Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Trwałość dobrej władzy buduje siłę państwa”

Aktualności

22.09.2020 13:41

Jan Matejko, „Powtórne zajęcie Rusi. Bogactwo i oświata R.P. 1366” z cyklu „Dzieje cywilizacji w Polsce”. Wyprawa Kazimierza Wielkiego na Ruś zakończyła się spektakularnym polskim sukcesem. Fot. MNW

 

 

 

Jan Matejko, „Powtórne zajęcie Rusi. Bogactwo i oświata R.P. 1366” z cyklu „Dzieje cywilizacji w Polsce”. Wyprawa Kazimierza Wielkiego na Ruś zakończyła się spektakularnym polskim sukcesem. Fot. MNW

 

 

 

Długie panowania wzmacniały Ojczyznę (1)

Prof. Andrzej Nowak

 

 

By móc stworzyć solidne polityczne wspólnoty w państwie oraz trwale zmienić coś – zwłaszcza na lepsze – potrzeba czasu. Potrzebne jest wpisanie woli politycznej oraz dobrego planu w stosowne ramy czasowe, które pozwolą na jego urzeczywistnienie. Połączenie tych trzech czynników – woli, koncepcji i czasu (cierpliwość łączy te trzy) – pozwala osiągnąć rezultaty najtrwalsze, przynoszące korzyść nie tylko władcy panującemu w danym momencie, ale także następnym pokoleniom. Pewne czynności możemy wykonać w ciągu dni, tygodni, miesięcy, jednak żeby zmienić kraj, postawić na nogi gospodarkę albo ją dopiero stworzyć, potrzebny jest dłuższy czas, potrzebne są lata całe. Tak samo rzecz się ma, gdy chcemy umocnić suwerenność państwa, zwłaszcza wśród innych bytów politycznych silniejszych od nas. Potrzebne jest konsekwentne działanie – a to wymaga czasu.
Silny ośrodek władzy
Dobra władza musi mieć swoje stabilne centrum dyspozycyjne, silny ośrodek. Chodzi oczywiście o stabilny zespół ludzi, nie budynków. Jeżeli go nie ma albo jeżeli co chwilę on się przekształca lub w ogóle znika, to nie może być mowy w kraju o żadnym trwałym osiągnięciu. Oczywiście, ów silny ośrodek może czasem wykorzystać swoją stabilną władzę w złym celu, to też się zdarza. Nie zawsze bowiem władza utrwalona, scentralizowana, działa w interesie publicznym. Nie chodzi mi tu jednak w tych rozważaniach o system autorytarny, o centralizację, która wyklucza współpracę wielu ludzi. Chciałbym tylko przestrzec przed działaniem wyłącznie w perspektywie najbliższych wyborów, które będą za miesiąc albo za dwa, trzy lata. Chodzi mi o taką strukturę władzy, która działa z myślą co najmniej o jednym pokoleniu, czyli o 25–30 latach. Te przynajmniej ćwierć wieku to jest tylko jedno z ogniw w łańcuchu pokoleń, który ma ich znacznie więcej – jedne nas poprzedzają, inne (powinniśmy to zakładać) będą po nas. Jeżeli chcemy zbudować coś trwałego, musimy przyjąć taką właśnie perspektywę.
Jeśli tak spojrzymy na dzieje polityczne naszej polskiej wspólnoty, łatwo wtedy zauważymy, że najwięcej udało się osiągnąć właśnie w tych okresach, kiedy władza polityczna stabilizowała się na dłuższy czas. Nie jest to zresztą tylko doświadczenie polskie, ale zacznijmy od naszych rodzimych przykładów. Warto uświadomić sobie najpierw różny kontekst trwania władzy.
Kiedy w czasach średniowiecza, gdzieś w wieku IX-X i później, zaczyna się polska wspólnota historyczna, nie ma wtedy oczywiście mowy o wyborach, o walce politycznej polegającej na tworzeniu się frakcji, które zabiegają o głosy obywateli i systematycznie, co kilka lat, ubiegają się o reelekcję. Władza księcia czy króla pochodziła od Boga, uznawana była w namaszczonym rodzie w pewnym sensie za nienaruszalną. Mimo to nie można powiedzieć, by system oparty na wyjątkowo wysoko wyniesionym autorytecie władcy zawsze był stabilny i trwały. Wielkim problemem w okresie średniowiecza było zmaganie się władców w momencie przejmowania przez nich władzy z faktyczną albo z tlącą się po cichu wojną domową, ze sporem o to, kto naprawdę ma rządzić. Do takiej sytuacji dochodziło zawsze, kiedy było kilku pretendentów do władzy, kiedy władca z urodzenia, syn poprzedniego władcy, miał konkurenta w osobie swego brata – przyrodniego albo też młodszego czy nawet starszego, ale odsuniętego, wolą ojca, od panowania. Wtedy toczyły się polityczne walki domowe, które zużywały siły społeczne i rzadko przynosiły korzyść państwu. Przypomnę tu najpierw przykłady polskie.
Bolesław Krzywousty panował, można powiedzieć, długo, bo 36 lat – od 1102 do 1138 roku. Działo się wtedy wiele bardzo ważnych i w pewnym sensie wielkich rzeczy dla Polski, jak choćby zwycięska obrona przed prowadzoną przez cesarza Henryka V generalną wyprawą Królestwa Niemieckiego na Polskę. Jednak przez pierwszych dziewięć lat rządów Bolesława Krzywoustego bardzo dużą część sił Polski krępowała wewnętrzna wojna domowa. Jako pretendent do władzy występował bowiem drugi kandydat, przyrodni brat Bolesława – Zbigniew, którego popierali nasi sąsiedzi, Czesi. Dwór czeski prowadził już od kilkudziesięciu lat walkę z Polską o Śląsk, Zbigniew jako rywal Bolesława był im potrzebny po to, aby Polskę osłabić i wyrwać Śląsk z jej rąk. Tak więc z długiego, 36-letniego panowania Bolesława Krzywoustego dziewięć lat de facto upłynęło częściowo na „zaciągniętym hamulcu”.
Ostatecznie Bolesław Krzywousty brutalnie, fizycznie usunął rywala ze swojej drogi. Udało mu się potem nie tylko obronić Śląsk, ale także zdobyć dla Polski Pomorze, zarówno Gdańskie, jak i Zachodnie, choć to ostatnie luźniej, ale jednak zostało włączone w orbitę zwierzchnictwa Polski. Bolesławowi udało się ponadto obronić Polskę przed najbardziej niebezpiecznym zamachem na jej suwerenność, którego chcieli dokonać nasi sąsiedzi z zachodu, pragnąc podporządkować arcybiskupstwo gnieźnieńskie Magdeburgowi, a tym samym podporządkować Polskę Królestwu Niemieckiemu.
Gdyby Polska była wtedy rozbita, gdyby władza zmieniała się co trzy-cztery lata, gdyby wojna domowa nadal trwała i nie wiadomo byłoby, kto rządzi, zapewne utrzymałby się zatwierdzony już przez papieża w 1133 roku projekt poddania Gniezna nie Rzymowi, ale Magdeburgowi. Dzięki temu jednak, że mieliśmy władcę z trzydziestokilkuletnim już doświadczeniem, który całe swoje panowanie podporządkował walce o suwerenność Polski, to potrafił on ostatnim niejako swym wysiłkiem i umiejętnością nabytą w ciągu długiego okresu sprawowania władzy obronić Polskę przed tym śmiertelnym zagrożeniem.
Dziedziczność tronu
Przykładów kłopotów, jakie miewali władcy w średniowieczu, można wskazać, rzecz jasna, znacznie więcej. Weźmy teraz tragiczną historię Mieszka II (990–1034), następcy Bolesława Chrobrego, który dziedzicząc po ojcu najwyższą godność – królewską koronę, miał przed sobą, wydawałoby się, wspaniałą perspektywę panowania. Przeciwko Mieszkowi II jednak występuje Bezprym, przyrodni brat, jego rywal do tronu, wspierany oczywiście przez sąsiadów. Na dodatek wsparcie to przychodzi ze wschodu, z zachodu i z południa, gdyż wszyscy sąsiedzi rosnącej w potęgę Polski Bolesława Chrobrego są zainteresowani jej osłabieniem i ograbieniem. Dlatego podejmują próbę sparaliżowania legalnego następcy tronu, wykorzystując przeciwko niemu wewnętrznego rywala. Tragiczny ciąg zdarzeń, który uruchomiło wsparcie kandydatury przeciwnej Mieszkowi II, doprowadził wtedy niemal do upadku Polski. A przecież w świetle tych skąpych źródeł, które mamy, możemy powiedzieć, że Mieszko II, człowiek bardzo wykształcony, miał wszelkie dane, żeby być wybitnym władcą. Nie starczyło mu na to czasu. Choć było to na ówczesne czasy potężne, silne państwo, sąsiadom udało się rozbić wewnętrzną spójność Polski i skrócić panowanie legalnego władcy przez niszczącą wojnę wewnętrzną.
Wracając do samych początków naszej historii i do spojrzenia na to, jak dobroczynne jest długotrwałe królowanie, w którym udaje się uniknąć ciągłego napięcia towarzyszącego walce politycznej, trzeba przypomnieć dwa pierwsze panowania. Wiemy, że Mieszko I miał na pewno dwóch braci – może było ich więcej, ale o tych dwóch wiemy – oraz że nie było między nimi żadnych sporów. Jeden z nich zginął we wspólnej walce przeciwko najazdowi prowadzonemu od strony zachodniej. Mieszko mógł zatem przez około 30 lat, prawdopodobnie od początku swojego panowania (nie da się stwierdzić dokładnie, kiedy się ono zaczyna, większość historyków przyjmuje, że ok. roku 960), organizować swoje państwo. Ze stosunkowo szczupłej bazy, jaką odziedziczył po swoich ojcach – była to przecież właściwie tylko Wielkopolska, może jeszcze Kujawy – stworzył to, co dzisiaj nazywamy Polską. Jego panowanie to najlepszy dowód na to, ile można osiągnąć, sprawując władzę w stabilny sposób – bez wojny domowej, walki z wewnętrznymi rywalami – z przemyślanym programem budowania czegoś większego. Mieszko I nie tylko poszerzył terytorialnie, i to kilkakrotnie, bazę swego panowania odziedziczoną po ojcu, ale przede wszystkim osadził ją na kośćcu najtrwalszym, czyli na organizacji kościelnej, oraz stworzył pewnego rodzaju program, który można do dziś nazwać jednym słowem: Polska.
Jego syn po śmierci ojca stanął już jednak w obliczu walki o władzę z rywalem, czy nawet z kilkoma rywalami. Mieszko nie przeznaczył bowiem swego dziedzictwa Bolesławowi Chrobremu, ale chciał niemal całe państwo przekazać przyrodnim, młodszym braciom Bolesława, z drugiego małżeństwa z Odą. Bolesław Chrobry jednak ucina ten problem natychmiast, na samym progu panowania: wypędza rywali i samodzielnie organizuje władzę. Możemy współczuć wypędzonym, możemy ubolewać nad drastycznością działania Bolesława Chrobrego, jednak to, co stało się w roku 992, roku śmierci Mieszka, czyli błyskawiczne przejęcie całej władzy przez niewątpliwie najzdolniejszego z jego synów, było dla Polski czymś bardzo dobrym. Pozwoliło Bolesławowi przez następne 33 lata zrealizować następny etap wielkiego programu, który odziedziczył po ojcu, a uwieńczył koroną królewską w roku 1025. Stworzył potęgę europejską pod każdym względem, w którą zapatrzone będą kolejne pokolenia Polaków. Stworzył coś imponującego, co inspiruje w czasach trudniejszych, nawet w czasach upadku. Coś, co każe stale pamiętać o tym, że Polska może być wielka, że Polska może i powinna swą suwerenność osadzić w sposób trwały w strukturze całej Europy, a zwłaszcza Europy Środkowej, jako jedno z najważniejszych państw w tym istotnym regionie.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

 


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum