Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„W OCZACH UE POLSKA ZASŁUGUJE TYLKO NA POLITYCZNE UNICESTWIENIE”

Aktualności

16.05.2019 10:10

Prof. Ryszard Legutko od 2009 r. jest posłem do Parlamentu Europejskiego, od 2017 r. pełni funkcję współprzewodniczącego Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Fot. Michał Klag

 

 

 

Prof. Ryszard Legutko od 2009 r. jest posłem do Parlamentu Europejskiego, od 2017 r. pełni funkcję współprzewodniczącego Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Fot. Michał Klag

 

 

Z prof. RYSZARDEM LEGUTKO,

europosłem, współprzewodniczącym EKR,

rozmawia Adam Sosnowski

 

Adam Sosnowski: Panie Profesorze, w stosunku do europosła, i to doświadczonego, pytanie to wydawać się może nieco dziwne, ale – czy nie lepiej byłoby, gdyby Parlament Europejski został zlikwidowany? Nie brakuje takich głosów ze strony poważnych ludzi.

Prof. Ryszard Legutko: Parlament Europejski stał się maszyną do firmowania decyzji Komisji Europejskiej oraz oficjalnej ideologii unijnej i w takim kształcie faktycznie jest niepotrzebny. W PE nie rozstrzygają się sprawy w taki sposób, jak w parlamentach krajowych. W PE nieustannie funkcjonuje ta sama większość, niezależnie od wyniku wyborów. Mamy nadzieję, że to się zmieni, ale jeżeli Parlament ma pozostać instytucją potakującą Komisji, to rzeczywiście sens jego istnienia może budzić poważne wątpliwości.

A czy to w ogóle może się zmienić? Przecież to nie tylko kwestia wyborów, ale również podpisanego przez Polskę Traktatu Lizbońskiego.

Jest duża szansa, gdyż widać, że w Europie zmieniają się nastroje społeczne, szczególnie na Zachodzie. Być może więc ten monopol zostanie nadgryziony i nowi europosłowie okażą się bardziej suwerenni niż ci z tej kadencji. Nadzieja również w tym, że ożywia się Europa Wschodnia i posłowie z tego regionu także mogą odegrać ważną rolę po wyborach. Widać zatem, że istnieje realna szansa na zmianę, bo w obecnej postaci Europarlament faktycznie nie ma sensu.

Czy zatem Parlament Europejski zasługuje na swoje określenie jako parlament? Nie posiada przecież inicjatywy ustawodawczej, co w krajach z działającą trójwładzą jest podstawowym zadaniem.

Owszem, PE nie ma takiej inicjatywy, nie wyłania przecież także rządu, co w państwach narodowych jest kolejną bardzo ważną kompetencją organu władzy ustawodawczej. Być może ten stan rzeczy się zmieni, ponieważ pojawił się pomysł z tzw. Spitzenkandidatem, co miałoby polegać na tym, że przed wyborami każde ugrupowanie europejskie, jak na przykład Europejska Partia Ludowa czy Partia Europejskich Socjalistów, wskazywałoby swojego czołowego kandydata, który w razie wygranej objąłby stanowisko szefa Komisji Europejskiej. To z kolei miałoby upodobnić tę Komisję do rządów krajowych. Problem polega jednak na tym, że takiego mechanizmu nie ma w Traktacie. Ponadto przewodniczący PE Antonio Tajani na jednym z ostatnich posiedzeń ogłosił, że PE powinien jednak posiadać inicjatywę ustawodawczą. Tego jednak również nie ma w Traktacie. Pomimo to większość europosłów przyjęła ten pomysł z entuzjazmem, choć ja do tego grona nie należę. Przy istniejącym stanie rzeczy oznaczałoby to bowiem, że parlamentarna większość mogłaby bez jakiejkolwiek kontroli ustanawiać akty prawne. Już sobie wyobrażam, jakiego typu ustawy ten parlament by tworzył…

W obecnej sytuacji akty prawne tworzą instytucje unijne nie pochodzące z demokratycznego wyboru. Efekt jest taki, że wprowadza się regulacje, które osłabiają państwa narodowe i szczególnie mocno uderzają w wartości chrześcijańskie.

To prawda, niemniej dzisiaj jeszcze jest tak, że na poziomie Rady Europejskiej można niektórym pomysłom przeciwdziałać; Rada składa się z przedstawicieli poszczególnych rządów krajowych. Tam można jeszcze coś zmieniać i negocjować. Organy decyzyjne faktycznie nie mają legitymizacji demokratycznej, co też jest ważnym argumentem. Komisja Europejska często coś postanawia arbitralnie. Stąd narzekamy na ten brak legitymizacji demokratycznej, ale dzięki temu dyrektywy Komisji przynajmniej częściowo mogą być blokowane przez parlamenty krajowe. Jest więc też jakiś plus tego deficytu demokracji w instytucjach unijnych.

Czy jednak rzeczywiście tak jest, że musimy przekuć na prawo narodowe wszystko, co przedstawi nam Unia? Wśród prawników wcale nie ma jednoznacznej wykładni, a przecież bywa, że stanowiska wzajemnie się wykluczają, jak chociażby w kwestii tzw. homomałżeństw czy aborcji.

Oczywiście, nasza konstytucja jest dla nas najważniejsza i jest ostatecznym argumentem oraz fundamentem każdego sporu. Niemniej są pewne dziedziny, w których na mocy Traktatu Lizbońskiego zrzekliśmy się części naszej niezależności. Nie jest tak, jak twierdzi opozycja w Polsce, że prawo unijne stoi ponad prawem polskim. Artykuł 5 Traktatu mówi jasno, że „Unia działa wyłącznie w granicach kompetencji przyznanych jej przez Państwa Członkowskie w Traktatach do osiągnięcia określonych w nich celów. Wszelkie kompetencje nieprzyznane Unii w Traktatach należą do Państw Członkowskich”. Nie może być zatem domniemanych kompetencji dla organów UE. Pozostaje więc duże pole dla narodowej suwerenności, należy je wszakże mądrze i sprawnie wykorzystywać.

A Trybunał Sprawiedliwości? To też instytucja unijna. Ale działa na jeszcze innych zasadach?

Trybunał Sprawiedliwości jest nieco odrębnym zagadnieniem, gdyż podobnie jak inne instytucje polityczne aktywnie walczy o to, aby swe kompetencje rozszerzać ponad stan. Tu należy się odwołać do wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego sprzed kilkunastu lat, w którym potwierdzono, że oprócz nielicznych sytuacji orzecznictwo TK stoi wyżej od orzecznictwa TSUE. Sęk w tym, że żyjemy w czasach kwestionowania prawa. W Polsce opozycja uważa, że instytucje sądowe (i nie tylko sądowe) z przedstawicielami wyznaczonymi przez aktualny, demokratycznie powołany rząd działają niezgodnie z prawem i nie mają legitymizacji. Podobne absurdalne stanowisko w tej sprawie ma Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, choć nie mówi tego tak dosadnie. Powiem jasno: nie my jesteśmy agresorami, lecz to przeciwko nam jest zwrócona agresja Trybunału Sprawiedliwości. Widać to zresztą po przeszłych wypowiedziach TSUE; nie ma w nich żadnej wstrzemięźliwości. Wręcz przeciwnie, instytucja ta wyraźnie manifestuje swoją chęć walki z polskim prawicowym rządem, a przy okazji bezpodstawnie rozszerza swoje traktatowe kompetencje. Unia Europejska zatem nie respektuje należycie prawa, naciąga je tak, aby zmarginalizować swojego przeciwnika.

Jakie Polska ma możliwości, żeby temu przeciwdziałać? Bo rozumiem, że chodzi tu o narzędzia polityczne.

Niestety, nie bardzo mamy możliwość wpłynąć na TSUE, tym bardziej, że polski przedstawiciel w Trybunale, prof. Marek Safjan, jest po uszy zaangażowany w walkę z obecnym polskim rządem. A ponadto Trybunał Sprawiedliwości reprezentuje samym sobą lewicową ideologię głównego nurtu Unii Europejskiej i wszystkich tych, którzy się z tą ideologią nie zgadzają, traktuje jako wroga, którego należy wyeliminować. Decyzje TSUE wobec Polski z pewnością nie będą ani bezstronne, ani pozytywne, ale konkretne kroki naprawcze będzie można podjąć dopiero po ewentualnych wyrokach. Jedno jest pewne: w sytuacji nawet największego nacisku politycznego nie wolno się poddawać.

Z Pana słów wynika, że niezawisłość sędziów jest mitem, że preferencje polityczne wpływają na wyroki, które są nieobiektywne; prawdą nikt się nie przejmuje.

A co to znaczy zawisłość? Może to oznaczać, że do pewnego sędziego dzwoni polityk i prosi o przysługę? Znamy takie przypadki z własnego podwórka. Takich sędziów nie spotyka żadna większa kara. Proszę mnie dobrze zrozumieć, ja nie twierdzę, że Timmermans czy Juncker dzwonią do przewodniczącego TSUE i naciskają na niego, aby sprawę Polski załatwić po ich myśli. Wydaje mi się to nawet bardzo mało prawdopodobne.

Nie muszą dzwonić, bo sędziowie to ludzie inteligentni i sami wiedzą, jak działać, żeby nie wypaść z kursu.

Tak to wygląda, bo stanowisko tej grupy sędziowskiej, czy szerzej całego środowiska prawniczego, jest tożsame ze stanowiskiem Unii Europejskiej, z całą jej ideologią. Rozstrzygnięcia TSUE nie są stricte prawnicze, lecz umocowane politycznie, ponieważ są częścią ruchu, który ma wspierać Unię Europejską oraz jej ideologiczną nadbudowę. Chodzi o hasła typu „więcej Europy” czy „prawa reprodukcyjne dla kobiet”. Dotyczy to także mediów, które w większości wpisują się w ten główny nurt i myślą dokładnie tak samo. Mamy zatem do czynienia z despotyzmem ideologicznym w większości krajów cywilizacji zachodniej.

A ponieważ i my do tej cywilizacji od ponad tysiąca lat należymy, to ten despotyzm przenika i do nas.

Wytworzył się na Zachodzie jednolity front, który komasuje partie polityczne od lewa do prawa – przecież one coraz mniej różnią się od siebie. Zwłaszcza partie prawicowe skapitulowały, nie mają już swojej agendy i robią się coraz bardziej lewicowe. Ten trend obejmuje media, elity akademickie, artystów oraz środowiska prawnicze. Ten lewicowy blok mianował sam siebie głównym nurtem i przechwycił wszelkie instytucje stanowiące i kontrolujące. Oni są przekonani o tym, że ich działania są zupełnie obiektywne, ponieważ żyją w swojej izolowanej od prawdy bańce i mało znają prawdziwy świat. Gdzie się nie odwrócą, to inni myślą tak jak oni. Ale ci inni to ich koledzy. Gdy się pojawia ktoś spoza tego nurtu, to już sam ten fakt jest dla nich podejrzany. A gdy taka osoba reprezentuje media albo jakąś instytucję prawniczą, to dla nich pewnością jest, że został tam wepchany kluczem politycznym, a nie z powodu własnych przekonań. Każda opinia spoza głównego nurtu jest według nich opinią partyjną, stronniczą i nierzetelną. Natomiast opinie z głównego nurtu oczywiście są a priori obiektywne. Na konkretnym przykładzie oznacza to, że dla nich wszyscy sędziowie TK nominowani przez PO byli z definicji niezawiśli, mimo że 14 z 15 miejsc zajmowali ludzie desygnowani przez jedną partię.

I to wcale nie posiadającą absolutnej większości w Sejmie.

Tak to wygląda. Sędziowie mianowani przez Prawo i Sprawiedliwość z istoty swojej są zawiśli. Po prostu sędzia, który ma konserwatywne poglądy, musi być zawisły – takie jest myślenie w Unii i takie w naszej opozycji.

Nakreślił Pan bardzo pesymistyczną wizję, w której wszystkie istotne dla państwa instytucje zostały opanowane przez jeden określony, mocno lewicowy światopogląd. Nie ma więc miejsca dla katolików, dla tradycjonalistów? Albo też dla wielu zwykłych osób, które nie chcą sobie przypinać żadnych etykietek, ale żyć spokojnie ze swoimi rodzinami nie będąc molestowanymi ideologiami gender czy innymi aberracjami?

Tak w dużym stopniu wygląda dziś Europa. Trzeba zacząć opis rzeczywistości od trafnej diagnozy. Podczas gdy my szukamy dialogu, ci „oświeceni” Europejczycy nie okazują żadnej woli nie tylko do kompromisu, ale nawet do rozmowy.

Może nie chcą dyskutować, bo boją się naszych argumentów?

Według nich nie ma miejsca dla nikogo poza nimi, bo to przecież oni zagospodarowali cały świat od lewa do prawa. Jeżeli ktoś do tego świata nie należy, to nie powinien w ogóle istnieć. Dlatego naszym zadaniem jest budowa silnych środowisk, które mogą zmienić tę scenę struktury władzy. Gdy w Polsce powstawały media konserwatywne, to traktowano je z pogardą jako prawicowe pisemka. Dzisiaj są to poważne wydawnictwa, które zmieniły pejzaż medialny.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 7-8/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum