Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„WPIS NR 100”

Aktualności

25.02.2019 10:23

Prof. Andrzej Nowak: „Wpis” nie daje się przytłoczyć dziennikarskiej ulotności, nie goni za nowinkami, nie cytuje i nie polemizuje jałowo. „Wpis” sięga do źródeł. Fot. Leszek Sosnowski

 

 

 

Prof. Andrzej Nowak: „Wpis” nie daje się przytłoczyć dziennikarskiej ulotności, nie goni za nowinkami, nie cytuje i nie polemizuje jałowo. „Wpis” sięga do źródeł. Fot. Leszek Sosnowski

 

Miara i znak sprzeciwu, czyli
komu niepotrzebny jest język polski

Prof. Andrzej Nowak

 

Kiedy się pojawił „Wpis”, można było się zastanawiać: czy warto robić konkurencję już istniejącym czasopismom, które mają na swych sztandarach wiarę albo patriotyzm (rzadko jednak razem połączone)? Trzeci człon tytułu: „sztuka” – dodawał jednak coś, czego gdzie indziej na pewno nie było w takim połączeniu, a co inaczej, szerzej może, dałoby się oddać słowem „kultura” (oczywiście „Wiara, Patriotyzm i Kultura” nie dawałyby tak dobrego efektu w skrócie, a mogły nawet mylnie sugerować jakieś czasopismo dla brydżystów: WPIK). Już po kilku numerach „Wpisu” można było zobaczyć, że tworzy się coś oryginalnego. Oryginalny – nie znaczy wcale eksperymentalny, odcinający się od tego, co było wcześniej. Nie, wręcz przeciwnie: oryginalny – znaczy sięgający do źródła (origo).
„Wpis” nie daje się przytłoczyć dziennikarskiej ulotności, nie goni za nowinkami, nie cytuje i nie polemizuje jałowo, jak czynią to – niestety – niemal wszystkie inne większe periodyki po „naszej” stronie, z codzienną propagandą rozmaitych tub „postępu”. Dzięki temu nie ulega tym, którzy narzucają – od czasów Woltera, nie dopiero Gramsciego i Sorosa – warunki i tematy publicznej dyskusji. „Wpis” sięga do źródeł. Nie fascynuje się zatykającymi źródła śmieciami. I to wydaje mi się główną siłą tego periodyku, z którym mam zaszczyt współpracować od początku.
Tu pisze się o pięknie i głębi Kościoła i jego tradycji, o sile polskości i jej fundamentach, o znaczeniu Chrztu sprzed ponad 1050 lat, o misji jego najlepszych sług na tej ziemi – od świętego Wojciecha, przez Stanisława, obie Jadwigi, Andrzeja Bobolę, aż po brata Alberta, ojca Maksymiliana, siostrę Faustynę, Jana Pawła, a wreszcie tych, których „Wpis” zdążył jeszcze zaprosić do współpracy, jak choćby wielki przyjaciel naszego pisma, kardynał Stanisław Nagy. Tu pisze się o znaczeniu, o nieprzemijającej urodzie dzieł Moniuszki, Chopina, Matejki, Wyspiańskiego, Paderewskiego, o tym, co mają nam do powiedzenia Kochanowski, Mickiewicz, Sienkiewicz, Leśmian. Jeśli tego się dowiemy, tego posłuchamy, przekonamy się o tym, to naszego wewnętrznego ładu, naszego myślenia, nie zagłuszy ten chaos, do którego zapraszają nas codzienne „wrzutki” sierot po Lwie Trockim i doktorze Goebbelsie. Nie będziemy też tak podatni na werdykty obecnych salonów politycznej poprawności, które lansować próbują do rangi wielkich twórców autorki i autorów, którzy w najlepszym razie znajdą w dziejach polskiej kultury tyle miejsca, co Stefania Sempołowska czy Adolf Dygasiński.
Ten wewnętrzny, przywracający miarę ludziom i sprawom, suwerenny, polski ład „Wpisu” wydaje mi się najważniejszy. Co nie znaczy oczywiście, że nie czytam z wielkim pożytkiem głębokich analiz politycznych, choćby autorstwa ministra Krzysztofa Szczerskiego, czy też wnikliwych uwag posła Janusza Szewczaka o zaplanowanych absurdach ekonomii banksterów i o programie ich usuwania. To nawiązanie do spraw aktualnych jest oczywiście potrzebne.
Niespodziewanie jednak, po trzech latach rządów PiS, odnajduję jeszcze jeden, jakże ważny sens ukazywania się „Wpisu”. Oto okazuje się, że wzmacnianie obecności polskiej kultury w naszym życiu codziennym, obrona jej miejsca w przestrzeni publicznej, jest dzisiaj zadaniem nie mniej palącym, niż było przed objęciem władzy przez PiS. Kapitalnie zdiagnozował ten problem prof. Artur Grabowski w drugim piśmie, z którym jestem od lat związany (Kultura, której nie mamy, „Arcana”, nr 144, 6/2018), nie będę więc rozwijał tego wątku. Wskażę tylko na jeden aspekt tego zagadnienia, który łączy się bezpośrednio z misją „Wpisu”. Nasila się oto system rugowania języka polskiego i specyfiki zadań naszej humanistyki z teraźniejszości i przyszłości polskiej nauki. To skutek wprowadzanej przez rząd PiS reformy szkolnictwa wyższego i nauki. Zdecydowałem się na protest w tej sprawie, w którym przypomniałem, że było już w naszej historii kilka apeli do władz w sprawie przyszłości polskiej humanistyki.
Przywołałem i powtarzam tutaj – bo wydaje mi się szczególnie ważny w kontekście tego właśnie, co robi „Wpis” – ten apel, który powstawał, kiedy sam humanizm i jego idee zawitały do Polski. Zacytuję zatem instrukcję, jaką sformułowali obywatele zgromadzeni na sejmiku wielkopolskim w Środzie, 14 listopada 1534 roku. Miała zostać przedstawiona przez posłów na sejmie. Brzmiała tak: „Prossimy, abi nam xiąnsza nie bronili imprimowacz [drukować] po polsku historei, cronik, praw naschich i thesch inschich rzeczi…” (Acta Tomiciana, t. XVI, cz. 2, oprac. Władysław Pociecha, Wrocław 1960, s. 357). Pojawił się więc, już 485 lat temu, postulat, by dzieła z tego zakresu, który dziś określamy właśnie jako dziedzinę nauk humanistycznych, społecznych i prawnych, tworzyć i udostępniać w języku polskim. Bo to nasz język. Jak był wtedy jeszcze niewprawny w pisaniu, w swoich zasadach ortograficznych i gramatycznych, świadczy sam ten cytat. Pod wpływem reformacji obywatele wielkopolscy chcieli wyemancypowania polszczyzny spod dominującego wpływu łaciny. Łacina była potrzebna (i jest piękna nadal), tak jak potrzebny jest dzisiaj język międzynarodowej nauki – angielski. A jednak od czasu sejmiku w Środzie język polski, wypełniając stopniowo życie publiczne w Rzeczypospolitej, zaczął swój „pionowy start” do rangi języka dojrzałego do artystycznego wyrażania najczulszych odcieni ludzkich emocji, co już po kilku dekadach udowodni poezja Jana Kochanowskiego. Zaczął także być szlifowany do roli narzędzia, którym precyzyjnie można opisywać rzeczywistość i odnajdować w niej miejsce: jednostki i wspólnoty. Sprzyjał temu rozwój drukarstwa, kształtowanie się w czasach Renesansu sfery publicznej i nowej struktury komunikacyjnej w skali całej Rzeczypospolitej. Tak się złożyło, że już rok po wydaniu instrukcji dla posłów wielkopolskich ukazało się tłumaczenie wielkiego dzieła Macieja z Miechowa: Tractatus de duabus Sarmatiis – pod pięknym teraz tytułem: Polskie wypisanie dwojej krainy świata. Wprowadzany do nauki język polski zaczynał się rozwijać i dojrzewać. W tymże tłumaczeniu po raz pierwszy w naszym języku pisanym pojawiło się, w roku 1535, określenie „Polska”, trzynaście razy powtórzone. Oczywiście ludzie używali już od dawna tego określenia, ale jego wejście do języka pisanego, drukowanego (w tym przypadku w drukarni Floriana Unglera) było ważne – bo stanowiło cezurę, za którą zaczyna się nowe znaczenie związku między polszczyzną, budowaniem wspólnoty polityczno-kulturowej i – nauką.
Ludzie „złotego wieku” naszej kultury rozumieli wagę obecności w tym, co nazywamy obiegiem międzynarodowym, a co wyrażało się wówczas po łacinie. Gdyby jednak ograniczyć sens rozwoju nauki polskiej tylko do wydanego kilka lat później jej największego może arcydzieła: De revolutionibus orbium coelestium Mikołaja Kopernika, prześlepilibyśmy inny jej aspekt: ten właśnie, który ujawnia żądanie obywateli z 1534 roku. Nasze historie, prawa i inne rzeczy, które są dla naszego samo-
rozumienia ważne, które poszerzają pole naszej debaty – to wszystko powinno być publikowane po polsku, bo tak najlepiej sami siebie możemy wyrazić i zrozumieć. Dzięki obecności tego języka w sferze nauk humanistycznych, graniczącej bezpośrednio z naszym życiem publicznym i wzmacniającej możliwości naszej kultury, zyskaliśmy w ciągu minionych pięciuset lat coś, co nie jest tylko godnym szacunku dziedzictwem, ale również aktualną zdolnością debatowania nad naszą tożsamością, nad jej wielorakimi sensami i ich odniesieniem do wartości uniwersalnych. Chodzi o debatę nie jedynie pośród uczonych, w świecie akademii, ale tę, w której mają prawo uczestniczyć wszyscy obywatele i do której powinniśmy przygotowywać i przyciągać także nowe pokolenia. Tak jak poprzednie przygotowywały dzieła Naruszewicza, Lelewela, Tarnowskiego, Chrzanowskiego, Kleinera, Pigonia, Konopczyńskiego, Bystronia czy Kostrzewskiego. To były dzieła kierowane poza mury akademii, to byli autorzy piszący nie tylko na potrzeby wysoko punktowanych, zagranicznych czasopism naukowych, ale również na potrzeby swojego społeczeństwa. Chcieli wchodzić z nim w dialog. A ten możliwy jest w Polsce akurat w tym szczególnym języku. Oni rozumieli, że takie jest właśnie powołanie, albo – powiedzmy mniej patetycznie – specyficzny obowiązek przedstawicieli nauk humanistycznych.
Dlaczego jednak przywołuję te historyczne nazwiska i stare dokumenty? Bowiem wyrażają one pewien aspekt nauki, a przynajmniej jej części, który jest od lat niedostrzegany przez twórców kolejnych reform, zaś efekt tych przeoczeń zdaje się kumulować w najnowszej reformie, zwanej Konstytucją dla Nauki. Jej istotą – z interesującego mnie tutaj punktu widzenia – jest uznanie bezwzględnej wyższości publikowania dzieł polskich humanistów w językach innych niż polski i mierzenie ich wartości miarami ustalanymi dziś przez najbardziej zradykalizowane w tendencyjnej ideologizacji centra „postępu”.
Ministerstwo Nauki uzasadnia jednak swoją reformę tłumacząc, że należy mówić językiem zrozumiałym dla świata humanistyki zachodniej. Niestety, jest to język, w którym nie ma już żadnego zrozumienia dla poważnego stosunku do wiary, dla poszanowania specyfiki indywidualnych kultur, z których składa się kultura europejska i ogólnoludzka, wreszcie dla tego, co regionalne, co lokalne, co NIEPRZETŁUMACZALNE. Jest za to często wymóg akceptacji fałszywych stereotypów i modnych klisz ideowych jako „ostatniego słowa” nauki, a raczej „humanistyki skargi”. Dostosowanie się do nich będzie premiowane i nagradzane bardzo wysoką punktacją przez Ministerstwo. To niestety może budować postawę skrajnego konformizmu. Tak jak niegdyś trzeba było każdy tekst humanistyczny okrasić cytatami z Marksa i Lenina, dziś są inni klasycy czy klasyczki „ideologicznej poprawności”, dzięki którym można się wkupić w łaski potężnych redaktorów i grantodawców. Młodzi ludzie nie będą pisać o „niepoprawnych”, ważnych tematach dla polskiej literatury, bo to kwestie „marginalne”, które nie zainteresują zachodnich czasopism. Nie napiszą też sensownie o tym, co właśnie ostatecznie nieprzetłumaczalne, jak np. wielka poezja Bolesława Leśmiana – bo napisać mogą tyle tylko, ile zmieści się w schemacie antysemityzmu albo seksualnych obsesji.
Nowe pokolenie polskich humanistów nie będzie podejmowało tematów regionalnych, „zaściankowych”, takich jak – dla przykładu – historia Wierzchosławic, wsi pod Tarnowem, w której urodził się Wincenty Witos. Dlaczego miałaby ona być interesująca dla całego świata? Nie musi. Ale jest bardzo ważna dla jej mieszkańców i dla całego regionu tarnowskiego. Może być również ważnym i ciekawym przyczynkiem dla historii wsi małopolskiej, a także dla historii wsi polskiej. Na tej samej zasadzie zniknąć mogą takie tematy, jak – dla przykładu – architektura dworkowa w powiecie otwockim czy poezja Wincentego Pola, jeśli nie będzie w ich analizie niczego o polskim antysemityzmie czy o prześladowaniu mniejszości seksualnych.
Bez reformy, którą firmuje wicepremier Jarosław Gowin, polscy uczeni byli i są w stanie brać udział w debacie światowej. Z trudem, bo z trudem, ale przebijają się w tej debacie głosy najwybitniejszych badaczy, jak choćby dzieła Andrzeja Walickiego. Dołączają do nich kolejne, ale przecież przygotowane przez lata publikacje, szlifowane niejako w polskim, polskojęzycznym środowisku humanistycznym, dzieła np. Anny Grześkowiak-Krwawicz (podobnie jak prof. Walicki, podpisała list protestacyjny w sprawie reformy), wybitnej badaczki polskiej myśli republikańskiej z okresu pierwszej Rzeczypospolitej, czy edycje przygotowane w języku angielskim przez prof. Zbigniewa Raua, który również zajmuje się myślą polityczną. Efekty polskich badań, pisanych w języku polskim (a nie pod wymogi ideologiczne redaktorek rozmaitych „wysoko punktowanych” pism genderowych) podejmują także znakomici zachodni uczeni, tacy jak np. prof. Robert Frost czy prof. Richard Butterwick, którzy przedstawiają rzetelny obraz polskiej historii. Robią to dlatego, że ta historia jest najpierw opisywana w swobodny i szczegółowy sposób w Polsce, bez wszechobecnego nacisku lewackich ideologii.
Tymczasem zaleca nam się publikować tak, jak życzą sobie tego dyktatorzy aktualnego dyskursu światowej „humanistyki” – bo wtedy podobno będzie rosło uznanie dla naszej nauki. Nasze uniwersytety będą pięły się w górę rankingów szanghajskich i innych. Jak to może wyglądać w praktyce nauk społecznych, przypomniał niedawno eksperyment wykonany przez trójkę badaczy amerykańskich (anglistkę, matematyka i filozofa). Napisali oni wspólnie 20 artykułów i rozesłali do prestiżowych, „wysoko punktowanych” czasopism z takich dziedzin jak gender studies, sexuality studies, race studies oraz critical theory (czyli łącznie „grievance studies”). Wszystkie teksty były świadomie stworzonym czystym bełkotem. Wśród nich znalazły się takie „perły”, jak np. Rape Culture and Queer Performativity at Urban Dog Parks (proszę wybaczyć – nie przetłumaczę tego żargonu), albo po prostu – przepisany fragment Mein Kampf Adolfa Hitlera, gdzie tylko słowo „Żyd” zastąpiono słowem „biały mężczyzna”. 7 z tych 20 prób „humanistyki krytycznej” zostało po wewnętrznych recenzjach (peer review) przyjętych do druku. „Poprawioną” Mein Kampf wzięła chętnie „Hypatia”, czasopismo feministycznej filozofii; tekst o kulturze gwałtu na podstawie zachowań psów w parkach opublikował miesięcznik „Gender, Place &Culture: A Journal of Feminist Geography”. Oba te czasopisma są oczywiście wysoko punktowane na najbardziej prestiżowej „liście filadelfijskiej” – i pozostają na niej. Autorzy intelektualnej prowokacji już natomiast stracili swoje akademickie stanowiska pracy… To może być przyszłość polskich nauk społecznych i humanistyki, jeśli będzie mierzona bezwzględną walką o punkty z takich właśnie centralnie ustalanych, politycznie poprawnych list.
Próbujemy protestować przeciw tej tendencji, której nie umie czy nie chce się oprzeć także rząd PiS. Protestem najważniejszym jednak jest wydawanie takich pism, jak „Wpis”. Takich, które nie gonią za „postępem” ani za przyznawanymi przez jego urzędników punktami, ale trzymają się tematów niemodnych, wartości „archaicznych” – tych właśnie, jakie wymienione są w tytule naszego pisma: Wiara, Patriotyzm i Sztuka. Mam nadzieję, że „Wpis” pozostanie takim znakiem sprzeciwu wobec walca politycznej poprawności, któremu drogę ścielą konformizm i głupota. Więcej: mam nadzieję, że „Wpis” będzie jednym z przyczółków kulturowej rekonkwisty, która stopniowo odbierze teren stracony w przestrzeni publicznej przez wieki ofensywy kontrkultury.
Wystarczy pracować cierpliwie. Nie tłumaczyć się. „Wpisywać” swoje.

 

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.


 


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 6/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum