Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Unia Europejska Narodu Niemieckiego”.

Aktualności

25.01.2021 14:23

Symboliczne zdjęcie: nazywana „cesarzową Europy” Angela Merkel dobiera sobie partnerów w polityce międzynarodowej wg swojego uznania, bez oglądania się na Unię. Tu przyjacielski splot rąk, podczas szczytu w Istambule w październiku 2018 r., z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem i prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Wydawałoby się, że to towarzystwo „od Sasa do Lasa”, ale nie dla Niemiec. Fot. Maxim Shipenkov/PAP EPA

 

 

 

Symboliczne zdjęcie: nazywana „cesarzową Europy” Angela Merkel dobiera sobie partnerów w polityce międzynarodowej wg swojego uznania, bez oglądania się na Unię. Tu przyjacielski splot rąk, podczas szczytu w Istambule w październiku 2018 r., z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem i prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Wydawałoby się, że to towarzystwo „od Sasa do Lasa”, ale nie dla Niemiec. Fot. Maxim Shipenkov/PAP EPA

 

 

Oswajanie z rządami imperialnymi

Leszek Sosnowski

 

 

Któż nie spotkał się z nazwą Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego – występuje ona na przestrzeni wieków aż po dziś dzień: w literaturze, publicystyce, ale też w wielu poważnych pracach historycznych oraz w podręcznikach szkolnych. W każdym przypadku jest kłamliwa; nigdy nie istniał taki twór. To produkt imperialnej propagandy. Często całą wymienioną na początku frazę poprzedza jeszcze określenie „święte”: Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, co miało/ma wzmacniać tak wewnątrz niemieckojęzycznych landów, jak i w kręgach polityczno-kulturalnych całej Europy znaczenie oraz prestiż Rzeszy – pierwszej (962–1806), drugiej (1871–1918), ale i trzeciej, istniejącej najkrócej, od 15 marca 1933 do 8 maja 1945 r., ale jakże mocno i krwawo zapisanej w historii świata.

1.
Po ostatecznym upadku cesarstwa zachodniorzymskiego w 476 r., tworu jeszcze antycznego, przychodzi okres pewnego chaosu na Zachodzie, który nie kto inny, jak wielki XIV-wieczny poeta Francesco Petrarka (1304–1374), nazwie jakże opacznie „wiekami ciemnymi”. Termin ten bardzo chętnie dziś podejmują i lansują postmodernistyczni ideolodzy oraz wojujący ateiści. Robią to jednak z zupełnie innych powodów niż Petrarka, który tak naprawdę mało wiedział o wczesnym średniowieczu, dużo zaś o antyku, który jaśniał mu w blasku pozostawionych po sobie dzieł i sentymentalnych wspomnień – pamiętajmy, że w Italii wielkimi krokami nadchodził już renesans.
W rzeczywistości owe „ciemne wieki” przyniosły taki poziom integracji europejskiej, o jakim dziś można tylko marzyć: Christianitas. Trudno byłoby to zjawisko przetłumaczyć jednym słowem, chyba jest to niemożliwe i może niepotrzebne. Lepiej przybliżyć jego znaczenie krótkim opisem.
To był naprawdę jeden świat przesiąknięty do głębi jedną ideą – wszyscy rozumowali wspólnymi kategoriami uniwersalnego chrześcijaństwa. Odniesienie życia ludzkiego, ale i państwowego, społecznego, do Boga było powszechne, niepodważalne i pełne niezachwianej wiary. Trudno to dziś nawet zrozumieć, jeśli nie czyta się żywotów ludzi z tamtych czasów. Chrystus stanowił bardzo wyraziste odniesienie tak w życiu wielkich, jak i małych. Istniały rywalizujące państwa, ale, można powiedzieć, były pogrążone w obłokach Christianitas. Prowadzono spory, nieraz gwałtowne, zwłaszcza o przywództwo, o zasięg władzy; no cóż, człowiek pewnie nie byłby człowiekiem, gdyby nie ulegał ambicjom, żądzom i emocjom. Grzeszono, dopóki jednak Christianitas stanowiła niepodważalną wartość nadrzędną, grzech był trzymany w ryzach i można go było odpokutować. Zadośćuczynienie za wyrządzone zło było czymś więcej niż obowiązkiem, nawet u osób najwyżej postawionych, tu nie było wyjątków. Cnotą była hojność, obligatoryjna dla władających. Liczono się bardzo z przyszłymi wyrokami Sądu Ostatecznego, żyto z jego świadomością, co budziło sumienia i łagodziło stosunki między ludźmi.
Kiedy dziś poznajemy bliżej Christianitas, zaczynamy o nim marzyć, zaczynamy tęsknić za tym światem tak różnorodnym, a zarazem tak klarownym. To jest tęsknota za wszechobecnością kochającego nas Boga, za prostotą i zarazem głębią Chrystusowego nauczania, za jednością ludzkiego stada, tej owczarni Pana. Taki poziom integracji, jak byśmy dziś powiedzieli, nie powtórzy się już nigdy w historii. Bo jednoczyć możemy się naprawdę tylko w czymś autentycznie wielkim, dobrym i pięknym, a nie dlatego, że zaordynują to nam złotouści politycy lub utopijni ideolodzy.
Przywódcy tak licznych dziś, niestety, zastępów wojujących z Chrystusem nie mogli nie podchwycić myśli o „ciemnych wiekach”, bo mają świadomość, co faktycznie królowało w tamtych czasach. Wiedzą dobrze, że ta „ciemność” w rzeczywistości roztaczała kojący ludzką naturę blask, co mogłoby i dziś bardzo pociągać. Możliwość powrotu głębokiej wiary – bo ta możliwość istnieje zawsze – nęka właśnie całą lewą stronę naszego stada, które powoli przestaje być owczarnią Pana. Nie grzechy wierzących, nie ten czy ów grzech kapłana, bo to są rzeczy do naprawienia, odpokutowania i zadośćuczynienia, ale bezbożni i bezwzględni żołnierze zła oddalają nas wszystkich od współczesnego Christianitas. Siebie samych zresztą też. To są ci, dla których Bóg umarł; nie bacząc na swą marność, sami dla siebie chcą być bogami.
Rzecz jasna te zastępy żołnierzy zła nie są „wynalazkiem” naszych czasów, choć nie miały dawniej takiej mocy i nie działały tak podstępnie jak teraz. Jednym z ich największych sukcesów w przeszłości było doprowadzenie do zmierzchu Christianitas. Odbędzie się jeszcze w 1000 r. słynny zjazd w Gnieźnie, umacniający wiarę na nowych terenach, być może najważniejszy polityczny wyraz Christianitas. Potem w każdym razie nie znajdą się już naśladowcy młodego cesarza Ottona III przybyłego z pokorą do grobu św. Wojciecha. Wprost przeciwnie, władcy niemieccy, którzy od 962 r. będą przejmować tron cesarski, przejawiać będą coraz bardziej niepohamowane imperialne apetyty, które spowodują powolną likwidację owej pięknej wspólnoty ducha nazwanej Christianitas na rzecz wspólnoty politycznej opartej na zdobyczach terytorialnych i grabieży. I na propagandzie, która nie jest, jak by się wydawało, działaniem charakterystycznym tylko dla naszych czasów, chociaż dziś ma ona niezwykle skuteczne narzędzia. Uprawiano ją chyba od zawsze. Niewątpliwie nazewnictwo było i jest ważnym elementem propagandy, zwłaszcza budowania wizerunku.
W 800 r. pierwszym po antyku cesarzem na Zachodzie został Karol, władca Franków, nazwany potem Wielkim. Nie mogło mu przyjść do głowy, że jego następcy w przyszłych wiekach będą określać siebie cesarzami rzymskimi z dodatkiem „narodu niemieckiego”. Karol starał się zjednoczyć wszystkie kraje łacińskiego chrześcijaństwa w jednym organizmie politycznym, ale przede wszystkim duchowym – tak rozkwitało Christianitas. Jego rzymsko-cesarski tytuł miał charakter uniwersalny, ugruntowany wedle praw i prawd ewangelicznych. Tytuł przejęty później przez władców niemieckich odzwierciedlał natomiast ich ambicje narodowe, imperialne, sugerował, że godność cesarska od zawsze przynależy do monarchów wybieranych przez landy niemieckie zgodnie z ich prawami. Początkowo stosowano określenie Cesarstwo Rzymskie i Landy Niemieckie, z biegiem czasu jednak „i” zanika, zaczyna być stosowany dopełniacz – kogo, czego. Zasadnicza różnica. Kogo? Ano cesarstwo „narodu niemieckiego”. Landy są zamieniane na „naród”, określenie „rzymskie” zaś zostawia się dla podkreślenia odwieczności praw niemieckich do panowania nad światem.

2.
Wiek XIX dzięki rozwojowi prasy staje się okresem rozkwitu propagandy, ogarnia ona coraz szersze kręgi, dociera do niższych warstw społecznych. Niemcy przodują na tym polu; przywoływana jest często idea Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, najlepiej z przydomkiem Święte. Ma to głęboki związek z koncepcjami zjednoczeniowymi dziesiątków krajów i kraików niemieckich; do owego zjednoczenie w końcu dochodzi. Dokonało się to 150 lat temu, o czym pisze bardzo ciekawie w tym numerze „Wpisu” prof. Grzegorz Kucharczyk.
W 1910 r. ukazało się w Weimarze opracowanie naukowe niemieckiego historyka Karla Zeumera (1849–1914) zatytułowane znamiennie „Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego”, które do dziś pozostaje podstawowym źródłem wiedzy na temat tej nazwy. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie metoda interpretacji prawdy historycznej zastosowana przez tego badacza. Metoda typowa dla naszych czasów. Karl Zeumer oczywiście zdawał sobie dobrze sprawę z tego, jak naprawdę miały się rzeczy tysiąc czy kilkaset lat wcześniej, przewertował tysiące archiwaliów i w swym opracowaniu zaprezentował różne opinie na temat pojęcia cesarstwa, ukazał ewolucję tej nazwy. Czy faktycznie jednak szuka prawdy? Raczej postprawdy. Kończy bowiem swoje rozważania taką oto woltą: „Jeśli zatem historycy prawa, historiografowie i pisarze historyczni [i tu wymienia wiele znanych w jego czasach nazwisk – LS] bez wątpliwości stosują określenie niemiecko-rzymskie imperium cesarskie już w odniesieniu do wczesnego średniowiecza, to nie możemy się dziwić, że wyrażenie to przyjęło się do dziś w coraz to szerszych i szerszych kręgach”.
Skoro tak mocno coś się utrwaliło, weszło do obiegowej opinii, to po cóż zabiegać o prawdę historyczną? Iluż to dzisiaj naukowców, polityków czy publicystów twierdzi tak samo i postępuje zgodnie z ową metodą „badawczą”… Na pewno nie można nazwać Karla Zeumera niemieckim nacjonalistą, ale propagandzistą tak. Zapewne uprawiał tę propagandę mimochodem, bez zagłębiania się w ewentualne konsekwencje. Faktem jednak jest, że kilkadziesiąt lat później pewien słynny minister propagandy trzeciej Rzeszy będzie nagminnie wykorzystywał obiegowe opinie jako fakty historyczne i naukowe. W tym opinie o starożytności państwa i narodu niemieckiego, jako uzasadnienie imperialnych dążeń trzeciej Rzeszy.
Czemu przywołuję te nieraz tak odległe w czasie fakty? Nie są to ciekawostki historyczne, to są ostrzeżenia. Chcę pokazać, oczywiście symbolicznie i skrótowo, pewien łańcuch zależności i konsekwencji, którego kolejne ogniwo wykuwane jest na naszych oczach. To Unia Europejska Narodu Niemieckiego.

3.
Idea Unii Europejskiej, jak powszechnie wiadomo, ma swoje źródła w chrześcijaństwie, od czego teraz odżegnuje się wszelkimi sposobami obecne jej kierownictwo. Uznano, że trzeba zapomnieć o katolikach takich jak Robert Schuman czy Alcide De Gasperi, których Kościół chce – o zgrozo! – wynieść do chwały ołtarzy. Na pomoc w zwalczaniu zagrożenia Unii Panem Bogiem wezwano nawet Altiero Spinellego, który co prawda od 35 lat nie żyje, ale za to od 1924 r. był bardzo aktywnym działaczem partii komunistycznej, a zwalczaniu religii i Kościoła poświęcił całe życie. Ten zajadły komunista doczekał się uznania w postaci nazwanego jego imieniem pięknego, nowoczesnego gmachu unijnego w Brukseli. Spinelli bezczelnie uznany został ojcem Unii Europejskiej. Choć bardzo wzbogaciły się obecnie środki propagandy, to nazewnictwo, jak widać, wciąż odgrywa wśród nich jedną z najważniejszych ról.
Obecny twór unijny na gwałt potrzebuje jakichś wyższych idei, bo okazuje się, że na dłuższą metę bez podbudowy duchowej nie da się utworzyć wspólnoty nawet z krajów podbitych. Unia odrzuca Boga, ale zarazem dąży do czegoś w rodzaju świeckiego, zateizowanego Christianitas – czysta i niebezpieczna utopia, coś, w czym od dawna specjalizują się lewicowi myśliciele i politycy.
Ideę Christianitas zastąpić ma idea europejska; czym ona jest – nikt jednak dokładnie nie wie. Ważne, iż dobrze brzmi. Tymczasem jest to idea-wytrych w rękach hegemona, który posługuje się nią dowolnie, w zależności od sytuacji. Kto jest hegemonem i dlaczego Niemcy, nie potrzeba chyba na tych łamach objaśniać.
Nad ideą europejską pracowano już w gabinetach hitlerowskich dygnitarzy (u Ribbentropa) oraz w kręgach prawników wojskowych (m.in. Friedrich Gollert, Reinhard Gehlen), przewidując porażkę wojenną – ale przecież nie klęskę – po której trzeba będzie wrócić do idei wielkiego Reichu, może nawet świętego Reichu. Pytaniem tylko było, jaką ideą zastąpić zdezawuowane koncepcje nazistowskie. Pomysł z doktryną europejską okazał się strzałem w dziesiątkę. Przewidywania i wizje „ojców założycieli” tej doktryny spełniają się krok po kroku.
Bardzo wspomogła Niemców idea europejska w ich dążeniach zjednoczeniowych z NRD. Po powołaniu do życia tego zsowietyzowanego państwa zachodnioniemieccy politycy całe lata bardzo sprytnie podkreślali przy każdej okazji, że Europa będzie dopóty podzielona, dopóki podzielone będą Niemcy. A któż by chciał, żeby Europa była podzielona? Mantra ta miała zadanie dużo ważniejsze niż scalenie RFN z NRD, a mianowicie – miała wytworzyć w zbiorowej świadomości przekonanie, że interes niemiecki jest równoznaczny z interesem europejskim. Podchodzono do tej swoistej indoktrynacji bardzo poważnie, z wykorzystaniem autorytetów, dyplomatów, naukowców etc. Michael Stürmer, znany historyk i doradca Helmuta Kohla w latach 1980–1986, domagał się, aby Niemcy stali się „najbardziej europejskim narodem spośród wszystkich Europejczyków”. Rzecz jasna nie chodziło tu o europeizację Niemców, lecz o germanizację Europejczyków.
I tak Unia, najnowszy twór zbudowany na enigmatycznej idei europejskiej, stała się królestwem – demagogii. Krytykujesz Niemców – jesteś przeciwny integracji, krytykujesz zgermanizowany Europarlament – jesteś wrogiem demokracji, krytykujesz UE – jesteś antyeuropejski (określenia eurosceptyczny już się prawie nie stosuje, bo zbyt łagodne) itd. Za niesubordynację natomiast – kara, nawet zagłodzenia.
Pierwsi wyrwali się z tych imperialnych kleszczy Brytyjczycy i nic dziwnego, mają swoje imperium. Wbrew medialnej propagandzie brexit bardzo jednak wzmocnił Unię Europejską – Narodu Niemieckiego. RFN pozbyła się bowiem bez walki jedynego prawdziwie groźnego konkurenta wewnątrz unijnych struktur. Dominacja Berlina wzrosła znacząco, zyskał on praktycznie nieograniczoną swobodę ruchu na międzynarodowej arenie politycznej. Ktokolwiek chce się przeciwstawić Niemcom, z wielkim trudem znajduje sojusznika wśród państw członkowskich. A najczęściej nie znajduje go wcale.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że całe obecne lewactwo, tak zakochane w Unii, nie dostrzega, jak jest manipulowane i wykorzystywane przez Niemców, sądząc, że to oni pracują i łożą na ich lewicowe, utopijne przekonania, odrealnione plany i chore strategie. Niemcy zaś pozostają sobą: pożądają pełni władzy i dążą do imperium tak wielkiego, jak tylko się da uznając każdy środek, który prowadzi ich do celu, za uświęcony. W ramach Unii Europejskiej da się wiele, coraz więcej.
Zakres germanizacji tej instytucji może jednak wydać się postronnemu obserwatorowi niewielki albo zgoła bez znaczenia, ponieważ proces ten postępuje głównie zakulisowo, skrywając się za fasadami demokracji oraz integracji.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 4/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum