Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„RICHARD PIPES: HISTORYK ‘IMPERIUM ZŁA’”

Aktualności

19.06.2018 10:09

Richard Pipes przemawia w Warszawie podczas uroczystej prezentacji monet kolekcjonerskich wydanych przez NBP i upamiętniających 20. rocznicę upadku komunizmu w Polsce, 6 czerwca 2009 r. Fot. PAP/Tomasz Gzell

 

 

 

Richard Pipes przemawia w Warszawie podczas uroczystej prezentacji monet kolekcjonerskich wydanych przez NBP i upamiętniających 20. rocznicę upadku komunizmu w Polsce, 6 czerwca 2009 r. Fot. PAP/Tomasz Gzell

 

Inteligencja lubi rządzić i sądzi, że wie lepiej, czego ludziom potrzeba…

 

Prof. Andrzej Nowak

 

17 maja w Bostonie zmarł Richard Pipes, emerytowany profesor Uniwersytetu Harvarda, jeden z największych historyków XX w., współautor klęski sowieckiego imperium, nieustraszony pogromca komunistycznej ideologii. Dożył stulecia bolszewickiego przewrotu, którego naturę opisał bardziej wnikliwie niż ktokolwiek przed nim (czy po nim). Zabrakło mu dwóch miesięcy do 95. urodzin – a pół roku do 100. rocznicy narodzin II Rzeczypospolitej, którą zawsze wspominał jako kraj szczęśliwych lat dziecinnych.
Historia jego życia zaczęła się w lipcu 1923 r. w Cieszynie. Jego ojciec, Marek, wywodzący się z lwowskiej rodziny zasymilowanych Żydów, w czasie I wojny służył w legionach Piłsudskiego, a po wojnie prowadził w mieście nad Olzą interes cukierniczy – ten sam, który do dziś eksportuje na cały świat wafelki Prince Polo. Wraz z rodziną (matka małego Rysia, Zofia z Haskelbergów, pochodziła podobnie jak ojciec z rodziny żydowskiej, tyle że z chasydzkiej i z zaboru rosyjskiego) przeniósł się następnie do Warszawy. Tam przyszły historyk uczęszczał do elitarnego gimnazjum Kreczmara. Językiem domowym Pipesów był niemiecki. Polski stał się drugim językiem przyszłego krytyka „imperium zła”, językiem szkoły, rozmów i zabaw z kolegami na basenie Legii, rodzinnych wycieczek – od Lwowa i Krakowa po Ciechocinek. Interesował się malarstwem europejskim, historią sztuki; marzył o studiach na Uniwersytecie Warszawskim. Ale tego marzenia nie zrealizował. Dopadła go historia.
Vixi – tak brzmi oryginalny tytuł wydanych 15 lat temu wspomnień Richarda Pipesa. Nasuwa się porównanie z cezariańskim Veni, vidi, vici. U profesora Pipesa brzmiałoby to raczej: Vidi, veni, vixi – „zobaczyłem, przybyłem, przeżyłem”. Młody chłopiec z żydowskiej, stosunkowo zamożnej i w znacznym stopniu już zasymilowanej rodziny zobaczył totalitaryzm na własne oczy, zanim został jego badaczem. To był totalitaryzm w niemieckim, hitlerowskim wydaniu. Wraz z rodzicami Richard Pipes zdołał opuścić Warszawę (na fałszywych argentyńskich paszportach) w końcu października 1939 r. i przedostać się przez Włochy, Hiszpanię i Portugalię do USA. Duża część jego rodziny, z Krakowa, Lwowa, Warszawy, została jednak wymordowana przez niemieckich zbrodniarzy. Tego Richard Pipes nigdy nie mógł zapomnieć. Została w nim do końca życia awersja do niemieckości. Sam zdążył jeszcze obejrzeć ze zgrozą los barbarzyńsko zbombardowanej polskiej stolicy i zobaczyć, zza firanki, defiladę butnego Wehrmachtu w Warszawie, przyjmowaną osobiście przez Adolfa Hitlera. Własna świadomość historyczna wiązać będzie odtąd Pipesa bardziej z indywidualnymi ofiarami niż z potężnymi zwycięzcami geopolitycznej czy ideologicznej rywalizacji. Jak sam napisał w swoich pamiętnikach: „Głównym efektem wpływu Holocaustu na moją psychikę był codzienny zachwyt życiem, które zostało mi darowane, ponieważ zostałem uratowany od pewnej śmierci. Czułem i czuję po dziś dzień, że zostałem ocalony nie po to, by marnować moje życie na folgowaniu sobie, ani na własnej karierze tylko, ale by głosić moralne przesłanie poprzez wskazywanie, przy użyciu przykładów z historii, jak zła idea prowadzi do złych konsekwencji. Ponieważ uczeni napisali już dosyć dzieł o Holocauście, uznałem za moją misję ukazywanie tej prawdy poprzez używanie przykładu komunizmu”.
Przywołanie wrażenia, jakie w rodzinie Pipesów przyniosła już wiadomość o zawarciu paktu Ribbentrop-Mołotow – pierwsza scena wspomnień historyka – nie pozostawia jednak wątpliwości, że w świadomości przyszłego profesora Harvardu już od 23 sierpnia tamtego roku pojawił się nader realny cień dwóch totalitaryzmów, które wszczęły II wojnę. Osobiste zetknięcie z grozą przemocy rozpętanej przez Stalina i Hitlera było dla Pipesa trwałym doświadczeniem, które nie pozwoliło mu nigdy ulec pokusom historycznego rewizjonizmu, doszukującego się jakichś „pozytywnych stron” w doświadczeniu tego totalitaryzmu, który przetrwał rok 1945, czyli sowieckiego systemu. Nigdy nie będzie szukał moralnych usprawiedliwień dla jakiegoś „mniejszego zła”, co narazi go na – opisywany w wielu fragmentach wspomnień – ostracyzm dużej części środowiska „postępowej” sowietologii.
Dzięki łutowi szczęścia, mógł przybyć we właściwym czasie we właściwe miejsce, by zająć się wnikliwym studium drugiego z totalitarnych szaleństw XX wieku: rosyjskiego komunizmu. Dotarłszy w czasie wojny do Ameryki, Pipes został w ramach służby wojskowej skierowany na kurs rosyjskiego na uniwersytecie Cornell. Tam też w dosłownie romantyczny sposób poznał swoją przyszłą żonę, Irenę Roth, ze zasymilowanej do polskości rodziny żydowskiej ze Lwowa. Młody Pipes usłyszał tam jej głos – na płycie, na której recytowała fragmenty Mickiewiczowego Pana Tadeusza. I zakochał się w tym głosie, a wkrótce ożenił z jego posiadaczką. Oparcie w tym związku na całe życie dawać mu będzie wielką siłę do znoszenia krytyki, czasem nawet obelg, jakich nie będą mu szczędzili miłośnicy komunizmu, tak bardzo wpływowi w amerykańskim świecie akademickim.
Do owego świata Pipes wchodził w szczególnym momencie. Kiedy rozpoczął studia historyczne na Uniwersytecie Harvarda, miał okazję wysłuchać 5 czerwca 1947 r. wykładu, jaki wygłaszał wówczas sekretarz stanu USA, George Marshall: to był wykład poświęcony planowi odbudowy Europy, wykład tego, co przyjmie się odtąd nazywać planem Marshalla. Pipes wiedział jednak, że za granicą tego planu pozostawiona została pod władzą Stalina połowa Europy, jego rodzinnej Europy. Początkom sowieckiej polityki zniewalania narodów poświęcił Pipes swoją rozprawę doktorską, obronioną w 1950 r., a opublikowaną 4 lata później: Formation of the Soviet Union. Nationalism and Communism, 1917–1924.
To, że trwała w owym czasie w wielkiej geopolitycznej grze zimna wojna, nie oznacza bynajmniej, że sympatycy „dobrego wujka Joe” (Stalina) zniknęli wówczas z życia akademickiego. Gdy chodzi o ściśle rozumiane studia nad systemem sowieckim, to wśród obowiązkowych lektur na Harvardzie były wciąż takie tytuły, jak choćby sir Johna Maynarda Russia in Flux, która podtrzymywała nonsensy o Stalinie jako dobrotliwym ojcu swego narodu. Książka Rudolfa Schlesingera Spirit of post-war Russia, opublikowana w 1948 r. – a porównująca stalinowską konstytucję z 1936 r. do konstytucji amerykańskiej, z wyraźnym uznaniem wyższości tej pierwszej – była traktowana jako jedno z najbardziej autorytatywnych dzieł z zakresu studiów sowieckich w świecie anglosaskim.
To nie były jedynie ślady sojuszu i przyjaźni z czasu II wojny i fascynacji wąsatym Uncle Joe (takie fascynacje nie umierają z dnia na dzień). Inne motywy miały także istotne znaczenie. Dotyczyły relacji między akademickimi instytucjami i moralnymi osądami, abstrakcyjnymi teoriami i politycznymi realiami tego czasu. Wydaje się charakterystyczne, że Russian Research Center, najważniejsza w następnych dekadach instytucja zajmująca się naukowo systemem sowieckim i Rosją, ustanowiona na Harvardzie w 1948 r., została powierzona w fazie organizacyjnej kierownictwu znakomitego znawcy… Indian Navajo, antropologowi Clyde’owi Kluckhohnowi. Jego celem jako dyrektora Centrum miało być „odejście od polityki i historii i podejście do Związku Sowieckiego jako do ‘systemu’: systemu, który – niezależnie od tego, co kto o nim sądzi – udowodnił swoją efektywność przez sam fakt swojego przetrwania (…) przez lata społecznych wstrząsów i wojny”. Jak ujmie to później jeden z badaczy zatrudnionych na Harvardzie, „przeciętny anglo-amerykański uczony piszący w tamtym okresie o Związku Sowieckim podchodził do takich kategorii jak państwo policyjne, terror czy totalitaryzm z takim samym drżeniem i obrzydzeniem, z jakim powieściopisarz epoki wiktoriańskiej zbliżał się do miejsca, w którym musiał uczynić aluzję do seksualnego aktu”.
Prawdziwy pomnik takiej tendencji, z pozoru obiektywnej, a w istocie sprzyjającej sowieckiemu wielkiemu kłamstwu, wystawił wówczas brytyjski historyk, Edward Hallett Carr. Oksfordzki politolog, a wcześniej dyplomata, gorący entuzjasta appeasementu, czyli oddania całej Europy Środkowo-Wschodniej Hitlerowi, po II wojnie był uznawany za najwybitniejszego na Zachodzie znawcę Związku Sowieckiego. Teraz Carr uważał, że cała Europa Środkowo-Wschodnia należy się Stalinowi – ponieważ to Stalin i jego czołgi są „nosicielami postępu” w tej zacofanej części kontynentu. W takim też duchu – bezkrytycznej chwalby sowieckiego „eksperymentu” – opublikował Carr w 1950 r. pierwszy (z czternastu!) tom swojej Historii Rosji Sowieckiej. I wtedy właśnie młodziutki badacz z Cieszyna rzucił rękawicę uznanemu guru rodzącej się „sowietologii”.
28-letni doktorant opublikował miażdżącą recenzję z pierwszego tomu syntezy Carra – na łamach poważnego pisma naukowego „Russian Review” (dzięki pomocy Michaiła Karpovicha, najbardziej wpływowego z członków rady redakcyjnej pisma, a zarazem promotora przygotowywanej przez Pipesa na Harvardzie rozprawy doktorskiej). Historia nie może być tylko apologią zwycięzców – stwierdzał Pipes. Jeśli Lenin i jego towarzysze zdobyli władzę nad Rosją w latach 1917–1919, a w latach 1939–1945 Stalin poszerzył to panowanie na pół Europy jeszcze, to ich sukces nie dowodzi bynajmniej, że mają rację. Trzeba w historii oddawać głos także, a może przede wszystkim, ofiarom. O nich zaś Carr milczał. „Trudno sobie wyobrazić bardziej dogłębne odseparowanie moralności od historii niż to, które prezentuje niniejsza książka” – podsumował swoją krytykę tej tendencji młody Pipes. Historia powinna opowiadać przebieg zdarzeń – a nie tylko projektować wizję pewnego „porządku”. Historyk powinien oceniać, zarówno świadectwa – selekcjonując je według kryterium ich weryfikowalności – jak też dramatis personae swojej narracji. Dlaczego? Ponieważ jest to narracja ludzkich dramatów, a nie akademicki eksperyment. Historyk powinien unikać deterministycznych ujęć, a także – ostatecznie – ujawnić zdolność do współczucia: nie tylko ze zwycięzcami. Nie da się odseparować jakąś ścianą historii ludzi i moralnych osądów. Tak, w skrócie – w recenzji Pipesa – wyglądał program przyszłej, alternatywnej syntezy rosyjskiej rewolucji, jaką stworzy autor tej recenzji 40 lat później.

 

 Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 7-8/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum