Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Przeciwciała to żołnierze stojący na straży ludzkiej twierdzy. Tylko one nas obronią”,

Aktualności

25.01.2021 14:40

 Pacjenci na oddziale Tymczasowego Szpitala na Stadionie Narodowym. Fot. Andrzej Lange/PAP

 

 

 

Pacjenci na oddziale Tymczasowego Szpitala na Stadionie Narodowym. Fot. Andrzej Lange/PAP

 

 

Kiedy pokonamy COVID-19?

Z prof. JANUSZEM MARCINKIEWICZEM, czołowym polskim
immunologiem, rozmawia Jolanta Sosnowska

 

 

Jolanta Sosnowska: Powróćmy na chwilę do pierwszej rozmowy z początku pandemii, zamieszczonej we „Wpisie”, kiedy mówiliśmy o trwających pracach nad szczepionką. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, kiedy ona naprawdę się pojawi. Pojawiła się szybciej niż przypuszczano, ruszyła akcja szczepień, której towarzyszy wszakże zajadły bojkot tzw. antyszczepionkowców. Ty należysz do tzw. grupy zero, medyków, którzy otrzymują ją w pierwszej kolejności, zostałeś już zresztą zaszczepiony pierwszą dawką. Jaka była reakcja Twego organizmu na szczepionkę?

Prof. Janusz Marcinkiewicz: Na początku chciałem stanowczo podkreślić, że jako immunolog od początku mojej działalności naukowej – a trwa ona już ponad 40 lat – propaguję szczepienia, które są najlepszą strategią w walce przeciw chorobom zakaźnym. Sam brałem szczepionki przeciwko różnym chorobom, w tym przeciw grypie, jak i teraz przeciwko COVID-19. Zarówno Pfizer, jak i Moderna, główni producenci szczepionki, przestrzegali, że po zaszczepieniu mogą wystąpić pewne objawy niepożądane. Nie znaczy to, że muszą one wystąpić i że będą groźne. Po każdej obcej substancji podanej domięśniowo może – a nawet powinien – pojawić się odczyn zapalny o różnym nasileniu, który jest reakcją konieczną dla wytworzenia odporności. U mnie oczywiście też się pojawił, po kilku godzinach bolał mnie mięsień, do którego została podana szczepionka. U niektórych reakcja ta może być bezobjawowa, ale miejscowy odczyn zapalny musi w organizmie zaistnieć, inaczej oznaczałoby to, że układ odpornościowy szczepionki „nie zauważył”. Drugim, rzadszym objawem, który firma opisuje jako pseudogrypowy – i akurat mnie on dotknął trzeciego dnia – była podwyższona temperatura, powyżej 38 stopni, osłabienie i silne dreszcze. Gdybym nie wiedział, że to się może zdarzyć, pewnie bym się zaniepokoił. Ale następnego dnia wszystko wróciło do normy. Teraz spokojnie czekam na drugą dawkę – trzy tygodnie po pierwszej.

Czy jeśli ktoś przyjdzie na drugie szczepienie np. po czterech tygodniach, będzie to za późno?

Producenci większości obecnych na rynku szczepionek – a jest ich czterdzieści kilka – podają znany od stu lat schemat dwóch dawek; dawkę drugą, nazywaną przypominającą, należy podać po trzech/czterech tygodniach. Przy szczepionce Pfizer można ją rozciągnąć na czwarty tydzień, to nie będzie problemem. Przy szczepionce Moderna, która też pojawi się u nas za jakiś czas – druga dawka ma nastąpić po miesiącu od pierwszego szczepienia. Można wydłużać, nie zalecałbym natomiast skracania czasu pomiędzy obydwiema dawkami szczepionki mRNA [rodzaj kwasu rybonukleinowego – przyp. red.]. Układ odpornościowy musi mieć przerwę między jedną reakcją a drugą. Dlatego też nie szczepimy się w trakcie innej infekcji wirusowej.

Co mają robić ci, a jest ich już przecież w Polsce blisko milion dwieście tysięcy, którzy COVIDA przechorowali i nabyli odporność – powinni się szczepić czy nie?

Podkreślam – każdy powinien się zaszczepić. Trzeba tu jednak powiedzieć, że odporność nabyta po przebyciu choroby jest w 90 procentach na wysokim poziomie co najmniej przez 4 miesiące. Biorąc to pod uwagę, ozdrowieńcy powinni odczekać co najmniej 3 miesiące po przebytej chorobie. Tak z powodów immunologicznych – nie ma sensu doszczepiać się, kiedy ma się wysoki poziom przeciwciał, jak i z powodów społecznych – by dać pierwszeństwo tym, którzy jeszcze w ogóle nie mają przeciwciał. Dyskutowałem kwestię ozdrowieńców w gronie immunologów polskich i amerykańskich; są dwie odrębne interpretacje. Jedna wykładnia mówi, że w odstępie 3 miesięcy powinniśmy zaszczepić się dwiema dawkami, a druga – że ozdrowieńcy powinni zostać zaszczepieni tylko jedną dawką. Spełniałaby ona rolę dawki przypominającej.

Czyli de facto nie wiadomo, czy człowiek, który chorobę COVID-19 przebył, ma być zaszczepiony jedną czy dwiema dawkami?

Na obecnym etapie WHO i inne organizacje eksperckie nie odróżniają jeszcze ozdrowieńców i wszystkich szczepimy dwiema dawkami.

Czy po przechorowaniu przeciwciała pozostają w naszym organizmie rzeczywiście tylko 3–4 miesiące, nie dłużej? A może pozostaną już na zawsze, tak jak np. w przypadku chorób wieku dziecięcego, których przebycie daje odporność na całe życie?

Po przechorowaniu lub po szczepionce przeciwciała są produkowane przez wytworzone w układzie immunologicznym tzw. komórki pamięci limfocytów B, które mogą żyć długo, np. w przypadku szczepionki przeciwko odrze dziesiątki lat. Dzięki temu przy kolejnej infekcji produkują one wysoki poziom przeciwciał. Jednakże krążące we krwi przeciwciała, białka odpornościowe typu IgM i IgG mają krótki tzw. półokres trwania. Dla IgM jest to 7 dni. Co to oznacza? Jeżeli mamy bardzo wysoki poziom IgM przy końcu choroby, to potem już po tygodniu mamy ich tylko połowę, po następnym tygodniu połowę połowy itd., bo ubywają w postępie arytmetycznym. W przypadku przeciwciał klasy IgG, proces ten również występuje, ale jest znacznie wolniejszy – spadek o połowę dokonuje się po miesiącu.
W medycynie zawsze bierzemy pod uwagę skuteczny poziom przeciwciał, i np. rok po przebyciu choroby może być już on za niski. Ale jeżeli ozdrowieniec się zaszczepi, to szczepionka pobudzi jego komórki pamięci i powstaną nowe przeciwciała.

W jaki sposób to się dokonuje?

Jeżeli wcześniej nie zetknęliśmy się z danym wirusem, np. koronawirusem SARS-CoV-2, nie mamy w sobie odpowiednich przeciwciał. W trakcie każdej infekcji następuje wyścig w czasie pomiędzy namnażającym się patogenem (np. wirusem) a produkcją przeciwciał przez pobudzone do rozmnażania się swoiste limfocyty, zdolne do wybiórczego niszczenia komórek już zakażonych. Przy pierwszym kontakcie zwykle to wirus wygrywa, działa szybciej, wywołując objawy chorobowe zanim powstaną przeciwciała w ilości zdolnej do jego neutralizacji. W wypadku COVID-19 objawy kliniczne pojawiają się w pierwszym tygodniu po zakażeniu, a przeciwciała klasy IgG i limfocyty cytotoksyczne (limfocyty likwidujące wirusa razem z zakażoną komórką) dopiero po dwóch tygodniach. W wielu wypadkach stan pacjenta jest już wtedy bardzo ciężki. Jeżeli wyzdrowieje, w jego układzie immunologicznym pozostaną na kilka miesięcy lub lat tzw. komórki pamięci, a we krwi przeciwciała. Dzięki temu przy kolejnym kontakcie z tym samym wirusem do zakażenia nie dojdzie albo też objawy chorobowe będą łagodniejsze. Ponieważ ten naturalny „sposób” nabywania odporności związany jest z ryzykiem zachorowań – w przypadku COVID-19 na ciężkie zapalenie płuc, niewydolność oddechową, co może nawet zakończyć się śmiercią – staramy się zastąpić patogen (wirusa) szczepionką, zdolną do wytworzenia odporności bez wywołania objawów chorobowych. To jest właśnie idea szczepionek.
Na początku epidemii jeszcze nie wiedzieliśmy (dlatego m.in. młodzi ludzie zakażeniami się nie przejmowali), że nawet bezobjawowy czy lekko objawowy COVID-19 atakuje nie tylko płuca, ale może atakować serce, centralny system nerwowy oraz drobne naczynia w różnych narządach. Obecnie na oddziałach pulmonologicznych szpitali pojawiają się pacjenci ze stanem zwłóknienia tkanki płucnej; jest to tzw. stan pocovidowy. Nawet przy słabych objawach wirus zawsze może coś po sobie pozostawić w naszym organizmie. Dlatego też lepiej wybrać szczepionkę – nawet z ryzykiem jednodniowej gorączki – niż narażać się na ryzyko ciężkich chorób.

Ale jeśli po upływie np. pół roku po chorobie nadal będę miała wysoką ilość przeciwciał i mimo tego zostanę zaszczepiona dwiema dawkami, nie będzie za dużo tego patogenu w moim organizmie?

Nie ma takiej możliwości, żeby szczepionka przeciążyła układ immunologiczny. Zanim wybuchł problem z samym COVID-19, jednym z głównych, absurdalnych zarzutów antyszczepionkowców było, że obecnie, w porównaniu z wiekiem XX, który był złotą erą szczepień, mamy tych szczepień nie kilka, a 20, 30. Trzeba tu powiedzieć, że szczepionka to jest preparat biologiczny, oczyszczony fragment albo wirusa, albo bakterii, który w założeniu imituje naturalny patogen i prowadzi do rozwoju odporności analogicznej do tej, którą uzyskuje organizm w czasie pierwszego kontaktu z prawdziwym drobnoustrojem (bakterią lub wirusem). W wypadku szczepienia przeciw koronawirusowi SARS-CoV-2 zastosowana została supertechnologia; wierzę, że jej twórcy dostaną niebawem nagrodę Nobla. Jesteśmy świadkami wielkiego przełomu w biologii molekularnej, immunologii i szczepieniach. A jednak wielu nie potrafi docenić supernowoczesnej szczepionki opartej na fragmencie mRNA koronawirusa.

Wyjaśnij, proszę, na czym ten przełom polega.

Nasz układ odpornościowy przypomina układ informatyczny, w którym podajemy na początek małą informację, by odpowiednie systemy ją potem spotęgowały, zmultiplikowały. Podobnie do naszego organizmu możemy wprowadzić minimalną ilość białka, w tym wypadku mRNA, stymulującego produkcję białka S wirusa SARS-CoV-2, która sprowokuje produkcję przeciwciał przeciw niemu. Przypominam, białko S jest odpowiedzialne za wnikanie koronawirusa do zakażonych komórek. Wprowadzane ilości są tak znikome, śladowe, że żadna szczepionka, nawet skojarzona z innymi, nie jest w stanie przeciążyć układu immunologicznego. Naprawdę wystarczy pobudzić kilkanaście limfocytów B, które będą się szybko namnażać, by wytworzyć rosnącą liczbę przeciwciał. Tak właśnie zdobywamy miliony przeciwciał w naszym organizmie.
Trzeba wiedzieć, że historia naszego układu immunologicznego od urodzenia to historia naszego kontaktu z drobnoustrojami. Kontakt ten mamy albo poprzez zachorowania, czego nikomu nie życzę, albo poprzez szczepionki. W mojej generacji, a mam już 70 lat, nie miałem szczęścia być zaszczepionym przeciwko śwince ani odrze, tylko musiałem to przechorować, żeby nabyć komórki pamięci i się zabezpieczyć. Urodzeni później byli już przeciw tym chorobom szczepieni, nie musieli chorować i jakoś w XX wieku nikt nie protestował przeciwko szczepieniom, dzięki którym udało się przewalczyć tyle groźnych, śmiertelnych chorób. Podsycana stale przez antyszczepionkowców histeria wybuchła dopiero niedawno.

Pierwszą i drugą dawkę szczepionki dzielą trzy, cztery tygodnie. Co stanie się, gdy w tym czasie zaszczepiona osoba zachoruje na COVID-19?

To szczególnie ważne pytanie. Trzeba pamiętać, że w tym okresie musimy być jeszcze bardziej uważni niż przed szczepieniem! Jeśli w tym okresie nie będziemy ściśle przestrzegać tych wszystkich prostych i niekosztownych zasad sanitarnych, to możemy zarazić się po pierwszej dawce szczepienia. Wtedy musimy zrezygnować z drugiej dawki w pierwotnym terminie, albowiem zakażenie zaburzyło nam odpowiedź immunologiczną na pierwszą dawkę. Na dzisiaj nie ma odpowiedzi, jak długo taki ktoś powinien czekać na drugą dawkę. Moim zdaniem powinien przechorować, odbyć izolację i dopiero po 2–3 miesiącach doszczepić się drugą dawką.

Jak widać, dużo mamy jeszcze niewiadomych w przypadku COVID-19.

To prawda, ale to dlatego, że po raz pierwszy mamy do czynienia z tym, że tak łatwo się zakazić, a społeczeństwo w dużej części, niestety, w ogóle się tym nie przejmuje.

Myślę, że można mieć też pretensje do wielu środowisk naukowych, które wolą fascynować się wydumanymi i skierowanymi przeciwko naturze człowieka gender studies niż zagrożeniem świata przez wirusa. Gołym okiem widać różnicę w poziomie badań nad tym, co człowiekowi koniecznie potrzebne do życia czy nawet do przeżycia, a nagradzanymi przez granty badaniami nad czystą głupotą. Genderem faszeruje się, tudzież usiłuje się nim faszerować, umysły już od przedszkola, kosztem wychowywania dla rzeczy naprawdę ważnych z punktu widzenia jednostki i wspólnoty. Najważniejsza ma być egoistyczna przyjemność.

Codziennie umiera tylko w Polsce tyle ludzi, jakby dochodziło do katastrof dwóch samolotów. Wielkie poruszenie wywołuje jedna katastrofa na parę lat, a tu opinia społeczna pozostaje obojętna – idą na stoki, na zabawy, do restauracji, spotykają się w dużych skupiskach, lekceważąc zagrożenie. Zupełnie nie zważa się na to, że jesteśmy dopiero w pierwszej fazie szczepień. Jeszcze przez dwa, trzy miesiące powinny trwać obostrzenia. Także na wolnym powietrzu występuje ryzyko zakażenia, nawet jeśli jego prawdopodobieństwo jest mniejsze. Możemy rozsiewać wirusa po jeździe na nartach, kiedy jesteśmy zdyszani, coś wykrzykujemy. Jeśli ktoś w ten sposób zarazi się i umrze, małą pociechą będzie dla jego bliskich, że na nartach prawdopodobieństwo zakażenia było małe.

Na stokach przebywa się parę godzin, ale potem ludzie idą do restauracji, hoteli, schronisk i tam już w ogóle nie ma żadnego społecznego dystansu.

Najlepszym przykładem są zakażenia wśród skoczków narciarskich, którzy skaczą przecież na wolnym powietrzu. Nie ma miejsc bezpiecznych i ludzie naprawdę powinni na chwilę wstrzymać się z różnymi aktywnościami i przyjemnościami, zanim sytuacja pandemiczna nie zostanie opanowana. Apeluję aby chwilowo nie spędzać urlopu w egzotycznych krajach, bo możemy przenosić nowe formy zmutowanego wirusa (postać brazylijska, wirus z RPA).

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 7-8/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Archiwum