Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWO”

Aktualności

26.11.2018 9:34

Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas konferencji prasowej poświęconej wynikom wyborów samorządowych, Warszawa 6 listopada 2018 r. Fot. PAP/Leszek Szymański

 

 

 

Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas konferencji prasowej poświęconej wynikom wyborów samorządowych, Warszawa 6 listopada 2018 r. Fot. PAP/Leszek Szymański

 

Dziś centrum to iluzja; stanowią je niegłosujący

 

Leszek Sosnowski

 

Chcę zwyciężyć, a bez walki, i to walki na ostre, jestem nie zapaśnikiem nawet, ale wprost bydlęciem, okładanym kijem czy nahajką. Nie rozpacz, nie poświęcenie mną kieruje, a chęć zwyciężenia i przygotowania zwycięstwa.
Józef Piłsudski

Pyrrus był wielkim wodzem starożytności wywodzącym się z północno-zachodniej Grecji, żył w latach 319–272 przed Chrystusem, niektórzy uznają go za największego taktyka w dziejach helleńskiej wojskowości. Taktyka to jednak nie to samo co strategia. Ta pierwsza jest niższym poziomem sztuki wojennej, oznacza umiejętność zwyciężania w konkretnych warunkach, w ograniczonym miejscu i czasie; stosując zręczną taktykę, można wygrać nawet wielką bitwę, i to czasami mniejszymi siłami, ale – nie całą wojnę. Co innego strategia, najwyższa forma sztuki operacyjnej uwzględniająca cele dalekosiężne, rozłożone w czasie i przestrzeni; dobra strategia oznacza trwałe zdobycze i trwałe ich umocnienie. Przy czym wcale nie chodzi tylko o zdobycze terytorialne.
Pyrrus walczył w południowej Italii z Rzymianami, odnosząc sukcesy. Nie miał jednak wyraźnie nakreślonego celu: podporządkowania sobie Rzymian albo przynajmniej zepchnięcia ich na trwałe na północ, odsunięcia od Grecji na tyle daleko, aby na długi czas zapomnieli o ekspansji na jej tereny. W tamtych czasach było to jak najbardziej realne.
Pyrrus zręcznie dowodził np. bitwą pod Herakleą i zwyciężył mniejszymi siłami. Ale nie poszedł za ciosem, mimo iż Rzymianie nie tylko uszli z pola bitwy, ale ponieśli duże straty. Podobnie było rok później (279 przed n. Chr.) pod Ausculum. Po dwudniowych zmaganiach Rzymianie znów musieli uciekać daleko z pola bitwy. Zjednoczone wojska Pyrrusa co prawda poniosły wówczas znaczne straty, zostały mocno osłabione, ale straty przeciwnika były niemal dwukrotnie większe – helleński wódz jednak nie chciał tego wykorzystać. Nie miał tego w dalekosiężnych planach i dlatego nie zdobył się na jeszcze jeden wysiłek, na zadanie ostatecznego ciosu. Stąd powstało używane do dziś określenie „pyrrusowe zwycięstwo”, oznaczające nie tylko zwycięstwo poniesione przy dużych stratach własnych, ale takie, w którym straty zadane przeciwnikowi nie są w ogóle strategicznie wykorzystane. Pyrrus na dłuższą metę nie odniósł de facto żadnych korzyści. Dopóki żył, Rzymianie z obawy przed jego umiejętnościami wojskowymi i, jak byśmy dziś powiedzieli, charyzmą nie atakowali posiadłości greckich na południu Półwyspu Apenińskiego; jednak po jego śmierci szybko z nimi się rozprawili, co otworzyło im w konsekwencji drogę do całej Grecji. Ich celem strategicznym była trwała ekspansja, celem Pyrrusa – umocnienie się, ale lokalne i krótkie w czasie.

1.
Czemu o tym opowiadam? Bowiem refleksje na temat pyrrusowego zwycięstwa – przypadku znanego przecież nie tylko z historii starożytności – naszły mnie po ostatnich wyborach samorządowych. Prezes Jarosław Kaczyński, wraz z jego skromnym medialnym dworem, ogłosił zdecydowane zwycięstwo. Słusznie! Cóż mam jednak poradzić na to, że jako krakowianin czuję się przegranym, na dodatek zlekceważonym przez rządzący obóz, że mam wrażenie oddania pola praktycznie bez walki?
Co prawda odzyskana została przewaga w Sejmiku Małopolskim, ale kandydatka na prezydenta podwawelskiego grodu była ślamazarna, wyraźnie zafascynowana innymi rzeczami niż Kraków, przegrała totalnie z kandydatem, który w walce wyborczej nie był nawet w stanie ukryć swej autentycznej sklerozy. Na domiar złego Rada Miasta całkowicie już przeszła w ręce totalnych. I kiedy słyszę, „no przecież to tylko Kraków”, to szlag mnie trafia, bowiem ten „tylko Kraków” ma blisko milion mieszkańców, jest od wieków najsłynniejszym w świecie polskim miastem, samym sercem tysiącletniej Rzeczypospolitej, a jest od lat degenerowany urbanistycznie i kulturalnie. Na tej samej zasadzie padają tłumaczenia „to tylko Poznań”, „to tylko Gdańsk”, „to tylko Wrocław”, a w mniejszych ośrodkach np. „to tylko Biała Podlaska”.
Więc co, mam może w konsekwencji zaakceptować twierdzenie opozycyjnych oszustów, że przecież cały nasz kraj „to tylko Polska”? Taka jest wszak wykładnia ich podstawowego rozumowania. To tylko Polska – „tylko”, bo cóż może ona znaczyć bez Brukseli, Berlina, Paryża, bez homomałżeństw i seksedukacji w szkołach, bez wielbienia zagranicznych autorytetów kosztem własnych, bez opluwania narodowych klasyków na teatralnych scenach, bez całej tej lewackiej „nowoczesności”? Bez tego wszystkiego nasz kraj, w ich chorym mniemaniu, nic nie jest wart, a tym samym i Polacy są Europejczykami drugiej lub trzeciej kategorii, zacofanymi, a może nawet w ogóle nie są godni szlachetnego miana Europejczyków… Żeby zatem pogodzić się z twierdzeniem „to tylko Kraków”, musiałbym zaakceptować stwierdzenie „to tylko Polska”. Cóż, tego nie jestem w stanie uczynić...
Wróćmy jednak do Pyrrusa. Otóż uważam nie od dziś, że przewodząca obozowi patriotycznemu partia, czyli PiS, do dziś nie posiada obliczonej na lata strategii w odniesieniu do całego kraju i wszystkich dziedzin życia. Wielokroć podejmowane były próby jej ustalenia, jak choćby podczas słynnej, zorganizowanej z rozmachem Konwencji Programowej na początku lipca 2015 r. w Katowicach. Padło tam wiele frazesów, ale jeszcze więcej konkretnych, kreatywnych pomysłów i propozycji, zwłaszcza poza posiedzeniami plenarnymi. Dziś prawie nic z nich nie pozostało. Uleciały gdzieś bez śladu, nie powstał nawet zbiorczy, podsumowujący materiał, który mógłby być świetnym zaczynem dobrej zmiany nie tylko na szachownicy ważnych i intratnych stanowisk, ale do przeprowadzania zmian dogłębnych, obejmujących wielką rzeszę obywateli, a więc zmian trwałych.
Te parę głosów przewagi w Sejmie nie stanowi żadnej gwarancji utrzymania obecnego kierunku polityki tak gospodarczej, zagranicznej, jak i społecznej (moim zdaniem w polityce kulturalnej, przepraszam, panie ministrze, kierunek pozostał niestety ten sam, co był). Przecież my ciągle żyjemy z obawą, że nawet drobna zawierucha polityczna, bez czekania na następne wybory, nie tylko może odsunąć obóz patriotyczny od władzy, ale wystawić go na brutalny atak i represje. Represje, które przeprowadzane wobec nas zyskają olbrzymi aplauz tej wymarzonej „Europy”. Unijni komisarze będą non stop bić brawo, a Jean-Claude Juncker w uniesieniu wysuszy kolejną flaszkę. Europarlament powita zdrajców z Warszawy na stojąco, a wszystkie mainstreamowe media europejskie, zwłaszcza niemieckie i francuskie, walić będą w tarabany przy każdej szykanie wobec polskich patriotów (pozbawianie stanowisk, stawianie przed sądami, linczowanie w publikatorach, odbieranie dotacji, blokowanie dostępu do kredytów etc.).

2.
Nam potrzebne jest zatem wielkie zwycięstwo, z którego naród będzie mógł korzystać przez lata, przez wieki nawet – tak myślą nie tylko marzyciele, ale i stratedzy. Jak dotąd PiS (a my razem z nim) odnosi zwycięstwa pyrrusowe, które nie gwarantują trwałości pozytywnych zmian.
Wiem, co teraz od niejednego usłyszę. Wiem, bo będzie to powiedziane enty raz: tobie się wydaje, że to wszystko takie łatwe i proste, chciałbyś wszystko od razu, natychmiast itp.
Czy miało jednak być łatwo i prosto, czy ktoś to obiecywał? Pchając się do rządzenia jako propolski, prawicowy polityk trzeba chyba mieć świadomość, że lekko żadnym sposobem być nie może.
A jeśli chodzi o „natychmiast”, o działania szybkie, nawet błyskawiczne, to czemu nie? Przeżywamy stulecie odzyskania niepodległości i w tym kontekście nareszcie przywołuje się należycie postać i dzieło Józefa Piłsudskiego. On we współpracy z jemu podobnymi w kilka miesięcy zbudował całe państwo, którego przez 123 lata w ogóle nie było! W parę miesięcy powstały systemy administracyjne, skarbowe, sądowe, oświatowe, powstał parlament wyłoniony w wolnych i powszechnych wyborach, pierwsza, skrótowa konstytucja, a przede wszystkim potężniejąca z dnia na dzień armia, która za kilkanaście miesięcy miała uporać się z olbrzymią, wielomilionową hordą bolszewicką.
Jak to było możliwe, dlaczego się udało? Bo Naczelnik i inni z całego serca wierzyli, że można, że się da. Oni wtedy naprawdę chcieli zmiany i to potężnej, nieporównywalnie większej niż teraz. Piłsudski nie kalkulował bez końca, nie dywagował, nie jęczał „to się pewnie nie uda, co na to powiedzą w Niemczech, Francji i Anglii, co jakaś gazeta napisze”... Znakomicie ten okres niezwykłych narodzin II RP opisuje prof. Wojciech Roszkowski w książce o symptomatycznym tytule „Mistrzowska gra Józefa Piłsudskiego”. Marszałek był świetnym taktykiem, ale przede wszystkim genialnym strategiem, miał dalekosiężne cele. Nie były nimi zwycięstwa wyborcze, mało się wyborami interesował. Mierziły go gierki partyjne. Zwycięstwo wyborcze to wszak dopiero pierwszy krok. Jeszcze ważniejsze są kroki następne, od których zależy pomyślność w kolejnej elekcji. Natomiast głównodowodzący w naszym sztabie jeśli nad czymś łamią sobie głowy, to nad procentami i procencikami, nad taktyką wyborczą; marketing polityczny, zresztą z gruntu fałszywy, zdominował narrację o Polsce. A ponieważ co rusz są jakieś wybory, to tymże głównodowodzącym czasu nie staje na dogłębne zajęcie się innymi obszarami.
Wyraźnie widać, że Zjednoczona Prawica nie jest nastawiona na ekspansję. Jest nastawiona tylko na taktyczne zagrywki wyborcze, na doraźne zwycięstwa. Ekspansja wymagałaby właśnie strategii i wykorzystania słabości przeciwnika do końca, do ostatecznej jego likwidacji. I ten przeciwnik jest teraz do dobicia (oczywiście nie dosłownie, ale politycznie). Ten przeciwnik to mniej niż zero. Utrzymuje go tylko kłamstwo, manipulacje masowych publikatorów oraz zagranicy, co w Polsce niestety na jedno wychodzi. To szkodnik tak wielki, że przejdzie do historii, owszem, ale jako coś jeszcze gorszego, perfidniejszego niż targowica. Ale tak, jak w przypadku targowicy winni byli nie tylko sami targowiczanie i nie tylko zagranica, lecz również ci, którzy latami tolerowali jawną i niejawną zdradę, tak samo i dziś winni mogą być po wsze czasy ci, którzy dopuszczą do przetrwania tej hydry.
Hydra, jak wiadomo, to był wielogłowy potwór, któremu na miejsce odciętej głowy wyrastały dwie lub trzy nowe! I dopiero Herakles zrozumiał, że ranę po odciętym łbie trzeba wypalić, żeby uniemożliwić regenerację. Tak też uczynił i hydra po latach nękania ludzi w końcu zdechła. Grecki heros nie poprzestał na tym, wykorzystał zwycięstwo do cna; jadowitą żółć potwora, która miała go zabić, użył do zatrucia swych strzał, do kolejnej walki. Jego celem bowiem tak naprawdę nie było pokonanie hydry, to był etap. Jego celem była stała walka ze złem, i do tego się zbroił, do tego dostosowywał taktykę swych działań. Likwidacja hydry była dopiero drugą z dwunastu wielkich prac, które miał wykonać. Nie mógł sobie zatem pozwolić na pozostawienia za plecami, z tyłu swej drogi, jadowitego potwora. Chciałoby się dziś zawołać: Heraklesie polski, gdzie jesteś?!

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj. 


 

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum