Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

WOJNA ŚWIATÓW: WIRUS KONTRA CZŁOWIEK

Aktualności

24.03.2020 14:02

Widoczne pod mikroskopem wirusy SARS-CoV-2, zwane koronawirusami. Fot. Wikimedia

 

 

 

Widoczne pod mikroskopem wirusy SARS-CoV-2, zwane koronawirusami. Fot. Wikimedia

 

 

Trudno w to uwierzyć, ale wirusy i bakterie mają swoje społeczne strategie

 

Wojna światów:

wirus kontra człowiek

 

Rozmowa z czołowym polskim immunologiem

prof. JANUSZEM MARCINKIEWICZEM

 

 

Leszek Sosnowski: Wygląda na to, że w tej chwili zadaniem równie trudnym co pokonanie koronawirusa jest opanowanie społecznego lęku przed nim. Nawet zazwyczaj przepełnione mało potrzebnymi towarami sklepy opustoszały… Czy w ogóle jesteśmy w stanie doszczętnie zlikwidować koronawirusa?

Prof. Janusz Marcinkiewicz: Decyzje, które wydaje polski rząd, a także rządy na całym świecie, są kluczowe, aby zwalczyć tę pandemię – i to należy zrozumieć przede wszystkim. Trzeba te decyzje bezwzględnie respektować; one pochodzą nie tyle od polityków, co w tym wypadku naprawdę od fachowców i według zaleceń WHO (Światowej Organizacji Zdrowia). Gdy nie ma szczepionki i braku odporności populacyjnej, jedyną metodą na opanowanie nowego wirusa jest izolacja osób zakażonych. Pamiętajmy, że w przypadku każdego zakażania wirusowego, nie tylko koronawirusem, nie od razu widać pełne skutki jego działania (objawy kliniczne), występują one kolejno.

Wirusy, w przeciwieństwie do bakterii, są pasożytami wewnątrzkomórkowymi i aby przetrwać i namnażać się, muszą wedrzeć się do komórek gospodarza. Dla koronawirusa 2019-nCoV (SARS-CoV-2) gospodarzem jest człowiek. Wirus może jednak przetrwać jakiś czas poza organizmem gospodarza, człowieka czy innych ssaków, ale tam się nie namnoży (tak nazywamy rozmnażanie się wirusów) i wcześniej czy później zginie. Aby trwać, wirusy muszą mieć ciąg kontaktów z kolejnymi gospodarzami, którzy są ich żywicielami. Ta transmisja wirusów, czyli zakażanie osób nieodpornych, jest przyczyną epidemii. Wirus namnażający się w komórkach gospodarza albo przedostanie się do innego osobnika, albo zostanie zabity przez układ odpornościowy i pacjent zdrowieje, albo ginie wraz z pacjentem. Proszę zwrócić na to uwagę, ponieważ to jest kluczowa różnica wobec bakterii, które znajdując odpowiednie środowisko, mogą w nim trwać i trwać. Podam przykład: bakteria powodująca dyzenterię może znaleźć sobie „lokum” w wodach gruntowych danego miejsca i trwać w nich przez długi czas. Dzieje się tak dlatego, że komórki bakteryjne mogą dzielić się i rozmnażać poza organizmem żywiciela (gospodarza). Naturalnie, bakterie bardzo dobrze rozwijają się w organizmie człowieka, bytują one na skórze i błonach śluzowych (nasz mikrobiom), a bakterie chorobotwórcze zakażają rany czy też powodują zatrucia pokarmowe.

W obecnej epidemii COVID-19 mamy do czynienia z wirusem, i to dotychczas nieznanym, a przez to bardzo groźnym… Dlaczego tak groźnym?

Trzeba zrozumieć, dlaczego wirus, a koronawirus w szczególności, jest chorobotwórczy. Musimy dokładnie poznać jego budowę i właściwości, i dopiero wtedy znajdziemy na niego sposób (szczepionka, leki przeciwwirusowe). Wirus (łac. virus – trucizna) składa się z kwasów nukleinowych (DNA lub RNA oraz osłonki białkowo-lipidowej). Kwasy nukleinowe decydują o tym, że wirus może się namnażać; sedno rzeczy tkwi w tym, że wirus nie może zrobić tego sam, wyizolowany, musi mieć odpowiednie środowisko, które nazwaliśmy gospodarzem. Wirus namnaża się w zakażonej komórce, wykorzystując jej „aparaturę” do powielania kwasów nukleinowych i syntezy białka. Wirus posiada osłonkę białkową potrzebną mu do tego, aby przyczepić się do powierzchni zakażanej komórki i żeby przetrwać jakiś czas w trudnych dla niego warunkach poza komórką gospodarza. Wirus do wnętrza gospodarza może dostać się poprzez błony śluzowe jamy ustnej, górnych dróg oddechowych oraz spojówek. Stąd pierwszym warunkiem, aby się zakazić, jest kontakt z organizmem już zakażonym, a więc z jakimś innym gospodarzem. Wydaje się to oczywiste, ale tę podstawową prawdę należy podkreślać jak najczęściej i z całą mocą. Trzeba też wiedzieć, co się rozumie przez kontakt. To nie tylko całowanie, przytulanie czy podawanie sobie ręki. Ryzyko zakażenia jest tym większe, im dłuższy jest czas ekspozycji oraz im więcej wirusów jest skupionych w danym miejscu, czyli jeżeli jest to pomieszczenie zamknięte. Takie, jak na przykład samoloty czy pociągi z systemami klimatyzacyjnymi, gdzie pasażer w trzecim rzędzie zakaszle, a kilka minut później wirus będzie już w organizmie pasażera w rzędzie czterdziestym. Zatem nie wystarczy w takich warunkach zachowywać zalecany dystans 1,5 m.

Jak więc naprawdę rozprzestrzeniają się koronawirusy? Powiedziano nam, że metodą kropelkową, ale chyba chodzi o jakieś kropelki mikroskopijne, niewidoczne gołym okiem?

Oczywiście. Muszą się te maleńkie drobiny dostać do dróg oddechowych, czyli najpierw do jamy ustnej, a potem dalej do gardła i oskrzeli. Zakażenie drogą kropelkową polega na tym, że pacjent wykrztusza z siebie wirusa, który zostaje zawieszony w powietrzu w postaci kropelek. Jeżeli w tym samym obszarze i czasie znajdzie się drugi osobnik, to wdychając powietrze wchłonie wirusa. W ten sposób rozpowszechnia się koronawirus. Drażni on następnie błony śluzowe w drogach oddechowych, co powoduje odruch kaszlu czy kichania. Wydalamy wówczas mikroskopijne kropelki, niewidoczne dla oka, składające się z naszej śliny i wydzieliny błony śluzowej, ale niestety już skażone wirusem.

Chyba ten wirus nie zawisa w powietrzu na zawsze?

Na zawsze nie. W przypadku niektórych wirusów, aby się zarazić, trzeba być w tym samym miejscu i w tym samym czasie, kiedy są one, że tak powiem, rozpylane. Niestety, z koronawirusem jest inaczej. Problem polega na tym, że gdy pacjent kichnie czy zakaszle i ten pył (nazwijmy go tak umownie) opada na jakąś powierzchnię albo pacjent zakaszle w rękę, a potem dotknie klamki, to koronawirus tam zostanie. Nie wiemy jeszcze dokładnie, czy on tam może przetrwać, a jeżeli tak – to jak długo. Wygląda jednak na to, że przez kilka dni może przetrwać. Tak czy inaczej, podkreślić trzeba jedno – jeżeli dotkniemy ręką skażonej klamki to nie poprzez rękę się zarazimy. Ręka będzie tylko nośnikiem, albowiem to nie skóra jest miejscem namnażania się koronawirusa. Z punktu widzenia wirusa ręka jest niestety nośnikiem idealnym, bo wciąż dotykamy nią ust czy oczu, co właśnie służy rozmnożeniu wirusa. Normalnie nie zdajemy sobie sprawy, jak często, zupełnie nieświadomie, dotykamy ręką ust lub oczu. Stąd służby mają rację, kiedy apelują do obywateli, aby się tego oduczyć i często myć ręce.

Dotknięcie oczu też może być zaraźliwe, wirus dostanie do naszego wnętrza poprzez oczy?

Tak, jak najbardziej, poprzez spojówki, błonę śluzową wewnętrznej powierzchni powiek. Nie wiemy jeszcze, jak długo koronawirus potrafi przetrwać bez nosiciela. Gdy jednak nie ma pewności, to lepiej być po stronie bezpiecznej i wziąć pod uwagę gorszą możliwość, a więc myć po sobie umywalkę, prysznic, toalety, jeść ze swoich talerzy, a przede wszystkim dokładnie i często myć ręce. Podstawowe akty higieny osobistej są w tym momencie kluczowe.

Czy mycie rąk naprawdę jest aż tak skuteczne?

Absolutnie. Nie wolno tego lekceważyć. Koronawirus jest wrażliwy na mydło, chlor oraz alkohol. Dochodzi wówczas do denaturacji jego białka, a mydło niszczy osłonkę lipidową. Są to bardzo skuteczne narzędzia, dopóki wirus nie dostanie się do wnętrza naszego organizmu! Zanim się zarazimy, mamy najbardziej skuteczne narzędzia ochrony. Dlatego należy unikać teraz nie tylko pociągów, samolotów czy statków, ale także taksówek, które są przecież pomieszczeniem małym i zamkniętym, a nie wiadomo, kto w nich siedział przed nami. Należy unikać brudnych klamek, kluczy, banknotów. Chińczycy dezynfekowali przecież banknoty. Bezwzględnie na pierwszym miejscu zagrożenia umieściłbym samoloty i lotniska. Pomieszczenia z klimatyzacją bardzo sprzyjają zarażaniu.

W telewizji, chcąc podkreślić zaraźliwość wirusa, pokazywano ciągle ludzi na ulicach, np. w Japonii, z maseczkami na twarzach. Czy te maseczki faktycznie nas chronią?

Co do maseczek panuje ogromne nieporozumienie – maseczka nie chroni nas przed koronawirusem, zwłaszcza jeżeli korzystamy z niej długo i stanie się ona pod wpływem oddychania wilgotna. Korzyść z maseczki polega na tym, że to osoba, która wyszła na zewnątrz, ogranicza możliwość zarażenia innych przez siebie oraz będzie zauważana, co jest ważnym sygnałem alarmowym dla otoczenia. Kolejna korzyść z maseczki może polegać na tym, że utrudnia nam dotykanie twarzy, zwłaszcza ust, rękami. Aby nie zarazić się koronawirusem, trzeba zrobić wszystko, aby nie dostał się on do naszej jamy ustnej, nosa czy spojówek. Ale zamiast maseczki dużo bardziej skutecznym narzędziem profilaktyki jest częste mycie rąk, dezynfekowanie klamek oraz kontrolowanie swoich odruchów.

Czyli, innymi słowy, restrykcyjne przestrzeganie zasad higieny może nam pomóc w tym, abyśmy się nie zarazili koronawirusem?

To, co obecnie przekazują stacje telewizyjne, radia czy gazety, dotyczące higieny osobistej, naprawdę jest ważne i zgodne z naszym stanem wiedzy. Myślę jednak, że społeczeństwo chętniej będzie się stosowało do tych zaleceń, gdy zrozumie, dlaczego one są tak ważne. Ogólnie rzecz biorąc, wirus na błonach śluzowych jeszcze niekoniecznie musi nas zarazić. Są takie wirusy, gdzie ich osłonka białkowa nie jest w stanie przyczepić się do naszego nabłonka. Przez to takie wirusy dla człowieka są zupełnie niegroźne, a dotyczy to wirusów typowo zwierzęcych. Niestety, koronawirus, pochodzący przecież także od zwierząt, zmutował się i stał się dla człowieka patogenny, a więc chorobotwórczy.

Wirusy istnieją na Ziemi chyba równie długo jak człowiek? W każdym razie od tysięcy lat?

Tak, również różne odmiany koronawirusów istnieją już miliony lat. Znane i klasyfikowane są od początku istnienia wirusologii, czyli od przełomu XIX i XX wieku, a zwłaszcza od wynalezienia w 1931 r. mikroskopu elektronowego. Co rusz identyfikuje się ich nowe typy. To, co dzisiaj potocznie nazywamy koronawirusem, dokładnie rzecz biorąc nazywa się SARS-CoV-2 i wywołuje chorobę o nazwie COVID-19.

Mówiłeś, że nawet gdy się wirus już przyczepi do naszej błony śluzowej, to jeszcze niekoniecznie musi to oznaczać zakażenie.

Niekoniecznie musi być groźny; będzie dopiero niebezpieczny, gdy wniknie do naszych komórek, a więc do nabłonka, i tam się namnoży.

W jaki sposób, jak to się odbywa, że koronawirus typu SARS-CoV-2 niszczy nasz organizm?

Kiedy uda mu się wedrzeć do naszych komórek, rozpoczyna się w nich namnażać, co uszkadza komórki. Po kilku dniach człowiek już czuje, że coś jest z nim nie w porządku. Pojawiają się kaszel, kichanie i spora gorączka (38 stopni i więcej), trudności w oddychaniu, a więc tzw. objawy grypowe. Proszę jednak pamiętać o jednej rzeczy – nie żyjemy już w XIX w. i chorób nie klasyfikuje się teraz według objawów. Bo te tzw. objawy grypowe czy też koronawirusowe mogą być wywoływane dziesiątkami innych rodzajów wirusów. Więc to, że ktoś zakaszlał, nie oznacza wcale automatycznie, że zaraził się SARS-CoV-2 albo że choruje już na COVID-19. Ale, i to jest duże „ale”, koronawirus, gdy już się zdąży namnożyć w naszym nabłonku, to staje się bardzo perfidny. Wchodzi do naszego krwiobiegu, aby mógł się namnożyć w narządach wewnętrznych. A krwiobieg jest dla wirusa niczym autostrada. Tylko proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz – gdyby egzystował tylko w narządach wewnętrznych i doprowadził do śmierci pacjenta, ginąłby i on. Zakażony nabłonek ulega jednak złuszczeniu, co właśnie umożliwia wirusowi wydostanie się na zewnątrz swego gospodarza; pacjent wyrzuca go na zewnątrz np. kichając lub kaszląc. W języku fachowym nazywa się to shedding (złuszczanie). Wirus z nabłonka zaczyna się wydostawać na zewnątrz i w tym momencie pacjent staje się bardzo zakaźny.

Czy ten shedding, to rozsiewanie pojawia się u danego osobnika wcześniej niż zewnętrzne objawy zakażenia?

Jest to kluczowe zagadnienie. Bo jeśli shedding pojawia się wcześniej, to znaczy, że dany osobnik jest nieświadomy, że jest zakażony wirusem i będzie zarażał osoby wokół siebie, nic o tym nie wiedząc. I niestety w przypadku koronawirusa tak właśnie jest. Tym różni się koronawirus od także groźnego wirusa SARS z przełomu lat 2002/2003, gdzie shedding i objawy kliniczne przypadały w tym samym czasie, a pacjent wiedział już, że choruje i podejmował odpowiednie kroki. W przypadku koronawirusa pacjent czuje się jeszcze bardzo dobrze – ale już jest wysoce zakaźny, a wirus w nim się namnaża i jest obecny w jego organizmie w dużych ilościach.

Czy to oznacza, że dany osobnik jest zakaźny od pierwszego kontaktu z koronawirusem?

Nie, nie. Koronawirus na początku jakby bawi się w chowanego w środku komórek nabłonka. Ten cykl trwa 2–3 dni. Natomiast zanim dojdzie do objawów chorobowych, może minąć 5 czy 7 dni, czasami nawet więcej. To jest właśnie nasz wielki problem z koronawirusem. Dlatego osoby, które miały kontakt z kimś zakażonym, mają obowiązek zgłosić się niezwłocznie do Sanepidu oraz przekazać informacje, z kim one z kolei się kontaktowały. Te wytyczne WHO mają bardzo duży sens. Chodzi o odpowiedzialność wobec siebie i całego społeczeństwa.

Jakie narządy koronawirus może atakować po namnożeniu? Czy faktycznie tylko płuca?

Z dotychczasowych obserwacji wynika, że płuca są głównym narządem namnażania się koronawirusa, gdzie wywołuje on stan zapalny. Koronawirus być może powoduje zapalenie mięśnia sercowego i przez to tworzy kolejne problemy chorobowe. Ale nie jest też tak, że nasz organizm temu wszystkiemu biernie się „przygląda”. W trakcie choroby nasz układ odpornościowy zaczyna wytwarzać przeciwciała, które wirusa neutralizują i eliminują z krwiobiegu. Gdy wirus przedostanie się już z krwiobiegu i atakuje nasze narządy, to jedyną szansą obrony są tzw. limfocyty cytotoksyczne. Limfocyty te mają tę fenomenalną zdolność, że odróżniają komórkę zakażoną od komórki niezakażonej. Rozpoznają te zakażone jako groźbę dla naszego organizmu i je eliminują wraz z wirusem. Problem bierze się jednak stąd, że SARS-CoV-2 jest nowym wirusem, z którym populacja światowa do tej pory nie miała kontaktu, a więc też nikt jeszcze nie ma w sobie odpowiednich przeciwciał, swoistych dla tego wirusa. Układ odpornościowy człowieka nie miał dotąd możliwości, aby rozpoznać tego koronawirusa i nie miał szansy go zlikwidować. Jeśli jednak pacjent sam przeżył, wyzdrowiał, to przeciwciała już ma, koronawirus jest dla niego niegroźny. Dlatego też w Chinach, jako pierwszym kraju, gdzie wszystko się zaczęło, spada już liczba zakażonych. W tej zamkniętej grupie coraz więcej osób już ma odpowiednie przeciwciała, także ci, którzy przeszli infekcję wirusem SARS-CoV-2 bezobjawowo. U wielu Chińczyków wytworzyła się już ta pamięć immunologiczna – ale we Włoszech, czy teraz w Polsce, koronawirus trafia znów na ziemię nieznaną i sieje spustoszenie, i zakaża. Natomiast w Chinach, nawet gdy wraca, trafia na osobnika uodpornionego i jest eliminowany przez jego układ immunologiczny.

Dlaczego groźniejszy w skutkach, bardziej śmiertelny wirus Ebola udało się opanować znacznie szybciej niż koronawirusa? Odkryto go co prawda jeszcze w 1976 r., w Zairze (koło rzeki Ebola), ale nie rozprzestrzenił się, nie doszło do pandemii, a ostatnio opracowano szczepionkę przeciw niemu.

Wirus Ebola rzeczywiscie był groźniejszy i udało nam się go zwalczyć, ponieważ nikt na świecie – łącznie z Polską – nie przejmował się w 2014 i w 2015 r. tym, że trzy kraje afrykańskie, w których doszło do wybuchu epidemii, zostały całkowicie odcięte od świata kordonem sanitarnym. Gwinea, Liberia i Sierra Leone to kraje, do których nikt nie jeździ na wakacje, nie odgrywają większej roli geopolitycznej i zostały bez sprzeciwów szybko odcięte szczelnym kordonem od reszty globu. Wirus SARS z lat 2002 i 2003 też był groźny i szybko zmutował się, ale udało się zidentyfikować grupę będącą źródłem zakażenia i odizolować ją.

Czy kwarantanna rzeczywiście pomaga w walce z koronawirusem?

Izolacja i kwarantanna to kluczowe narzędzie, aby zablokować koronawirusa i dalej go nie przenosić. Najlepsze, co możemy zrobić, to minimalizować jego zasięg, stąd decyzja o zamknięciu kin, szkół, przedszkoli czy uniwersytetów jest słuszna. Dla osób zdrowych najważniejsza jest izolacja od potencjalnego kontaktu z innymi osobami. Rację ma też administracja, zamykając pewne osiedla czy dystrykty miast. Trzeba to robić jednak z głową, a nie jak rząd włoski, który ogłosił zamknięcie Lombardii, ale Włosi z tego regionu mieli czas, by wsiąść do samochodów i ruszyć na południe kraju, gdzie wirusa jeszcze nie było.

Teraz już jest…

Sami go wszędzie rozwlekli. Skuteczna kwarantanna pozwala lokalizować małe ogniska choroby, które szybko wygasają. I właśnie tu w przypadku koronawirusa popełniono największy błąd. Chiny albo nie chciały się przyznać, albo nie doceniły sytuacji i nie wprowadziły żadnych restrykcji. Tymczasem w ognisku zarazy, w Wuhan, było 40 tys. przyjezdnych z całego świata! Samo Wuhan jest 11-milionową metropolią i jego mieszkańcy też swobodnie opuszczali miasto, choć o wirusie już było wiadomo. A to właśnie w tym momencie można było zapobiec pandemii.

Wygląda na to, że w okresie epidemii najlepiej byłoby w ogóle nie podróżować…

Proszę zwrócić uwagę na to, że kraje Afryki nie dominują teraz na mapie zakażeń koronawirusem. Dlaczego? Bo to nie obywatele tych krajów podróżują masowo po świecie – podróżują Szwajcarzy, Niemcy, Włosi… Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy teraz, w tej sytuacji, dalej wybierają się w turystyczną podróż. Aż chce się krzyknąć do tych ludzi: opanujcie się! Podróżowanie to nie najważniejsze w życiu zajęcie! Gdy ludzie mówią, że jadą do kraju, w którym nie jest groźnie, to właśnie zupełnie nie rozumieją tych zależności. Klimatyzowane lotniska są skrzyżowaniem dla wszelkiego rodzaju wirusów i bakterii. Nawet jeżeli te osoby same nie przejdą choroby objawowo, to staną się nośnikami koronawirusa i będą dalej zarażać.

Czy możemy ufać danym dotyczącym rozprzestrzenia się koronawirusa?

Problem statystyk polega na tym, że mamy tylko dane tych osób, które się zgłosiły i przeszły testy wirusologiczne. A jest też spora liczba osób, która miała kontakt z wirusem, ale nie zachorowała. Innymi słowy: zakaźność koronawirusa jest wysoka, ale niekoniecznie musi się ona wiązać z chorowaniem. Transmisja wirusa może się kończyć na nosicielstwie, na słabych objawach albo na ciężkich. Wiemy, że istnieją grupy zwiększonego ryzyka. Jest to grupa osób w podeszłym wieku oraz osoby z immunosupresją, czyli przykładowo pacjenci po chemioterapii, która niszcząc komórki nowotworowe zabija również dzielące się limfocyty i osłabia układ odpornościowy. Większe ryzyko mają również ci, którzy z innych powodów, na przykład przewlekłych chorób, mają osłabiony układ odpornościowy. Kolejny znaczący wskaźnik z epidemiologii to określenie, ile osób średnio może zarazić jeden pacjent. Wirus SARS z 2002 r. miał współczynnik zarażania 2,5, zaś koronawirus ma prawie 4. Dla porównania dodam, że najgroźniejszy z tego punktu widzenia jest wirus odry ze współczynnikiem między 10 a 12.

Czy rządy same mogą poradzić sobie z epidemią koronawirusa? Jak może pomóc zwykły obywatel?

Tę epidemię można zwalczyć tylko różnymi zarządzeniami administracyjnymi oraz dyscypliną obywateli, ponieważ nie jesteśmy odporni na koronawirusa i nie ma na niego żadnych sprawdzonych leków przeciwwirusowych. Leczy się objawowo, przy czym należy pamiętać, że antybiotyki w przypadku wirusów nie działają. Dlatego nie możemy dopuścić do tego, abyśmy zakażali innych – do tego jest potrzebna dyscyplina, a tę najłatwiej stymulować zrozumieniem całej sytuacji.

Jaki są pierwsze kroki w zapobieganiu?

Pierwsza rzecz to kwarantanna indywidualna, czyli tak zwana kwarantanna domowa. Z koronawirusem nie wolno chodzić do przychodni! Należy dzwonić pod odpowiednie numery telefonu, ale nie narażać ludzi, którzy są w przychodniach z innymi chorobami, ani też lekarzy. Przy objawach i podejrzeniach obecności koronawirusa jest wykonywany test z krwi. Jeżeli przypadek jest ciężki, to kwarantannę domową należy zamienić na hospitalizację. Kwarantanna domowa powinna trwać 14 dni, bo na tę chwilę dane wskazują, że brak objawów po takim czasie oznacza, że pacjent nie będzie zarażał. Włochy są przykładem tego, co się może stać, jeżeli nie przestrzega się reguł kwarantanny. Imprezy masowe bezwzględnie należy odwoływać, a mecze muszą się odbywać bez publiczności. Osoby z jakimikolwiek objawami koronawirusa, czyli de facto z objawami grypowymi, niech pod żadnym pozorem nie chodzą też do kościoła, bo to przestrzeń zamknięta i będą zarażać innych! Nawet jeśli nie koronawirusem, to grypą. Natomiast w miarę bezpieczna jest przestrzeń otwarta.

Skoro wiemy, że mydło i środki do dezynfekcji zabijają wirusa, to czemu nie możemy podobnych środków zastosować do walki z wirusem wewnątrz organizmu?

Osłonka białkowo-lipidowa wirusa jest bardzo wrażliwa na mydło, alkohol czy inne środki dezynfekcji, to prawda. Ale działa to oczywiście tylko wtedy, dopóki wirus nie dostał się do naszego organizmu. Wewnątrz naszego ciała nie mamy już leków na wirusa. Proszę też nie wierzyć w różne głupie podpowiedzi czy porady, bo to może doprowadzić do tragicznych sytuacji, jak na przykład w Iranie, gdzie 27 osób wypiło metanol, ponieważ powiedziano im, że to je wyleczy z koronawirusa.

Z tego, co mówisz, wynika, że największe szanse na zwycięstwo z koronawirusem ma mocny system odpornościowy. Jak można go wzmocnić?

Jako immunolog nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, co należy zażywać, aby wzmocnić odporność przeciwwirusową. Jedno jednak jest pewne: jeżeli będziemy w dobrej kondycji fizycznej, to nasz organizm i metabolizm znacznie łatwiej poradzą sobie z wirusem. Niedospanie, długotrwały stres czy wyczerpanie znacznie obciąża nasz układ odpornościowy. Po nieprzespanej nocy, gdy mamy kontakt z wirusem, ryzyko zakażenia znacznie wzrasta. Również palacze bardziej muszą liczyć się z tym, że mogą się zarazić koronawirusem.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

 

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 04/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum