Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Rzeczypospolitej nigdy nie można uznać za pokonaną”

Aktualności

15.12.2020 9:46

 Pod Pskowem Stefan Batory skutecznie ukrócił ambicje Iwana IV Groźnego, zmuszając rosyjskiego cara do oddania Polsce Inflant. Obraz Jana Matejki. Fot. Andrzej Ring, Lech Sandzewicz

 

 

 

Pod Pskowem Stefan Batory skutecznie ukrócił ambicje Iwana IV Groźnego, zmuszając rosyjskiego cara do oddania Polsce Inflant. Obraz Jana Matejki. Fot. Andrzej Ring, Lech Sandzewicz

 

 

 

Opowieść o V tomie „Dziejów Polski”

Prof. Andrzej Nowak

 

 

 

Zaglądamy do warsztatu pisarza! Tysiące osób, które z niecierpliwością wyczekują kolejnego, piątego już, tomu „Dziejów Polski” prof. Andrzeja Nowaka, mogą w poniższym artykule zajrzeć za kulisy powstawania tego dzieła. Nie składa się na tę pracę bynajmniej samo tylko pisanie. Autor musi bardzo wiele czytać, przeszukiwać źródła, „buszować” po bibliotekach i antykwariatach, nie tylko w Polsce. W trakcie tego twórczego procesu wyłania się z naszej historii wiele bardzo istotnych zagadnień, które wymagają interpretacji i konfrontacji z wynikami najnowszych badań – to zaś wywołuje różnorakie rozterki. Profesor ma świadomość własnej odpowiedzialności za słowo, dlatego waży je starannie. Nic w tym dziwnego – „Dzieje Polski” staną się zapewne podstawową bazą wiedzy historycznej o Rzeczypospolitej dla kilku następnych pokoleń. Autor podpowiada też lektury pomocnicze. Piąty tom ukaże się w połowie 2021 roku. (Red.)


Każdy kolejny tom Dziejów Polski wymaga od autora stale odnawianej i poszerzanej lektury. Pozwalam sobie zacząć od tej uwagi ze względu na liczne pytania o możliwość przyspieszenia pracy nad tą syntezą i o to, czy nie odciągają mnie od owej pracy takie książki, jak najnowsza krótka historia myśli politycznej: Między nieładem a niewolą. Ta akurat pozycja zbudowana została w oparciu o materiał już wcześniej przeze mnie przygotowany w cyklu wykładów poświęconych właśnie refleksji politycznej, a zarazem była ona dla mnie – i mam nadzieję, że może być także dla Czytelników Dziejów Polski – dobrym wprowadzeniem do lepszej znajomości uwarunkowań ustroju Rzeczypospolitej, obrony jej ładu i analizy psucia tego ładu – tak od wewnątrz, jak też przez imperialnych sąsiadów.
Cały czas przerzucam i czytam, jeśli można tak powiedzieć, górę książek, nierzadko wspaniałych starodruków i archiwaliów, które są mi niezbędne, żeby wejść głębiej w wydarzenia zawarte w V tomie Dziejów. Zaczynam w nim od pierwszego i drugiego bezkrólewia (1572–1573 i 1574–1576) w Rzeczypospolitej, przechodząc do wspaniałej, ale także złożonej epoki Stefana Batorego, potem zaś do obfitującego w tyle fundamentalnie ważnych, zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wewnętrznej, wydarzeń z okresu długiego panowania Zygmunta III. Poprzez panowanie Władysława IV dochodzę do okresu, które dla ludzi oczytanych, a jeszcze są tacy, kojarzy się z Trylogią Sienkiewicza. Tu budzi się mnóstwo skojarzeń, których nie można zlekceważyć, kiedy się pisze książkę historyczną, opartą na konkretnych i aktualnych badaniach naukowych. Nie zamierzam oczywiście nudzić Czytelnika bezpośrednim odwoływaniem się do wyników tych badań w przypisach, ale jednak pragnę je wpleść do mojej narracji.
Jest kilka zasadniczych pytań, które muszą być podjęte w V tomie Dziejów Polski. Pierwsze: czy dało się inaczej, lepiej, rozwiązać kwestię rusińską, ukraińską – to drugie pojęcie pojawia się dopiero później, w II poł. XVII wieku – czyli najkrócej mówiąc: kwestię kozacką? Gdzie został popełniony błąd, czy ów błąd był nieuchronny? Mnóstwo dzieł historycznych, naukowych analizuje te właśnie błędy, niekoniecznie wychodząc z założenia, iż nie dało się ich uniknąć. Zawiniła polityka religijna? Unia Brzeska (1596)? Unia zawarta przecież została w celu pogodzenia obywateli Rzeczypospolitej w jednym, najbardziej powszechnym wyznaniu – taka była intencja Zygmunta III Wazy i ks. Piotra Skargi, głównych inspiratorów po stronie katolickiej Unii, na którą zgodzili się w dużej części hierarchowie prawosławnej Cerkwi w Rzeczypospolitej. Jednym z bezpośrednich powodów decyzji o zawiązaniu Unii było to, że Moskwa zaledwie 7 lat wcześniej ustanowiła u siebie patriarchat prawosławny z oczywistą ambicją rozciągnięcia jego zwierzchnictwa także nad prawosławnymi mieszkańcami Rzeczypospolitej. Na to musiała przyjść jakaś reakcja ze polsko-litewskiej wspólnoty politycznej: czy zgadzamy się na to, żeby Moskwa używała nowego narzędzia wpływu na dużą część, zapewne nie mniej niż ok. 40 proc. mieszkańców Rzeczypospolitej, czy też próbujemy znaleźć takie rozwiązanie, które będzie satysfakcjonujące dla prawosławnych obywateli i poddanych naszej wspólnoty, a jednocześnie zabezpieczy interes państwowy?
Unia Brzeska spowodowała jednak w konsekwencji opór części prawosławnych „dołów” oraz części wielkich panów tego wyznania, jak kniaź Konstanty Ostrogski, ostatecznie niestety wzmacniając konflikt kozacki, który początkowo nie miał religijnego podłoża. Kozacy nie stanowili organizacji o podłożu religijnym. Byli ludźmi, którzy cechowali się głównie pewnym specyficznym sposobem życia. Jego najważniejszym elementem była walka: żyli z walki. Na pewno nie wszyscy Kozacy aspirowali do godności szlacheckiej w Rzeczypospolitej, choć z całą pewnością był to jeden z możliwych sposobów przyciągnięcia części elity kozackiej. Zasadniczy problem polegał na tym, że stopniowo na obszarze wciąż nawiedzanym przez najazdy tatarskie, na pograniczu Rzeczypospolitej z Chanatem Krymskim i Moskwą, wytworzyła się liczna grupa ludzi, których sposób życia polegał na wojnie. Dziesiątki tysięcy ludzi uzbrojonych, bitnych, doskonale wyszkolonych przez praktykę ciągłych potyczek i wypraw, lecz niekarnych, nie podporządkowanych strukturom państwa, to byłby problem dla każdego kraju.
Można było ten problem rozwiązać tak, jak próbował to zrobić król Władysław IV, a mianowicie wprowadzić Rzeczpospolitą w wielką wojnę, niemal nową krucjatę przeciw potężnemu imperium osmańskiemu – i tak wykorzystać (a zarazem zużyć) kozacką siłę zbrojną. Usunąć Turcję z Europy, usunąć islam z Europy – taki byłby cel strategiczny. Ale przy okazji – znalezienie zajęcia dla Kozaków: coraz częściej buntujących się przeciw społecznemu status quo, z dominującą rolą panów koronnych (polskich, ale nie tylko – Wiśniowieccy, najwięksi „obszarnicy”, nie byli wszak Polakami, tylko Rusinami). W planach wtedy rozważanych – wielkiej wojny między chrześcijaństwem a islamem – była nawet rozważana współpraca z Moskwą. Uczestniczy w tych planach hetman Stanisław Koniecpolski (1591–1646), trochę niedoceniony w naszej nowszej tradycji, a chyba najwybitniejszy z polskich wodzów. Oczywiście bardzo szanujemy Żółkiewskiego i Chodkiewicza, ale jedynym wodzem w Europie i na świecie, który pokonał Gustawa Adolfa, był Stanisław Koniecpolski. Hetman jako samodzielny dowódca nie przegrał żadnej bitwy, wszystkie wygrał, czy z Tatarami, czy z Kozakami, czy ze Szwedami. Otóż Koniecpolski, właśnie u szczytu swoich możliwości, także jako mąż stanu, zastanawiał się z królem Władysławem IV, czy po zakończonej dopiero co zwycięskiej wojnie z Moskwą nie wciągnąć cara do wspólnej wyprawy na islam. Proponował nawet, by pozwolić Moskwie zająć Krym, by utrwalić spokój na wschodzie i południu.
Krym dla Moskwy – a Rzeczpospolita rusza z Kozakami „na Turka”, przyciągając mocniej w orbitę swoich wpływów Mołdawię, Wołoszczyznę (czyli łącznie dzisiejszą Rumunię) i opierając się ostatecznie nie tylko o Morze Czarne, bo to było oczywiste, ale o Morze Egejskie i Adriatyk – po wyzwoleniu spod jarzma islamskiego słowiańskich narodów Bułgarów i Serbów. W tym sensie, można powiedzieć, zamajaczyła koncepcja Trójmorza pod panowaniem Rzeczypospolitej, ale z Rosją jako sojusznikiem, i to zajmującym w porozumieniu z Polską Krym. Meandry historii są zadziwiające – i dlatego tak ciekawe. Tu jednak istotne jest przypomnienie, że Władysław IV chciał użyć olbrzymiego potencjału bojowego Kozaków w wojnie z Półksiężycem – i to było możliwe. Pozostaje jednak pytanie: do jakiego momentu? Załóżmy, że udałoby się pobić Turków. Co dalej zrobić z Kozaczyzną, umocnioną jeszcze swoim znaczeniem, swoją godnością głównej siły militarnej Rzeczypospolitej, bo niewątpliwie w takiej roli Kozacy by wystąpili? Jakie następne kraje wyznaczyć do podboju…
Tu właśnie trzeba zdać sobie sprawę z trudności takiego rozwiązania: czy Rzeczpospolita mogła być imperium, które podbija kolejne kraje? Nie było na to zgody szlachty. Szlacheccy obywatele mieli zakorzeniony w sobie od pokoleń pacyfizm. To brzmi znów abstrakcyjnie dla naszej wyobraźni, która widzi wiek XVII przez pryzmat Trylogii, ciągłych walk, militarnego bohaterstwa Wołodyjowskiego czy Skrzetuskiego, zawadiactwa Kmicica. Wtedy jednak szlachta nie podbijała dalekich krajów, ale musiała nauczyć się tak bić – i nauczyła się – żeby bronić własnego domu. Chodzić na dalekie zdobywcze wyprawy nie chciała – także dlatego, bo obawiała się, iż polityka ekspansji umocni władzę króla, opartą o wojsko, a przez to zagrozi wewnętrznej wolności, umiłowanej (przynajmniej formalnie) ponad wszystko przez obywateli.
Oczywiście już Stefan Batory w dużym stopniu na nowo uczył polską szlachtę walczyć, czy zaczął ją przyzwyczajać do skuteczniejszej wojaczki, bo trudno powiedzieć, że zakończył ten proces. Wtedy, wraz z jego kampaniami przeciw Moskwie, znowu pojawiła się duma ze zwyciężania w polu, jak dawniej bywało. Batory zreformował system szkolenia wojskowego, podniósł zdolności militarne Rzeczypospolitej, która nabierała doświadczenia walk jednocześnie na kilku frontach: ze Szwedami, Turkami, z Moskwą. I cały czas z Tatarami – nowiną było, jak się któregoś roku nie pojawili ze swoim najazdem. Szlachta nauczyła się bronić, natomiast wciąż nie była przekonania o potrzebie podbijania nowych terytoriów, powiększania Rzeczypospolitej. Oczywiście miała obowiązek odzyskać to, co zostało utracone – jak Pomorze Gdańskie utracone w czasach Łokietka, a odzyskane dopiero w wojnie trzynastoletniej, po półtora wieku, jak Smoleńsk utracony w roku 1514 w czasach Zygmunta Starego, który odbił dopiero po stu latach Zygmunt III, czy też Kamieniec, utracony w roku 1672 wraz z Podolem na rzecz Turcji, który dopiero kilkanaście lat po wiktorii wiedeńskiej udało się odzyskać. Natomiast tworzyć imperium – to było sprzeczne z duchem szlacheckiego obywatelstwa.
Rysuje się jednak w przygotowywanym przeze mnie tomie wspaniała wizja Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Miała prowadzić do tego zwana unią – Ugoda Hadziacka, powołująca do życia Wielkie Księstwo Ruskie na równych prawach z Wielkim Księstwem Litewskim i Koroną. Wspaniałe rozwiązanie kwestii ukraińskiej, tyle tylko że spóźnione o 10 lat. Przelało się akurat morze krwi między 1648 a 1658 rokiem, kiedy ta umowa została podpisana. Zarówno po polskiej stronie, jak i jeszcze bardziej po kozackiej nie można było znaleźć wystarczająco dużo zwolenników tego rozwiązania. Gdy tylu bliskich zginęło we wcześniejszych śmiertelnych walkach, to sytuacja była trudna również psychologicznie. Poza tym zaangażował się nasz sąsiad, czyli Moskwa, wykorzystująca właśnie czynnik religijny, kwestię prawosławia, żeby przekonać Kozaków, szerzej: ludność ruską na terenie Kozaczyzny mieszkającą, że bliżej im do Moskwy.
Nie było im bliżej obyczajowo ani językowo. Warto sobie uświadomić, że ówczesny język ruski nie był wcale tak bliski temu językowi (rosyjskiemu), którym mówiono w Moskwie. Bohdan Chmielnicki porozumiewał się z wysłannikami cara przez tłumaczy. Po polsku mówił tak jak my, to był jego język, a moskiewską mowę traktował jako sobie obcą. Mówię nie tylko o Bohdanie Chmielnickim, ale i o innych przedstawicielach elity kozackiej. Niestety, odwołanie się do czynnika religijnego okazało się rzeczywiście bardzo pomocnym narzędziem dla Moskwy, żeby wykorzystać ten podział, który niestety się wytworzył między Kozaczyzną a Polską.
To, co nazywamy potopem szwedzkim, który zalał kraj w 1655 r., powinno być nazywane potopem moskiewsko-
-szwedzkim i to w tej kolejności, bo najpierw przyszła okupacja moskiewska prawie całej Litwy i nawet części Korony, wschodnich województw. Żadne duże miasto pod okupacją szwedzką nie doznało takiego zniszczenia, takiej katastrofy jak Wilno pod okupacją moskiewską. Aż do II wojny światowej żadna wojna nie zniszczyła tak obszaru dzisiejszej Białorusi i Litwy. Łączyło się to zresztą z masowymi deportacjami ludności. Tego Szwedzi nie zrobili, owszem, niszczyli i rabowali nie mniej niż Moskwicini, jak ich wtedy nazywano, ale nie zabierali z okupowanych terenów setek tysięcy ludzi, by zasiedlać nimi pustki w swoim domu, a to właśnie robił moskiewski najazd, zgodnie zresztą z długą już wtedy tradycją polityczną moskiewskiego imperializmu. Deportacje są uważane w Rosji za sposób rozwiązywania problemów politycznych, stosowano je masowo od XV wieku po, jak wiemy, wiek XX.
Nie tylko zresztą Moskwa i Szwedzi spustoszyli Rzeczpospolitą. Także najazd siedmiogrodzki był bardzo niszczący, a książę Jerzy II Rakoczy chciał brać udział w rozbiorze Polski, udział na równi ze Szwecją. Hetman Jerzy Sebastian Lubomirski zrewanżował się Siedmiogrodowi za te niecne zamiary, co nie przynosi jednak ani nam, ani Węgrom satysfakcji, bo oba kraje zamiast współpracować ze sobą, tak jak to było w czasach Batorego, walczyły ze sobą w absurdalnej, motywowanej religijnie wojnie. Przypomnijmy: książę Siedmiogrodu był kalwinem i brał udział w tej swoistej krucjacie antykatolickiej, która wtedy spadła na Polskę. Zniszczenia w jej wyniku były rzeczywiście gigantyczne.
Szwedzi byli w swoim rabunku bardzo systematyczni. My też powinniśmy być – i żądać pełnej rewindykacji tego, co się do dnia dzisiejszego zachowało. Szwedzi wywozili ogromne ilości skarbów kultury polskiej, całe księgozbiory (m.in. z kolegiów jezuickich), które dziś tworzą podstawę najcenniejszych zbiorów bibliotek uniwersyteckich w ich kraju. Wiedzieli, co robią, mieli bardzo pazernych i jednocześnie bezwzględnych polityków, genialnych dwóch wodzów, Gustawa Adolfa, który przegrał tylko jedną bitwę – z Koniecpolskim pod Trzcianą (zginął w wygranej przez szwedzką armię bitwie pod Lützen), oraz Karola Gustawa, który nie przegrał żadnej bitwy, co o niewielu wodzach można powiedzieć. Wybitny talent polityczny przejawiał kanclerz Oxenstierna. W Rzeczypospolitej też nie brakowało wówczas wybitnych polityków, to trzeba podkreślić, wbrew stereotypowi, że Polacy nie umieją rządzić sobą. W pierwszej połowie XVII wieku mamy bardzo wybitnych polityków: kanclerzy koronnych Jakuba Zadzika czy Jerzego Ossolińskiego, litewskich – Lwa Sapiehę czy Albrychta Stanisława Radziwiłła – to byli niewątpliwie wybitni mężowie stanu.
I znów kolejne pytanie z czasów „potopu”: kwestia Radziwiłłów, bardzo interesująca. Tu jest nasz spór z historiografią litewską, która widzi np. w hetmanie Januszu Radziwille bohatera narodowego. Myślę, że sprawa jest bardziej złożona niż wynika to z kart Sienkiewiczowskiej opowieści, ale jednocześnie nie można zdezawuować tej wizji noblisty tak łatwo, jak to robią niektórzy rewizjoniści historyczni. Faktem było oburzenie, bunt w 1655 roku części jego oficerów, tak jak to opisuje Sienkiewicz, przeciwko decyzji o porzuceniu Jana Kazimierza i Rzeczypospolitej. To nie wymysł Sienkiewicza, tylko prawda, oddająca ich przekonanie, że doszło do zdrady, do której oni nie chcą się przyłączyć. Część tych oddziałów, które wtedy wypowiedziały posłuszeństwo hetmanowi, nie przyjęła jego sposobu rozumowania, w którym ratowanie Litwy wąsko rozumianej jako domena, o którą troszczą się Radziwiłłowie – ratowanie przed Moskwą – usprawiedliwia zerwanie stosunków z Polską.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 3/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum