Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

UMIERANIE POLSKIEJ KSIĄŻKI

Aktualności

23.05.2017 10:16

rys. Grzegorz Niedziela rys. Grzegorz Niedziela

 

Leszek Sosnowski

W Polsce narosło ostatnimi laty wiele fałszywych mitów na temat książki i czytelnictwa. Wszystkie zostały sfabrykowane, żaden nie jest efektem zbiorowej wiedzy i społecznego doświadczenia, lecz wynikiem zamierzonej manipulacji świadomością obywateli i opinią publiczną. Najpodlejszy z tych mitów to twierdzenie, że Polacy nie chcą czytać, nie lubią książek, ponieważ są ciemną masą i co gorsza, postanowili nią pozostać.
Od dawna pracuje się nad tym, aby Polacy sami o sobie myśleli jak najgorzej, aby sami sobą pogardzali. Doszło do tego, iż w wielu krajach mają o nas lepsze mniemanie niż my sami – mieszkańcy rozległych przestrzeni nad Wisłą, Bugiem i Odrą.
Czyż jednak może być inaczej, gdy opiniotwórcze, głównonurtowe media zostały opanowane przez antypolskie do granic nienawiści ośrodki? Zasłużona w tym względzie gazeta – wiadomo jaka – rozsiewa takie oto opinie: „Polacy są społeczeństwem funkcjonalnych analfabetów i kulturowych abnegatów”. Żeby było naprawdę wiarygodnie, artykuł podpisuje profesor, co prawda tylko z Uniwersytetu Pedagogicznego, ale zawsze… To niejaki Janusz A. Majcherek, którego pseudonaukowe fanfaronady, wielbiące każdą inną nację niż polska, wpisują się w szeroki nurt tych wszystkich wyborczych, niusłików, tefałenów, onetów etc. Nie ma dnia, by nie usiłowali wmówić Polakom, że są ostatnim badziewiem światłej Europy.
Drugi mit na temat książki to sprzedaż internetowa. Tu z kolei ze swoją manipulacyjną opinią przebiło się lobby wielkich sieci handlowych, różnych korporacji. Bardzo silne i sprytne lobby. Wmówiło ono niemal całemu społeczeństwu, w tym i reprezentantom obecnego obozu rządzącego, że umieranie księgarń jest rzeczą naturalną, jest wynikiem postępu i trzeba się radować, że przynajmniej w tej dziedzinie postęp ów zawitał do Polski. Jeden z przedstawicieli wielkiego handlu za pośrednictwem internetu stwierdza wprost: „Połowa książek jest kupowana w internecie, więc w każde miejsce Polski dany tytuł może dotrzeć. Zaciera się sens istnienia księgarń tradycyjnych”. To ostatnie stwierdzenie powinno być w ogóle karalne, tak jest szkodliwe. Słowa te ukazały się na wyjątkowo niechętnym Polsce portalu onet.pl. Trudno jednak nie zapytać: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?! Jeżeli sprzedaż książek w internecie rośnie, ale ogólnie, w sumie, spada, to jaka jest przyczyna tego spadku? Musi poważnie szwankować jakiś inny element sprzedaży, poza internetem. I tak właśnie jest: od paru lat masowo likwidują się księgarnie. Ewidentnie e-handel nie jest w stanie ich zastąpić.
Te same media drwiące z Polaków, że jakoby gardzą książką i dlatego coraz mniej czytają, podkreślają, że w takich na przykład Niemczech książka ma się świetnie. Ma się świetnie, to prawda, sprzedaż tam nawet rośnie. Jednakże w Niemczech normalne księgarnie kwitną, a w Polsce znikają w oszałamiającym tempie; trudno doliczyć się choćby jednego tysiąca, a jeszcze 5-6 lat temu było ich blisko 4 tysiące. W Niemczech sprzedaż internetowa oscyluje od kilku lat w granicach 15 procent, zatrzymała się na tym poziomie. U nas osiągnęła zaś 35 procent (nie połowę, jak podają niektórzy). Za Odrą i we wszystkich innych krajach zachodnich sklepy internetowe stały się uzupełnieniem sprzedaży, a w Polsce mają tę sprzedaż zastąpić. To się jednak udać nie może, bowiem książka nie jest takim samym produktem jak tysiące innych. Dowodzi tego historia nawet tak potężnego, światowego giganta e-handlu jak Amazon, który operując najpierw samymi książkami i płytami, splajtował i podniósł się dopiero po dołożeniu do książek tysięcy innych produktów, nawet pralek i samochodów. Pytanie tylko, co wtedy jest dodatkiem do czego: samochód do książki czy jednak odwrotnie? Odpowiedź jest dla każdego oczywista.
W takim internetowym konglomeracie książka przejmuje funkcje nośnika marketingowego napędzającego klientów do kupna innych produktów. W tym układzie staje się jednak jasne, że do celów marketingowych potrzebna jest przede wszystkim książka hitowa, czytadło przyciągające masę ludzi, którzy są potencjalnymi kupcami innych produktów. Tak samo wszak funkcjonuje dziś książka w supermarketach, gdzie znajduje się nie procent, a promil całej bardzo bogatej oferty wydawniczej, jeśli chodzi o ilość tytułów. Dla handlowców sieciowych liczy się tylko masowość i taniocha. Szybko i dużo – to ich ekonomia. I to ich kultura.
Co jednak z tysiącami książek, które nie mają szans na wielkie nakłady, a są zdecydowanie bardziej potrzebne od pospolitych czytadeł? Bez nich ewidentnie nastąpi zapaść cywilizacyjna.
I tu dochodzimy do trzeciego mitu, a mianowicie, że książka jest produktem handlowym, takim samym jak każdy inny funkcjonujący na rynku. Takie podejście do książki eliminuje jej wartość i zadania kulturowe, jakie spełnia od stuleci. Oczywiście, książka jest również towarem rynkowym, ale nie tylko i nie przede wszystkim. Najdziwniejsze jest to, że do tego, zdawałoby się oczywistego, stwierdzenia trzeba od lat przekonywać ludzi kultury, ludzi wykształconych, ludzi na książce wychowanych – funkcje wychowawcze to zresztą kolejna właściwość książki, która nie pozwala szufladkować jej na równi z jajami lub cebulą.
Żeby Polacy czytali więcej, musi być spełnionych kilka warunków. Przede wszystkim zaś – żadne władze państwowe, ale także publicyści kształtujący opinię publiczną nie powinni traktować książki jak np. kiełbasy lub worka cementu, jak każdego innego produktu podlegającego w stu procentach prawom wolnego rynku. Zresztą te neoliberalne rządy rynku są obecnie kwestionowane w każdym kraju, okazały się fałszywą drogą, którą w III RP reprezentował swego czasu głównie Leszek Balcerowicz. Dzięki tym neoliberalnym ideom do cna wyzbyliśmy się przemysłu. Teraz natomiast maniakalne fetyszyzowanie rynku dokonuje się w sferze kultury. O ile jednak zapaść gospodarczo-ekonomiczną można, co widać, stosunkowo szybko zlikwidować, o tyle degradacja kulturalna dokonuje się poprzez demolowanie wnętrza człowieka, jego duszy i umysłu, które wyremontować i odbudować niełatwo nawet w kolejnym pokoleniu. Co też widać. Dzieła kultury nie powstają na zamówienie w fabrykach. Także dzieła edytorskie.
Wyprodukowanie książki kosztuje, nad każdym tytułem pracuje sporo osób, od autora poczynając, poprzez redaktora, adiustatora, korektora, grafika, drukarnię z papiernią, po księgowość i magazyny wydawcy, następnie przez marketingowca oraz handlowca, przeważnie najpierw hurtowego, aż do księgarza. Każda książka, którą trzymamy w ręku, musiała przejść od pomysłu długi proces technologiczny i organizacyjny. Nie powstaje tylko w wyniku jej napisania lub wykonania do niej fotografii. Nie wszyscy sobie to uświadamiają, także nie wszyscy decydenci – a powinni, bowiem to dopiero daje wyobrażenie o skali kosztów, jakie trzeba ponieść, żeby książka trafiła na rynek. Tych kosztów wydawcy nikt nie daruje, żaden autor, żaden pracownik, żadna papiernia, żadna drukarnia, żaden najemca lokalu, żadna firma transportowa, żaden dostawca prądu i energii, żaden handlowiec. Tymczasem książka już w momencie ukazania się musi być przeceniana nawet o 50-60 procent! Proszę mi pokazać drugi taki produkt, który w ten sposób funkcjonuje na rynku.
Rodzi się w związku z tym pytanie – jak długo jeszcze będą mogły powstawać książki niezależne, mądre, piękne, eksperymentalne, unikatowe? Jeżeli stosownych kroków ochronnych nie podejmie państwo – niedługo. Mówię to nie jako publicysta, ale jako doświadczony wydawca, specjalista właśnie od książki pięknej, obdarzonej cennymi wartościami, trwałej, po którą będą mogły sięgać także następne pokolenia. Książki, która daje świadectwo dorobku naszej dawnej i najnowszej kultury, budzi sumienia, skłania do refleksji intelektualnych. Ja i mnie podobni możemy zamknąć nasze wydawnictwa i każdy z nas będzie z czegoś tam żył (choć duże majątki wydawców to kolejny mit, pasujący naprawdę do nielicznych). Takie realne zagrożenie naprawdę istnieje. Czyżby na rynku mieli pozostać tylko fabrykanci czytadeł? Fabrykanci jednej z niezliczonych w naszych czasach form rozrywki?
Nie tylko księgarzy, ale i może w jeszcze większym stopniu wydawców dotyka szalona walka cenowa, rozpętana właśnie przez dominujące jednostki handlowe. Prowadzą ją one bezwzględnie, wyniszczając de facto polską kulturę. Jeżeli w świecie książki wciąż ma rządzić prawo „tanio, masowo i szybko”, to świat ten błyskawicznie zamieni się w park rozrywki, i to byle jakiej. Według statystyk sprzed paru lat dziennie ukazywało się w Polsce 85 nowych tytułów i nie był to wynik nawet zbliżony do osiągnięć niemieckich, francuskich, nie mówiąc o amerykańskich. Ile z tych nowych tytułów trafia do sieci? Jeden na kilka czy kilkanaście dni? Obrazuje to skalę zaniechania handlowego w stosunku do świata wydawniczego i do świata polskiej kultury w ogóle.
Zupełnie inaczej postępują księgarnie, które karmią się różnorodnością. Cóż z tego, skoro padają w tej strasznej wojnie cenowej. Nie mogą na dzień dobry obniżać ceny o 40, 50 procent, bo by się nie utrzymały. Co innego supermarket, ten żyje z tysięcy produktów. Wystarczy mu mieć na każdym procencik, z całości i tak uzbiera się fortuna. Wielkie sklepy internetowe funkcjonują podobnie, prowadzą wojny rabatowe i je wygrywają, ponieważ mają dużo mniejsze koszty utrzymania niż prawdziwa księgarnia. Ale to w tej prawdziwej księgarni odnajduje się potencjał czytelników, którzy tam ciągną i chętnie spędzają czas wertując woluminy, czytając fragmenty książek, oceniając edytorstwo, dyskutując z księgarzem. Wyprawa do księgarni to dla wielu to samo co udanie się do kina lub teatru. To wyprawa do placówki kulturalnej.
Trzeba sobie uświadomić jeszcze jeden aspekt zjawiska degradującego wartościową książkę. Otóż eliminacji z rynku podlegają nie tylko książki mądre, ważne i piękne, ale przede wszystkim książki polskie. Książki jako ostoja polskości, jako spoiwo naszej tożsamości narodowej, to nie są czytadła pożądane przez gigantyczne sklepy internetowe czy stacjonarne. Wprost przeciwnie. Eliminowanie bogactwa wydawniczego, różnorodności wydawniczej jest elementem wspomnianej na wstępie walki z polskością. A ta walka przyjmie formy bezwzględnej eliminacji, gdy do Polski wkroczy na całego światowy gigant e-handlu Amazon. Pobije rabatami wszystkich. Nasze prawo ochrony konkurencji, skrojone kiedyś na potrzeby różnych korporacji, wkracza do akcji dopiero wtedy, gdy ktoś zagarnie ponad 40 procent rynku – to jest już wówczas totalna dominacja nad innymi podmiotami, a nie uczciwa konkurencja. W przypadku rynku książki oznacza to dyktat nie tylko cenowy, ale i merytoryczny. Powtórzę: Dyktat merytoryczny, tematyczny; znów obcy będą nam ustalać lekturę.
Wieść niesie, że Amazon już się przymierza do Polski. Pamiętajmy, że oni mają w nosie polską kulturę. Rządzić będzie tylko międzynarodowa kasa. Będą, rzecz jasna, ciąć wszelkie koszty, a to najłatwiej czynić, wykorzystując to, co już się ma; a więc rzuci się na polski rynek wszelkie zagraniczne, sprawdzone badziewie. Zresztą już teraz cudzoziemszczyzna zdecydowanie dominuje wśród czytadeł.
Pierwsze, co zrobi Amazon, to wykupi największe księgarnie internetowe; właściciele je sprzedadzą, bo kto chciałby kopać się z koniem? A otrzymane miliony zapewnią spokojny żywot im oraz ich dzieciom. Małe podmioty same upadną, ich nikt nie kupi – w analogiczny sposób padają księgarnie stacjonarne.
Nie jest zatem wesoło, jednak nie musi być tragicznie. Nie jest to sytuacja bez wyjścia. Są środki naprawcze – w ręku państwa. Takim molochom jak Amazon czy inne korporacje handlowe nie przeciwstawi się żaden wydawca czy księgarz, żadne stowarzyszenie. Konieczna jest interwencja władzy, i to interwencja ustawodawcza.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum