Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„STRACH PRZED NARODEM”

Aktualności

25.03.2019 12:25

Prezes IPN dr Jarosław Szarek podczas koncertu laureatów III Festiwalu Piosenki Niezłomnej i Niepodległej w Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie 3 marca 2019 r. Fot. www.malopolska.pl

 

 

 

Prezes IPN dr Jarosław Szarek podczas koncertu laureatów III Festiwalu Piosenki Niezłomnej i Niepodległej w Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie 3 marca 2019 r. Fot. www.malopolska.pl

 

Dedykowane tym wszystkim, którzy chcą świętować
30-lecie manipulacji wyborczej 4 czerwca 1989


Z prezesem IPN dr. JAROSŁAWEM SZARKIEM
rozmawia Leszek Sosnowski

 

 

Leszek Sosnowski: Minęło właśnie 20 lat, gdy ustawą sejmową z 19 stycznia 1999 roku powołano do życia Instytut Pamięci Narodowej. Oczywiście nie oznaczało to, że IPN od razu zaczął funkcjonować, na to potrzeba było jeszcze kilkunastu miesięcy, bo przecież to była instytucja budowana kompletnie od podstaw.

Dr Jarosław Szarek: I to było bardzo ważne: IPN jest do dziś jedną z nielicznych instytucji państwowych, która nie została odziedziczona po poprzedniej epoce, tworzyli ją ludzie, którzy – co najmniej – mieli dystans do PRL-u. Pierwszym zadaniem ustawowym było przejęcie wszystkich archiwów po komunistycznym aparacie bezpieczeństwa, udostępnienie, zbadanie i przekazanie wiedzy o nich społeczeństwu.

Wiadomo, że wszystkich archiwów przejąć się nie udało. Czy dużo jest jeszcze materiałów gdzieś ukrytych, są jakieś szacunki? Bo nie mówię już o zniszczeniach; te są wielkie…

Zniszczenia są rzeczywiście ogromne. W Gdańsku np. wynoszą około 90 proc. Najpełniej zachowały się dokumenty z pierwszych lat komunistycznej Polski, gdyż już wcześniej złożono je w archiwum bezpieki. Niestety zniszczono skutecznie te, które były „w użyciu”, pod ręką w biurkach i szafach esbeków, a dotyczyły bieżącej działalności – rozpracowania opozycjonistów z lat 80. W ten sposób nie poznamy już wielu dokumentów dotyczących ostatniej dekady komunizmu oraz 1989 roku, m.in. okrągłego stołu, co niezwykle istotne, gdyż scenariusz tej zmiany pisano w gabinetach bezpieki, a ich istotą było to, aby zapewnić ludziom komunistycznego aparatu bezpieczne przejście i odnalezienie się w warunkach wolności, co powiodło się doskonale.

Zachowały się na ten temat konkretne dokumenty, świadectwa?

Wystarczająco, aby opisać istotę tych przemian. W dokumencie z roku 1987 sporządzonym przez kierownika Zespołu Analiz MSW Wojciecha Garstkę powiedziano jasno, że „w tych zmianach, które musimy przeprowadzić, chodzi o to tylko, żebyśmy mieli nad nimi kontrolę i żebyśmy mieli z nich korzyść”. Po 30 latach widać dokładnie, że to się spełniło.

Kontrola była duża, a korzyści jeszcze większe…

Już po sierpniu 1980 r. było wiadome, że komunizm jako ideologia nie żyje. Stało się to za sprawą milionów robotników skupionych w „Solidarności”, którzy podważyli fundamenty tego systemu, zanegowali tezę, że jest on stworzony dla ich dobra, a Polska Zjednoczona Partia Robotnicza reprezentuje świat pracy. Robotnicza okazała się być tylko z nazwy, obnażona została propagandowa fikcja tego systemu. Ponadto władze NSZZ „Solidarność”, związku skupiającego 9,5 mln członków, od najniższego poziomu zakładu pracy, przez regiony, po szczebel krajowy były wybierane w sposób demokratyczny. Na przewodniczącego związku w 1981 roku kandydował Lech Wałęsa, który otrzymał 55 proc. głosów, a jego trzej oponenci Jan Rulewski, Andrzej Gwiazda i Marian Jurczyk zdobyli łącznie pozostałe głosy.
Ludzie zobaczyli, że to, co przez kilka dziesięcioleci nazywano „socjalistyczną demokracją”, nie miało z demokracją nic wspólnego. Dodajmy do tego zbudzoną społeczną aktywność na rzecz dobra wspólnego, a przede wszystkim poczucie wolności, które dawały setki solidarnościowych biuletynów i prasa, w której zaczęto pisać prawdę, obnażając kolejne kłamstwa, którymi karmiono naród od 1944 roku z krótkimi przerwami odwilży. To wszystko razem zabiło komunistyczną ideologię.

Choć agenci się wciskali do władz związkowych na wszystkich szczeblach.

Oczywiście, przeprowadzono niejedną operację umieszczania agentów w ważnych miejscach powstających wtedy organizacji, ale przeważnie było to nieskuteczne. Sama bezpieka przyznawała, że nie jest w stanie zapanować nad tak masowym ruchem.

Samo zapisanie się do „Solidarności” było rodzajem głosowania.

Oczywiście – było opowiedzeniem się za wielkim ruchem, jak to określano, „odnowy”, a za tym stało się opowiedzenie po stronie wolności, prawdy, uczciwości, sprawiedliwości. Te wartości wybrały miliony Polaków, a komuniści zrozumieli, że nie da się rządzić tak jak dotychczas.

Tym bardziej, że komunizm upadał również, albo przede wszystkim, jako system gospodarczy.

Zbankrutował, okazało się, że jest całkowicie niewydolny ekonomicznie. Można było odseparować się od wolnego świata i propagandowo udowadniać wyższość komunizmu nad kapitalizmem, ale to przestawało działać na pierwszej stacji benzynowej, gdy udało się zdobyć paszport i przekroczyć granicę. Stacja ta była lepiej zaopatrzona niż sklep Pewexu, czyli sklepy, w których można było kupować za dolary towary zagraniczne lub te niedostępne na rynku.
Zatem komunizm przegrywał w każdym wymiarze i władzy po 1980 roku pozostawały albo dalsze ustępstwa na rzecz coraz dalej idących wolnościowych aspiracji narodu, albo przemoc. I tę ostatnią wybrano, wprowadzając stan wojenny. Trudno przypuszczać, ale możemy założyć, że gdyby Jaruzelski w tamtym czasie zdecydował się na przeprowadzenie wolnorynkowych, rzeczywistych, nawet ograniczonych reform, zrezygnował z kwestii ideologicznych, porozumiał się z Kościołem, to prawdopodobnie jego ekipa rządziłaby dłużej.

Ale na to musiałby mieć zgodę Moskwy. Tymczasem on ani nikt inny z najwyższego aparatu PZPR nie ośmieliłby się bez zachęty wystąpić z taką propozycją wobec Breżniewa; to mogłoby skończyć się dla takiego samozwańca tragicznie.

Moskwa decydowała o wszystkim, a wtedy dla niej to, co działo się w Polsce, to była kontrrewolucja, a przecież z nią się nie rozmawia, tylko do niej się strzela. Ponadto sam Jaruzelski nie był do tego zdolny, gdyż był komunistą wiernym ideologii i jej moskiewskim mocodawcom. Konsekwentnie zawsze stawał po ich stronie przeciwko narodowi.
Bankructwo komunizmu – przegrana z Zachodem w każdym wymiarze – zmusiło Kreml do zmiany swej dotychczasowej polityki. I stąd Gorbaczow, przebudowa, czyli pieriestrojka, oraz głasnost – czyli zgoda na mówienie o pewnych sprawach głośno. Nie o wszystkich, rzecz jasna. W tej grze Gorbaczow wyznaczył Polsce rolę laboratorium pieriestrojki, czyli poligonu, terenu doświadczalnego przejścia od starego systemu komunistycznego do nowego postkomunistycznego. I to udało się idealnie.

Przypomnijmy, że okrągłego stołu nie wnioskowała ani nie zapowiadała żadna strona solidarnościowa czy społeczna. Pierwszy raz przekazał tę wiadomość w Dzienniku Telewizyjnym rzecznik rządu Jerzy Urban.

Pomysł wmontowania części „Solidarności” w system komunistyczny pojawił się już w 1981 r., ale wtedy przegrał z koncepcją siłowego rozwiązania, jakim było wprowadzenie stanu wojennego, co nie rozwiązało żadnego z problemów – za pomocą czołgów nie da się skutecznie rządzić i ostatecznie wybrano okrągły stół.
Trzeba przypomnieć, że do stołu – wtedy szczęśliwie nieokrągłego – obie strony siadły już w sierpniu 1980 roku, choć dotychczasowe doświadczenia mówiły, że z komunistami się nie rozmawia, gdyż nigdy nie dotrzymują słowa. Tak było od 1917 roku, takie też były losy żołnierzy Armii Krajowej zwabianych na rozmowy i potem aresztowanych; a los członków komitetów strajkowych z grudnia 1970 czy stycznia 1971 r. w Szczecinie? Ci ludzie byli potem represjonowani. Latem 1980 r. jednak sytuacja była inna; kilkaset tysięcy zdeterminowanych strajkujących w całym kraju stanowiło siłę, wobec której komuniści musieli ustąpić. Zachowały się stenogramy posiedzeń Biura Politycznego PZPR z tego czasu, kiedy towarzysze zastanawiali się, co w takiej sytuacji zrobić. Przygotowywano plany pacyfikacji strajkujących fabryk i podkreślano, że to jest realne, tylko zaraz pojawiał się lęk przed spaleniem komitetów PZPR oraz pytanie: kto nazajutrz pójdzie do pracy? Wybrano zatem rozwiązanie polityczne – ustępstwo i zgodę na powstanie „Solidarności”, ale w tle cały czas przygotowywano się do rozwiązania siłowego. Przecież już w połowie sierpnia 1980 wprowadzano operację „Lato”, koncentrację oddziałów milicji i wojska w pobliżu strajkujących ośrodków, a później już po powstaniu „Solidarności” cały czas przygotowywano się do uderzenia – pierwsze listy internowania były gotowe już w październiku 1980 r. Kilka tygodni po podpisaniu porozumień sierpniowych.

Przypomnijmy, że np. w czasie tzw. wydarzeń grudniowych 1970 roku spalono wielki gmach Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku.

Nie tylko na Wybrzeżu płonęły komitety, ale ponownie w czerwcu 1976 roku w Radomiu, więc ta pamięć nie była odległa. A teraz determinacja ludzi była dużo większa i jednocześnie była świadomość, że trzeba mieć jakąś gwarancję, gdyż komuniści oszukują i stąd postulat wolnych związków zawodowych, organizacji, która będzie pilnować podjętych przez PZPR zobowiązań, będzie ludzi bronić. I tak było przez 16 miesięcy do wprowadzenia stanu wojennego, kiedy udawało się pokojowo zmuszać komunistów do różnych ustępstw. Ale oni podstępnie – deklarując chęć rozmów – przygotowywali się do rozprawy ze społeczeństwem. Na początku 1981 r. na listach osób do internowania było 13 tys. nazwisk, a operacja wprowadzenia stanu wojennego miała nastąpić już wiosną, ale strajk ostrzegawczy po pobiciu działaczy „Solidarności” w Bydgoszczy, kiedy stanęła cała Polska, pokazał tak gigantyczne poparcie dla „Solidarności”, że komuniści musieli się wycofać. Następne miesiące doskonale wykorzystali na zmęczenie ludzi; ciągłe napięcie, prowokowane konflikty – a cały naród nie może przecież nieustannie żyć na barykadzie. I gdy to zmęczenie narodu osiągnęli, uderzyli…

Najważniejsi działacze „Solidarności” zostali internowani, uwięzieni. Niewielu udało się uciec, jak np. Mietkowi Gilowi. Jednocześnie trwała przecież praca wywiadowcza, inwigilacyjna w środowiskach opozycyjnych.

Każda ze znaczących osób aktywnych w „Solidarności” miała swoją charakterystykę, z jej słabościami. Bezpieka doskonale wiedziała, czy dana osoba jest gotowa do ustępstw, czy nie pójdzie na żaden kompromis; oczywiście wybrano tych pierwszych. Czesław Kiszczak powiedział kiedyś szczerze: z kim mieliśmy usiąść do stołu, z tymi, którzy nas chcą wywieszać? No więc z takimi nie usiedli. Świadczyło to, że dobrze rozpracowali środowiska solidarnościowe. Wszystkiego nie da się jednak nigdy zaplanować, bieg wydarzeń zawsze potem plany weryfikuje.

Ale „Solidarność” i w ogóle opozycja siadając do okrągłego stołu, była wbrew pozorom dość słaba, bo była już zdecydowanie podzielona, na dwa nurty, które nazwałbym suwerennościowym i zależnościowym.

Bezpieka pracowała usilnie nad podziałem opozycji przez lata i skutecznie przeprowadzała niejedną dezintegracyjną operację, a podziemie było idealnym terenem dla takich akcji. Masowy ruch takich możliwości nie daje. Ponadto jednym ze skutków stanu wojennego było wypchnięcie z kraju na emigrację blisko miliona najaktywniejszych ludzi, przeważnie liderów w swych środowiskach, ludzi gotowych do podjęcia ryzyka, przy tym fachowców. I tacy wyjechali wtedy bez perspektywy powrotu. Był to ogromny upływ krwi, jedna z ogromnych, niepowetowanych strat wprowadzenia stanu wojennego. Dekada lat osiemdziesiątych była czasem łamania kręgosłupów, promowania nihilizmu, rezygnacji, nie mówiąc o stałych działaniach bezpieki.

 

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

 

 


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 5/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum