach brązowych Krakowa”, a podczas zimowych ferii studiuje książki i ryciny w Gabinecie Historii Sztuki UJ. W lutym 1889 r. studiuje tamże reprodukcje i albumy o sztuce, a w kwietniu za rysunki z wycieczki inwentaryzacyjnej po Małopolsce otrzymuje wynagrodzenie od Komisji do Badania Historii Sztuki krakowskiej Akademii Umiejętności. W maju z inicjatywy 20-letniego Wyspiańskiego wystawione zostaje na deskach Czytelni Akademickiej UJ amatorskie przedstawienie „Dramatu jednej nocy” Aurelego Urbańskiego, którego to przedstawienia jest on reżyserem, tworzy do niego dekoracje i kostiumy oraz gra główną rolę… kobiecą (Lidia). Dziwne zatem wydaje się, że na koniec roku akademickiego otrzymuje w Szkole Sztuk Pięknych bardzo dobre oceny za postęp, a tylko dobre za pilność. 15 września Stanisław wraz ze swym przyjacielem Józefem Mehofferem otrzymuje od Jana Matejki propozycję wykonania polichromii do restaurowanego właśnie kościoła Mariackiego. Przy okazji tych prac Wyspiański studiuje i szkicuje wielkie dzieła sztuki znajdujące się w bazylice.
W lutym 1890 r. młody artysta maluje swój pierwszy autoportret, a w marcu wyjeżdża w podróż artystyczną po Europie, której trasę opracował dla niego sam Tadeusz Stryjeński (1849–1943), bardzo uznany wówczas architekt i konserwator zabytków. Stanisław zwiedza wówczas m.in. Wiedeń, Wenecję, Padwę, Weronę, Mantuę, Mediolan, Lucernę, Bazyleę, Paryż, Chartres, Rouen, Amiens, Reims, Strasburg, Pragę i Drezno. Wykorzystuje ten czas na poznanie zabytków, chodzenie po muzeach i teatrach oraz szkicowanie. Słowem, chłonie z szacunkiem i zachwytem dzieła mistrzów poprzednich epok, by coraz bardziej odnajdywać swoją własną, niepowtarzalną twórczą ścieżkę.
11 maja 1891 r. za stypendium otrzymane od Jana Matejki wyjeżdża na półtoraroczne studia malarskie do Paryża. Wraz z Mehofferem otrzymuje też od starego mistrza zlecenie wykonania projektu witraża przedstawiającego sceny z życia Matki Bożej dla kościoła Mariackiego. Przebywając w stolicy Francji, Wyspiański spędza długie godziny w Luwrze, studiując dzieła mistrzów włoskich i francuskich. W połowie listopada debiutuje (również wspólnie z Mehofferem) na wystawie Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie prezentowane są ich projekty mariackich witraży; recenzje są bardzo przychylne. Ciekawe, że obdarzeni wielką indywidualnością artyści potrafili stworzyć dzieło bardzo jednorodne – co widać zresztą na wystawie. Rok później Wyspiański i Mehoffer dostają zadanie zaprojektowania witraży do katedry lwowskiej m.in. na temat ślubów Jana Kazimierza. I w późniejszym czasie artysta projektuje też witraże do tego kościoła, żaden z nich niestety nie zostanie zrealizowany. Jak wielka to szkoda, widzimy oglądając projekty na wystawie.

Portretowanie najbliższych

Pierwsza część wystawy zatytułowana U mnie w domu prezentuje zarówno autoportrety artysty wykonywane w różnych okresach życia (najwcześniejsze pochodzą z 1890 r.), jak i obrazy, na których uwiecznił swą żonę Teofilę Teodorę z domu Pytko (chłopkę z podtarnowskiej wsi Konary, która różniła się od niego pod każdym względem…), a także ich wspólne dzieci – Helenkę, Miecia i Stasia oraz usynowionego Teodora (nieślubne dziecko żony). Są to głównie pastele, gdyż już w 1891 r. okaże się, że artysta ma alergię na farby olejne. Przeżywszy poważne zatrucie nimi, przestanie ich używać.
Wyspiański portretuje swych najbliższych w codziennych, zwykłych sytuacjach. Można powiedzieć, że „uchwytuje” ich tak, jak obecnie robione są zdjęcia aparatami komórkowymi – aczkolwiek z niedościgłym dziś artyzmem. „Główka Helenki” przedstawia córeczkę z rozdziawioną buzią i włoskami w nieładzie, a „Główka Mietka” ukazuje cherubinkowego chłopczyka ubranego w piżamkę i nieco zaspanego. Z takim samym zachwytem, z jakim rodzice prezentują dziś na Instagramie fotografie swych pociech, namalowana została przez artystę „Helenka z wazonem”. Ojciec-malarz uchwycił ukochaną córeczkę w momencie, gdy oparta brodą i rączkami o stół nieco zamyślona dotyka środkowym palcem różowego kubka, w którym stoją niezapominajki. Artysta przedstawia też swe dzieci śpiące; zawsze rysuje je z widoczną tkliwością. Wydaje się, że nieustannie nosi przy sobie przybory do rysowania, podpatruje domowe scenki i zaraz zamienia je w obraz. Szkicownik to jest jego aparat fotograficzny. Zabawny jest rysunek „Mietek i Teodor” z 1902 r., pokazujący dwóch obrażonych urwisów nad talerzami zupy, jakby im zdecydowanie nie smakowała. „Mietek oparty na rękach” z 1904 r. sprawia wrażenie, jakby chłopiec właśnie coś zbroił i został skarcony, a teraz siedzi przy stole naburmuszony. Z obrazów Wyspiańskiego trudno byłoby rozeznać, że jego życie rodzinne nie było harmonijne, a związek z kobietą tak bardzo się od niego różniącą, wręcz prymitywną, starszą od niego, zupełnie go nierozumiejącą, daleki był od małżeńskiej harmonii i szczęścia. Prawdopodobnie artysta poślubił Teofilę z litości i poczucia obowiązku, i to wtedy, gdy na świecie było już ich dwoje wspólnych dzieci (ślub wezmą 17 listopada 1900 r. w kościele św. Floriana). Dużo bowiem wcześniej, we wrześniu 1893 r., Wyspiański pisał z Paryża: „Czy ja ją mogę kochać? (…) I gdy ja tak wyobrażam sobie moje życie jak obraz malowany, jakże ja mogę brać do moich myśli i ciągnąć ku sobie dziewczynę, która żyje nie kolorami, nie dźwiękami, nie wyobraźnią, nie melodią, nie zobrazowaniem formy, ale formą samą i życiem jakimś wegetującym, na które ja patrzę z równym współczuciem jak na życie kwiatu, lub owadu, na rozwój storczyka lub rumianku, wykształcenie się muszki lub pszczoły. (…) Nieraz czytałem w oczach ‘daj mi spokój’ rzeczywiście i ja powtórzyłem sobie ‘daj mi spokój’. – Weź ty całą moją litość, jakąś przywołała do moich oczu, że się skropliły łzami, weź ty całą litość moją, obudzoną w sercu co bije silniej, a usta moje drżą by dotknąć twoich ust, jak kiedy tulę do twarzy kwiatów kielichy wilgotne wonią. – Ileż razy to byłem rozkochany w kwiecie przez litość i tylko przez litość kochałem nieraz gdzieś dojrzaną dziewczynę. Czyż to wystarczy do życia?”.
Nie wystarczyło, mimo iż Wyspiański nigdy się na Teofilę nie żalił, nie krytykował jej, raczej chwalił za gospodarność i dbanie o jego interesy. Opinia o niej przyjaciół, znajomych i krewnych była jednak druzgocąca. Ukochana ciotka Stanisława, która przez długie lata go wychowywała i u której mieszkał przed ożenkiem, nie pozostawiała złudzeń: „Otóż dzisiaj dowiedziałam się od tej, która w tej jego chorobie tam około niego czuwa, że przez dwa dni 12 i 13 b.m. [lutego 1906 r.] stan jego zdrowia był bardzo groźny – że dzisiaj 14 lut. cokolwiek mu lepiej – ale że jest pozbawiony wszelkiej opieki tak w dzień, jak i w nocy, ona wprost jest niegodziwa – całą noc nie zajrzy do pokoju, w którym leży (obok pracowni w żółtym pokoiku), nie poda lekarstwa – nie zmieni lekarstwa – krzyczy i dokucza mu, że nic nie robi, tylko choruje – potrąca go – jest tak nieszczęśliwy, opuszczony i samotny, że cały czyściec cierpień przechodzi – żadnego listu mu nie da, tylko z Tadeuszem każdy list czyta i niszczy, ani żadnego listu nie wyśle, który on chce posłać, i tak boryka się nie tylko z chorobą, ale z tą bardzo złą kobietą”.
Częste były zarzuty, że Teofila nie troszczy się o Stanisława, a chętnie korzysta z zarabianych przez niego pieniędzy. Jan Skotnicki tak opisywał atmosferę panującą w domu Wyspiańskich: „Odwiedziłem go w tym czasie na Krowoderskiej. Otworzyła mi drzwi żona, straszna baba. Dusił mnie zapach lekarstw i jodoformu pomieszany z zapachem kiszonej kapusty i pranej bielizny. Pokój wprawdzie był spory i widny, ale niedostatek i nieład panował wszędzie. Uciekłem po paru słowach zamienionych z Wyspiańskim. (…) Położenie materialne tego wielkiego twórcy było ciężkie, zebraliśmy więc między sobą trochę groszy, by mu kawioru kupić i dać na leki. Po paru dniach doszła nas wiadomość, że żona kilo przesłanego przez nas kawioru podobno sama na jednym posiedzeniu pożarła, a za pieniądze nasze, przeznaczone na leczenie, futro dla siebie kupiła. Lekarze zabronili mu używania alkoholu, ale ponieważ ona go lubiła, wiec kupowała wina i likiery, część wlewała mężowi do gardła, a resztę sama wypijała. Trzeba było go odebrać spod opieki tej baby i oddać do lecznicy doktora Gwiazdomorskiego. Tak też zrobiono. Zajął się tym Wilhelm Feldman. Było jednak za późno, bo nadeszły ostatnie dni jego męczeńskiego żywota”.
Ponurość tych ostatnich chwil życia artysty oddają dwa niezwykle przejmujące rysunki z 1907 r., „Stanisław Wyspiański z żoną w łóżku i Aniołem śmierci” oraz „Portret własny”, na którym artysta pokazał swą zniekształconą przez syfilis twarz o wyrazistych, pełnych ogromnego smutku oczach. Jedyną jego ucieczką była sztuka.

 

 Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum