Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„SZAMANI W AFRYCE PRZED MECZAMI SPALALI KURĘ I ROBILI Z NIEJ MAŚĆ PRZECIW KONTUZJOM”

Aktualności

30.05.2018 10:41

 Kto zostanie piłkarskim mistrzem świata? Henryk Kasperczak: Gdybym miał wytypować jedną drużynę, byłaby to chyba Brazylia. Fot. Marcin Bujak

 

 

 

Kto zostanie piłkarskim mistrzem świata? Henryk Kasperczak: Gdybym miał wytypować jedną drużynę, byłaby to chyba Brazylia. Fot. Marcin Bujak

 

 

„Polska na mistrzostwach w Rosji powinna dojść do ćwierćfinału”

 

Rozmowa z Henrykiem Kasperczakiem,
61-krotnym reprezentantem Polski w piłce nożnej oraz
byłym trenerem m.in. Senegalu, Tunezji, Mali i Maroka

 

Adam Sosnowski: Ma Pan za sobą przebogatą karierę piłkarską i trenerską, a życiowa przygoda zaprowadziła Pana między innymi do Afryki, gdzie spędził Pan wiele lat. Trenowany kiedyś przez Pana Senegal stał się dla Polski nagle, w związku z tegorocznym mundialem w Rosji, szalenie ciekawy. Jak zaczęła się Pana przygoda na Czarnym Lądzie?

Henryk Kasperczak: Było to w 1993 r., kiedy straciłem pracę jako trener francuskiego Lille OSC. Miałem wówczas co prawda kilka propozycji z innych francuskich klubów, ale do konkretów nie doszło. Zwróciła się natomiast do mnie federacja piłkarska Wybrzeża Kości Słoniowej z ciekawą ofertą, bym został selekcjonerem ich reprezentacji i obronił tytuł mistrza Afryki, który zdobyli w ubiegłorocznej edycji Pucharu Narodów Afryki [tak się nazywają mistrzostwa afrykańskiego kontynentu – przyp. red.]. Zgodziłem się pod warunkiem, że kontrakt będzie trwał tylko do końca kolejnych mistrzostw Afryki, czyli mniej więcej do lutego 1994 r. Postawiłem taki warunek, gdyż nie chciałem wiązać się na dłużej, bo wciąż myślałem, by trenować jakiś dobry zespół klubowy we Francji.

Wywiązał się Pan z zadania i obronił tytuł?

Puchar Narodów Afryki w roku 1994 odbywał się w Tunezji. Mój zespół zaprezentował się świetnie, choć nie wygraliśmy mistrzostw, zajęliśmy w turnieju trzecie miejsce. Odpadliśmy w półfinale z Nigerią, późniejszym mistrzem Afryki, i to dopiero po rzutach karnych. Trzeba tu dodać, że Nigeria miała wtedy fantastyczny zespół i w latach 1990. była zdecydowanie najlepszą afrykańską drużyną. Wybrano mnie wtedy najlepszym trenerem turnieju, a dwóch z moich zawodników dostało się do najlepszej jedenastki mistrzostw.

Jednak po tym Pucharze Narodów nie zdecydował się Pan zostać w Wybrzeżu Kości Słoniowej, wyjechał Pan do innego kraju afrykańskiego.

Po tamtych mistrzostwach dostałem wiele ofert, mogłem wybierać i zdecydowałem, że przejmę kadrę Tunezji, która złożyła mi najciekawszą propozycję. Zostałem nie tylko selekcjonerem, ale również dyrektorem technicznym związku. Czułem również mocne wsparcie ze strony państwa, które zobowiązało się zmodernizować infrastrukturę piłkarską oraz rozbudować system szkolenia młodzieży. Ostatecznie zostałem w Tunezji przez cztery lata.

Jak na zwyczaje piłkarskie to dość długo…

Był to czas ciężkiej pracy, ale też wielkich sukcesów. Zakwalifikowaliśmy się na igrzyska olimpijskie w Atlancie w 1996 r. W tym samym roku zajęliśmy 2. miejsce w Pucharze Narodów Afryki – przegraliśmy dopiero w finale z gospodarzem, RPA. Udało nam się nawet przejść przez eliminacje na mistrzostwa świata i w 1998 r. wzięliśmy udział w mundialu we Francji.

Szedł Pan swoimi śladami zawodniczymi, kiedy to fetował Pan trzecie miejsce na mundialu w słynnej drużynie Kazimierza Górskiego i srebrny medal na olimpiadzie.

Muszę się tu trochę pochwalić – nie wiem, czy jest drugi taki nie tylko Polak, który jako piłkarz i jako trener miał medale zarówno na mistrzostwach świata, jak i na igrzyskach olimpijskich.

Na ile w warunkach afrykańskich przydały się lekcje wyniesione z Polski, a zwłaszcza z treningów oraz gry pod wodzą Kazimierza Górskiego?

Pewnych rzeczy i nauk z przeszłości nigdy się nie zapomina, mam tu na myśli nie tylko ekipę Górskiego. Przykładowo na AWF-ie w Warszawie nauczyłem się wiele o fizjologii wysiłku, która dla nas trenerów jest kluczowym zagadnieniem. Mówi nam bowiem ona, jak prowadzić ćwiczenia, kiedy można wymagać od zawodników maksimum, a kiedy trzeba dać im odpocząć, w jakich zakresach trzymać ich tętno itd. Jeżeli zaś chodzi o kwestie wyłącznie piłkarskie, to oczywiście dużo dało mi podglądanie trenerów, którzy mnie prowadzili podczas mojej kariery. W przypadku trenera najważniejsze są osobowość i sposób, w jaki potrafi komunikować się ze swoimi piłkarzami, choć musi to iść oczywiście w parze z wiedzą i kompetencją. Jeszcze jako zawodnik obserwowałem moich trenerów, robiłem notatki, myśląc, że kiedyś może się przydadzą. Później zaś samemu prowadząc zajęcia, implementowałem część ich ćwiczeń w swoich treningach. Trzeba dodać, że polska szkoła trenerska była wówczas bardzo dobra i cechowała się wysokim zdyscyplinowaniem. A na czele wszystkich moich trenerów stoi oczywiście Kazimierz Górski, pod którego wodzą i ja świętowałem największe sukcesy. Obserwacja Górskiego wiele mi pomogła, szczególnie pod kątem mentalności. Potrafił wytworzyć świetną dynamikę pracy w grupie, którą miał przed sobą. Jest to obszerny temat, na który składa się wiele czynników. Jednak bez właściwej dynamiki pracy oraz bez zaufania i motywacji nie można odnieść sukcesów w sporcie. To nie podlega dyskusji, więc trzeba na to uważać i to kształtować. Proszę zwrócić uwagę, że pracuję w większości z bardzo młodymi ludźmi, mającymi po dwadzieścia parę lat. Oni muszą się dobrze czuć, mieć ambicję oraz motywację sportową i finansową; w tej chwili te wymogi są wysokie. Zawodnik jest dzisiaj na Zachodzie traktowany niczym robot, który zawsze ma grać na najwyższym poziomie i podlegać rygorom dyscypliny. Za to dostaje pieniądze i to niemałe; wystarczy spojrzeć do gazet, by wiedzieć ile. Dlatego rola trenera jest też wychowawcza. Musimy ukrócać niektóre zachowania i tak prowadzić tych młodych ludzi, by najpierw zaczęli szanować siebie i swój organizm, a także kolegów z drużyny i ekipę trenerską. Bez takiej współpracy nie osiągnie się dobrych wyników.

Jak się Panu udało zbudować taką współpracę i zdobyć takie zaufanie, skoro przyszedł Pan z całkiem innego kręgu kulturowego i to do osób, które wcześniej Pana w ogóle nie znały?

To dobre pytanie. Rzeczywiście nie było łatwo – tym bardziej, że jako katolik byłem w Afryce prawie zawsze innego wyznania niż moi zawodnicy. Prowadziłem muzułmanów, chrześcijan i żydów, a nawet animistów. Za każdym razem trzeba było się dopasować. Przychodząc do innych krajów, od razu zrozumiałem, że nie mogę oczekiwać, iż narzucę im mój system wartości. To ja musiałem zaakceptować ich, co jednak nie znaczy, że miałem porzucić swój światopogląd. Oni zresztą wcale tego nie oczekiwali. Jednak nie mogłem w jakikolwiek sposób przeszkadzać im w kultywowaniu ich tradycji i wierzeń. To była i jest ważna zasada – nie można wkroczyć w obce środowisko z buciorami i narzucać swojego. Wręcz przeciwnie, trzeba się wykazać pokorą. Pozostając przy tym sobą. A różnice są znaczne. Jak się na przykład raz oszuka Afrykańczyka, to jest koniec, nie zdobędzie się więcej jego zaufania. I proszę nie myśleć, że czarni są rasistami, wręcz przeciwnie. Czują do białych bardzo duży szacunek – ale jak go biały raz oszuka i nie jest lojalny, to jest przegrany. Afrykańczyk będzie nosił w sobie uraz na zawsze. Dlatego tak bolesne są dla nich te głupie akcje na stadionach, kiedy pseudokibice np. rzucają bananami w czarnych zawodników. Pracowałem przez kilka dekad z tymi piłkarzami i proszę mi uwierzyć, że dla nich to było i jest niezwykle raniące. Oni czują się urażeni w swej dumie i upokorzeni. Bardzo to przeżywają.

Na szczęście tego typu akcji jest coraz mniej na stadionach, a czarnoskórzy zawodnicy nikogo w lidze już nie dziwią.

To prawda. Oni są bardzo ambitni. Chcą przyjeżdżać do Europy i ciężko tu pracować, ale równocześnie są bardzo związani ze swoją małą ojczyzną. Gdy młody piłkarz wyjeżdża na Zachód, to zbiera się cała wioska – wszyscy go żegnają i życzą mu jak najlepiej. On z kolei wyjeżdżając zazwyczaj nie zapomina o nich, wspiera swoją miejscowość finansowo, bo przecież zarabia wielkie pieniądze, szczególnie w porównaniu z tym, co dostają jego koledzy na miejscu. Gdyby ten zawodnik nie wsparł swej wioski, to oni by go wyklęli; ich poczucie solidarności jest bardzo duże. Podam przykład. Będąc trenerem w St. Étienne, prowadziłem słynnego kameruńskiego piłkarza, Rogera Millę. Kiedyś zachorował, więc poszedłem do jego domu, by go odwiedzić i zobaczyć, jak się czuje. Drzwi otworzyła mi jego żona, a za nią pojawiło się kilkunastu innych czarnoskórych. Okazało się, że to bracia, kuzyni, szwagrowie i tak dalej. Roger Milla wszystkich ich mi przedstawił. Gdy go potem zapytałem, co oni tu robią, odparł, że to przecież rodzina, że pomagają jego żonie w prowadzeniu domu, a on im za to daje dach nad głową i wyżywienie. Oni kochają taką wspólnotę rodzinną i bardzo się nawzajem wspierają. Wynika to z ich kultury, ale poniekąd także z wielkiej biedy. Rodziny w Europie też przez wieki trzymały się razem, jednak wraz z coraz powszechniejszym dobrobytem więzi te zaczęły się rozluźniać, a ludzie stali się bardziej „osobni”. A bieda w Afryce jest naprawdę wielka. Gdy byłem trenerem Senegalu, to jadąc na trening miałem w aucie zawsze duży słoik z drobnymi. Na każdym skrzyżowaniu podchodzili do mnie żebracy, najczęściej dzieci, prosząc o pieniądze, i jakże było im czegoś nie dać! Potem już mnie rozpoznawali – z wiadomych względów rzucałem się w oczy – i z daleka do mnie machali. Ci ludzie byli wdzięczni za każdy najmniejszy choćby datek. Nawet jeżeli były to grosze, dla nich oznaczały jednak spory zasiłek. Bardzo dużo dzieci żebrze na ulicach afrykańskich miast, pomagając w ten sposób matkom. Jest tak szczególnie w krajach z dominującą religią islamską, gdzie ojcowie nie mieszają się w wychowanie małych dzieci. Tam po spłodzeniu dziecko staje się de facto odpowiedzialnością matki.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 5/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum