Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

TEN ŚWIAT JEST CORAZ BARDZIEJ NIEBEZPIECZNY

Aktualności

23.01.2018 13:58

Bezdomny koczujący u stóp drapaczy chmur w Los Angeles. Ponad 146 mln Amerykanów zostało sklasyfikowanych jako „biedni”  lub „o niskich dochodach”. Fot. Jae C. Hong Bezdomny koczujący u stóp drapaczy chmur w Los Angeles. Ponad 146 mln Amerykanów zostało sklasyfikowanych jako „biedni” lub „o niskich dochodach”. Fot. Jae C. Hong

 

 

Podsumowanie minionego roku, czyli hamowanie optymizmu

 

Prof. Artur Śliwiński

 

Styczeń to miesiąc dobry na podsumowanie ubiegłego roku; trudność jednak polega na tym, że obfitował on w wydarzenia, które wydają się tak dziwne i niezrozumiałe, że burzą dotychczasowe zapatrywania na to, co dzieje się na świecie i w Polsce. Jednym zabierają spokój, innym niosą złudne nadzieje.
Ogólne wrażenie jest takie: wszystkie kraje mają duże problemy wewnętrzne, nawet Chiny, którym grozi coraz ostrzejszy konflikt ze Stanami Zjednoczonymi oraz przeżywają niepokój związany z przegrzaniem koniunktury. Polska pod tym względem nie odbiega od normy; nie widać wysiłków, jakie są podejmowane w większości krajów, by te problemy rozwiązać. Poważne problemy leżą odłogiem i odnosi się wrażenie, że niewielu ludzi w Polsce się nimi przejmuje. W naszym podsumowaniu ubiegłego roku zajmiemy się właśnie tymi problemami – globalnymi i krajowymi.

2017 – epicentrum globalnego kryzysu

Problemy, o których piszemy, mają wspólny mianownik. Jest nim globalny kryzys ekonomiczny, obejmujący zwłaszcza Stany Zjednoczone i Europę, nie wyłączając – wbrew licznym sugestiom – Polski. Biorąc pod uwagę fakt, że globalny kryzys trwa już ponad dekadę i zapewne szybko się nie skończy, trudno wyobrazić sobie, aby rządy krajów nim dotkniętych nie zechciały podjąć działań zmierzających do przezwyciężenia lub przynajmniej ograniczenia jego negatywnych skutków. Przez ostatnie dziesięć lat w polityce rządów dominowała mieszanka optymizmu i pesymizmu, przy czym optymizm opierał się na wskaźnikach krótkookresowych, zaś pesymizm – na długookresowych. Jedni wypatrywali światełka w tunelu, inni opisywali jego ponure wnętrze. Z jednej strony z zadowoleniem odnotowano w 2017 roku niewielki krótkookresowy wzrost PKB w Stanach Zjednoczonych, zaś z drugiej strony do opinii publicznej docierały szokujące Amerykanów informacje. W trzydziestu pięciu stanach USA lepiej korzystać z pomocy społecznej niż pracować na nisko płatnych stanowiskach, co oznacza pogrążenie w bezproduktywnej wegetacji. Według biura statystycznego Departamentu Handlu Stanów Zjednoczonych ponad 146 milionów Amerykanów zostało sklasyfikowanych jako „biedni” lub „osoby o niskich dochodach”, zaś około 100 mln korzysta z programów pomocy społecznej. Jako „ubogich” sklasyfikowano około 37% młodych ludzi poniżej 30 roku życia, którzy na utrzymaniu mają dzieci. Liczba osób otrzymujących kupony żywnościowe wzrosła do 47,79 miliona. Niektóre stany są na skraju bankructwa, a z wielu amerykańskich miast uciekają najzamożniejsi obywatele. Tylko z Chicago uciekło 3000… milionerów. W niektórych amerykańskich miastach zbierają się góry worków śmieci, a tysiące bezdomnych koczuje w prowizorycznych namiotach i przyczepach samochodowych. Tak było w Los Angeles w czasie świąt Bożego Narodzenia.
Wcześniejsze przepowiednie wyjścia z kryzysu nie zostały na razie spełnione.
Piszemy o tym nie po to, aby ukazywać niedociągnięcia władz. Wskazujemy na czynnik postępującej degradacji materialnej amerykańskiego społeczeństwa, podobny do tego, który stopniowo degradował przez trzy dziesięciolecia polskie społeczeństwo.
Kryzys ekonomiczny despotycznie narzuca własne reguły polityczne; im dłużej trwa, tym ostrzejszych środków przeciwdziałania wymaga i tym mniej jest pewne, że okażą się one skuteczne. Jednak w 2017 roku została przełamana najsilniejsza bariera uniemożliwiająca pokonanie kryzysu: udawanie, że trudności są przejściowe i niebawem będzie lepiej. Choć może nie wszędzie, skoro w Polsce nadal słyszymy stały fragment tej melodii.
Tak więc rok 2017 upłynął pod znakiem gorączkowego poszukiwania w większości krajów Zachodu nowych i bardziej radykalnych sposobów wyjścia z globalnego kryzysu, najczęściej na własną rękę i kosztem innych krajów. Wcześniej wykonywano ruchy pozorne, np. dofinansowując banki, aby mogły dalej rabować ubożejące społeczeństwa. Dlatego nie mogło obyć się bez konfliktu interesów, wzajemnych rozczarowań, rozstań, a nawet antagonizmów. W publikacjach politycznych zjawisku temu nadano miano „wstrząsów tektonicznych”, co naszym zdaniem jest sporą przesadą.
Z dużym opóźnieniem, lecz ostatecznie globalny kryzys ekonomiczny wymusił jednak rewizję dotychczasowych zapatrywań, koncepcji czy strategii geopolitycznych. Niekończący się kryzys okazał się śmiertelnym ciosem dla globalizacji i neoliberalizmu, które są jak bracia syjamscy. Wydarzenia, które spowodowały zmiany na najwyższych szczeblach władzy w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i (niebawem) w Niemczech, są bezpośrednio związane z tym śmiertelnym ciosem. Również niewyjaśniona zmiana w rządzie polskim, a także zmiany, które dopiero nastąpią, nie są tylko rezultatem politycznych gier personalnych lub osobistych decyzji. Są konsekwencją odejścia od neoliberalnej globalizacji. Ten wątek jest dla nas szczególnie interesujący, toteż później poświęcimy mu więcej miejsca.

2017 – Stany Zjednoczone vs Chiny

Poza kryzysem ekonomicznym w 2017 roku pojawił się następny problem o znaczeniu globalnym. Są to stosunki Stany Zjednoczone-Chiny, a ściślej biorąc – przejście od nieufnego przyglądania się sobie („obwąchiwania się”) do otwartej konfrontacji. Jest jeszcze nadzieja, że konfrontacja będzie chwilowa, ale stawiać na to, jako na pewnik – nie warto.
Wzrost potęgi gospodarczej, politycznej i militarnej Chin nie może być oczywiście czynnikiem bez znaczenia geopolitycznego. Zacznijmy od kwestii najmniej dyskutowanej – od mimowolnego podważenia przez Chiny tradycyjnej polityki ekonomicznej krajów Zachodu. Nie można dalej ukrywać faktu, że „chiński socjalizm” odniósł zwycięstwo w konkurencji z zachodnim „neoliberalizmem ekonomicznym”. Co gorsza – teraz Chiny na zewnątrz, poza swoim krajem, chętnie podtrzymują neoliberalizm przy życiu, bo okazał się tak niewdzięczny dla dotychczasowych promotorów, czyli dla konkurentów Chin. Neoliberalizm, czyli wszechwładza rynku w połączeniu z eliminacją ingerencji państwa w gospodarkę, jest, jak się okazuje, narzędziem ekspansji, a nie poważną i wiarygodną teorią ekonomiczną. O ile jednak Stany Zjednoczone wprowadzały dyktat neoliberalizmu nie licząc się z interesami innych krajów, o tyle Chiny inteligentnie połączyły zasady wolnego rynku z szerokim wachlarzem pomocy innym krajom w formie inwestycji infrastrukturalnych i socjalnych. Oczywiście nie jest to pomoc bezinteresowna. Celują w megawielkich projektach inwestycyjnych (dzięki czemu nota bene łatwiej mogą pozbywać się rezerw dolarowych). Ekspansja Chin, obejmująca kilkadziesiąt uboższych krajów na trzech kontynentach, jest często nazywana planem Marshalla XXI wieku.
Obecne prognozy wskazują, że w rankingu światowym Chiny pod względem gospodarczym spychają Stany Zjednoczone na drugie miejsce.
Pekin słabo ukrywa nadzieje na pozbawienie dolara funkcji pieniądza globalnego (światowej rezerwy walutowej). Organizuje np. oparty na juanie rynek kontraktów terminowych na ropę naftową. Daje to duże korzyści, ponieważ kontrakty te będą stymulować popyt na chińską walutę, co zwiększa siłę i wpływy gospodarcze Chin. Wcześniej taką rolę odgrywały petrodolary, przynosząc Stanom Zjednoczonym (choć nie tylko im) niebagatelne korzyści. Zabiegi chińskich władz wypychają Stany Zjednoczone z dotychczasowej pozycji przodującego globalnego mocarstwa. Przyjazne gesty polityków i pewne ożywienie wymiany gospodarczej nie podważają tego podstawowego faktu.
Trudno przewidzieć, jak się sprawy dalej potoczą. Kto wyjdzie zwycięsko: Stany Zjednoczone czy Chiny? A może „trzecia siła”? Jest jednak jasne, że większe szanse będzie miało mocarstwo, które przyciągnie do siebie lub podporządkuje sobie Rosję. Nawet powodzenie wprowadzenia chińskiej waluty, petrojuana, zależy w dużym stopniu od porozumienia Chin z Rosją oraz Arabią Saudyjską. Rosja staje się zatem „pożądanym sojusznikiem” dwóch rywalizujących ze sobą potęg, co określa rzeczywiste intencje Stanów Zjednoczonych wobec Moskwy. Do tego jeszcze polscy politycy nie doszli (myląc środki z celami).
Obydwa wspomniane problemy z pewnością zaważyły na kierunku przemian politycznych w Stanach Zjednoczonych. W sytuacji niedostatecznej wiedzy powstało ogólne zamieszanie i zrodziły się liczne spekulacje. Przypominając, że od 20 stycznia 2017 roku prezydentem USA jest Donald Trump, możemy tę datę uznać za symboliczną, oznaczającą przełom w historii Stanów Zjednoczonych, a nie tylko za datę aktu objęcia urzędu przez kolejnego prezydenta. Świadomości zaistnienia przełomu zazwyczaj nie towarzyszy jeszcze głębsze rozpoznanie jego przyczyn i tym bardziej konsekwencji. Tak też było w 2017 roku.
Trzymajmy się więc dwóch wcześniej sygnalizowanych problemów: globalnego kryzysu i globalnego konfliktu. Uzasadniały one wątpliwości co do celowości kontynuowania dotychczasowej (przed Trumpem) strategii geopolitycznej Stanów Zjednoczonych. Również uruchomiony został klasyczny mechanizm konfliktu wewnętrznego: między zwolennikami kontynuacji dotychczasowej strategii a kreatorami nowej koncepcji. Natężenie tego konfliktu jest silne, co potwierdza intensywność i zasięg spektakularnych walk politycznych między przeciwnikami prezydenta Donalda Trumpa i jego zwolennikami. Jedni bowiem dopatrują się w tych wydarzeniach jedynie utarczki wewnętrznej amerykańskiego establishmentu, inni widzą coś więcej i szerzej. Słabe pojęcie wielu komentatorów i ekspertów politycznych o systemie politycznym w USA nie pozwala im dostatecznie głęboko wniknąć w tajniki władzy politycznej w Waszyngtonie; raczej naiwnie przyjmują oni funkcjonowanie w USA „demokracji liberalnej”. Ale co mają myśleć ci wszyscy, którzy od nich czerpią wiadomości? W tej sytuacji dominuje wrażenie, że sprawy są niejasne.

 

 

  Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

 

 

 


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 1/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum

Patronaty

Wydawnictwo Biały KrukCentrum Jana Pawła II - Nie lękajcie sięPrzewodnik KatolickiFrondaKluby Gazety Polskiej Radio WNET