Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„WŁADZA JEST CHŁOSTANA PO NAGIM CIELE”

Aktualności

30.05.2018 10:37

 

Repolonizacja – słowo (szybko) zapomniane

Leszek Sosnowski 

Dlaczego nagle zapadło milczenie wokół repolonizacji? Pytanie, na które nie sposób dziś uzyskać jakiejkolwiek, choćby najkrótszej oficjalnej odpowiedzi.
Natomiast pierwszą rzeczą, którą powinno było się zrepolonizować, były (i są!) media – znajdujące się w rękach zagranicznych w stopniu niespotykanym w innych dziedzinach życia. W rękach tyleż zagranicznych, co antypolskich, antypatriotycznych i na dodatek lansujących nieustannie antykulturę jako nowoczesne antidotum na „zacofaną” kulturę i tradycję narodową. Mediów jednak nikt tak naprawdę repolonizować nie zamierzał – dziś widać to wyraźnie. W tym przypadku zostaliśmy oszukani, pokazano nam tylko wyborczą kiełbasę. Pytanie dlaczego, skoro to właśnie jest ta broń, którą najczęściej, praktycznie codziennie, używa się do zwalczania nowej, prawicowej władzy i w ogóle całego polskiego obozu patriotycznego?
1
Od początku panuje w szeregach nowej władzy obawa, granicząca z lękiem, przed bronią medialną. Zamiast jednak stworzyć własne tarcze i machiny obronne, zamiast samemu solidnie się uzbroić, by jeśli już nie atakować, to przynajmniej skutecznie parować ataki, przyjęto taktykę unikania ciosów. Gremium decydujące o strategicznych działaniach w Polsce ze strachu postanowiło nie drażnić mass mediowego potwora perspektywą repolonizacji, czyli innymi słowy postanowiło utrzymać nienormalności na polskim rynku mediowym. Są jeszcze inne przyczyny nieszczęsnego w skutkach zaniechania realizacji tej jakże ważnej wyborczej obietnicy, ale o nich następnym razem.
Praktyka dowiodła, że nie da się obronić przed totalnym atakiem medialnym stosując tylko uniki, że jest to metoda dla defensorów, czyli obozu władzy, bardzo wyczerpująca, zaś przeciwnika bardzo rozzuchwalająca. Ta zuchwałość po prostu nie ma już granic! Ataki pozbawione zostały jakichkolwiek zasad fair play. Nie tylko manipulacja i obłuda, ale także bezczelne kłamstwo i pospolite chamstwo stały się metodą walki z „pisiorami”. Do tych ostatnich zaś kwalifikuje się już nie tylko bezkrytycznych zwolenników i członków PiS-u, ale wszystkich prezentujących postawy patriotyczne, chadeckie albo nawet centrowe i to także wtedy, gdy mają oni sporo uwag do obozu aktualnie rządzącego. To jest również zmiana taktyki wywołana rozzuchwaleniem, bowiem jeszcze do niedawna każdego, kto był w jakimś stopniu niezadowolony z PiS-u, usiłowano oszczędzać albo i promować, niekoniecznie trzeba było opowiadać się za lewą lub lewacką stroną naszego życia społecznego i politycznego. Teraz już tak nie jest. Teraz usiłuje się wyciąć wszystko i wszystkich cechujących się najmniejszymi choćby odchyleniami na prawo. Trudno się dziwić takiej taktyce; skoro ciosów nikt nie paruje, to tnie się bezkarnie na odlew każdego, kto nie jest wiernopoddańczy wobec lewactwa i targowicy… Czyli również wobec wszechobecnych cudzoziemskich mediów drukowanych i emitowanych w języku polskim.
Oprócz unikania ciosów od dawna obowiązuje w PiS-ie także zasada ich osłabiania. Czy bezbronny jest jednak w stanie jakiś atak osłabić? Czym? Uśmiechem? Żebraniem o litość? Dla nas litości nie ma! Kto tego dotąd nie pojął, nie powinien w ogóle zabiegać o jakąkolwiek władzę (nie jest to jakiś odosobniony pogląd i nie dotyczy tylko Polski; proszę np. przeczytać na ten temat opinię Viktora Orbána zamieszczoną w tym numerze „Wpisu”). Nas, całego patriotycznego obozu, ma po prostu nie być! Mamy nie istnieć w jakiejkolwiek postaci. Na scenie politycznej toczy się obecnie walka na śmierć i życie; jeśli nie utrwalimy polskiej i chrześcijańskiej opcji, póki jest ku temu okazja, to niebawem zostaniemy wycięci. Bez skrupułów i bez wahania, zgodnie z lewackimi regułami rewolucyjnymi. I wcale nie jest wykluczone, że gilotyny staną wówczas nie tylko na scenie politycznej.
Tymczasem kierownictwo PiS-u postępuje w stosunku do wszechobecnych antypolskich mediów według schematu: jak my będziemy dla nich łagodni, to i oni zostawią nas w spokoju. Cóż na to powiedzieć? Chyba tylko tyle, że naiwnych nie sieją – sami się rodzą.
Przywołam tu pewną charakterystyczną scenkę. Jeszcze podczas ostatniej kampanii wyborczej rozmawiałem telefonicznie z pewnym skądinąd bardzo miłym człowiekiem, który teraz w dużym stopniu odpowiada (w MKiDN) za konfigurację na rynku mediowym w Polsce, Jarosławem Sellinem. Sugerowałem bardziej zdecydowane działania w walce wyborczej, ale spotkałem się ze sprzeciwem argumentowanym właśnie koniecznością niedrażnienia mediów; niech pan popatrzy, tłumaczył Jarosław Sellin, przestaliśmy atakować i już nas traktują łagodniej. No, cóż, ja tej łagodności nie spostrzegałem w żadnym momencie. Ale moje postrzeganie świata medialnego pewnie musi być obarczone błędem. Zwłaszcza w porównaniu do sporo młodszego, ale za to bardzo już doświadczonego polityka, który w swej karierze zdążył zaliczyć wiele ugrupowań, nawet z PiS-u raz występował, potem znów tam wstępował… To doświadczenie każe jemu i innym decydentom optować w dalszym ciągu za taktyką sprzed trzech lat, taktyką de facto chowania głowy w piasek. Głowa co prawda schowana, ale tyłek wystawiony już nie do bicia, ale do kopania. Zostawione samopas media oszczędzają za to rządzącym trudu budowania nowych struktur (a najpierw trzeba by je wymyśleć! – i to jest problem).
Warto zatrzymać się jeszcze chwilkę przy ostatnich wyborach. Obóz patriotyczny je wygrał, wszyscy to wiedzą. Trzeba jednak zadać sobie w końcu pytanie, co wygraliśmy, a co naprawdę mogliśmy wygrać. Otóż moim zdaniem, które zresztą prezentowałem od początku, wygraliśmy stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę słabość przeciwnika. Teraz widać już bardzo wyraźnie, z kim walczyliśmy, z jakim barachłem, z jaką zdradą i złodziejstwem. Trzeba było zatem podwoić ataki, a nie wycofywać się. Obnażenie przeciwnika było wówczas drogą do sukcesu konstytucyjnego, do zdobycia dwóch trzecich miejsc w parlamencie, a nie rachitycznej przewagi 5 głosów. Inne reguły medialne i reklamowe dla okresu wyborczego pozwalały wówczas na więcej, na większą ekspansję. No, ale miało być łagodnie, władza miała walczyć o wizerunek poczciwych owieczek. A bezwzględne w swej żarłoczności wilki mogły sobie hasać do woli. Powiem rzecz tylko z pozoru paradoksalną: teraz w naszym obozie usiłuje się odrobić straty poniesione w wyborach w 2015 r. Z wielkim trudem i niemałym kosztem. Dowodem tego jest np. poroniony projekt referendum konstytucyjnego.
2
Rzecz jasna nie jest moim zamiarem posądzanie kogoś konkretnego z naszego obozu o złą wolę (choć podszepty piątej kolumny są oczywiste). Jednak wiemy wszyscy, że dobrymi chęciami tylko piekło jest wybrukowane… Faktem jest, widać to gołym okiem, że ktoś w szeregach obecnej władzy uporczywie pracuje nad tym, aby utrwalać pogląd, że niebawem obóz rządzący będzie tak wspaniały i silny, iż po prostu „nie będzie w kogo walić”. Żałosne mniemanie. Jeśli przy obecnych sukcesach jest w kogo walić, to co dopiero, jak echa sukcesów przycichną…
Koncepcja osłabiania wrogich mediów może by i częściowo zadziałała, gdyby faktycznie było czym osłabiać ciosy. Ale nasi decydenci, jak to tyleż dowcipnie, co prawdziwie określa poseł Janusz Szewczak, wyciągają do krokodyla gołą rękę. A krokodyl, jak to krokodyl, nawet jak się go nie drażni, nawet jak się doń podchodzi z wyjątkową łagodnością – rękę odgryzie. Taka jego natura.
Gołymi rękami nikt nigdy w dziejach świata nie wygrał żadnej wojny. A co do tego, że w Polsce toczy się swoista wojna, to chyba myślący człowiek nie ma wątpliwości. Jest to wojna hybrydowa i medialna, ale cel wojenny jest zawsze taki sam od tysiącleci: grabież i łupy. Ci zaś z obozu władzy, którzy dla tzw. świętego spokoju upierają się, że wojny nie ma, powinni jak najszybciej spakować swe manatki i wziąć się za bardziej bezkonfliktową robotę niż sprawowanie rządów albo przejść na emerytury, jeśli im już przysługują, bowiem swoją postawą osłabiają tylko naszą pozycję na froncie. W razie czego prawdopodobnie w ogóle zmienią front. Nie toczy się też żadna wojna li tylko wewnętrzna, polsko-polska, jak wmówiły społeczeństwu media głównego nurtu; jest to wojna antypolska, prowadzona z wszystkich możliwych stron, także zza granicy, przez osobników przeważnie władających polskim językiem, ale tylko w celu skuteczniejszej pacyfikacji narodu i kraju.
Niektórym, także wśród decydentów, wydaje się, że jednak jakąś broń posiadamy, że nie jest tak źle. Ale ta broń i to wojsko medialne przypomina legendarną (nota bene tylko legendarną) postać ułana na białym koniu we wrześniu 1939 r., zaopatrzonego w sentymentalne środki walki, jak lanca i szabla, stającego naprzeciw – czołgom. Wiadomo, że tragiczny wynik takich zmagań jest z góry przesądzony.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 9/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum