Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Polskie sławy sportów zimowych i ich zaciekła walka o olimpijskie medale”.

Aktualności

25.01.2021 15:04

Kamil Stoch i Dawid Kubacki – triumfatorzy niedawnego, 69. Turnieju Czterech Skoczni – 6 stycznia 2021 r. Fot. Lukas Barth-Tuttas/PAP

 

 

 

Kamil Stoch i Dawid Kubacki – triumfatorzy niedawnego, 69. Turnieju Czterech Skoczni – 6 stycznia 2021 r. Fot. Lukas Barth-Tuttas/PAP

 

 

 

Krzysztof Szujecki

 

 

W niedawno zakończonym 69. Turnieju Czterech Skoczni polscy skoczkowie znów zadziwili sportowy świat. Kamil Stoch po raz trzeci w swojej karierze zwyciężył we wspaniałym stylu w klasyfikacji generalnej tej imprezy, z przewagą blisko 50 pkt. nad Niemcem Karlem Geigerem. Trzeci był Dawid Kubacki, a łącznie w czołowej szóstce zawodów znalazło się aż czterech naszych narciarzy! Piąty był Piotr Żyła, a szósty – 25-letni Andrzej Stękała, będący naszą nadzieją na kolejne dobre wyniki już w niedalekiej przyszłości. Tak mocnej drużyny skoczków nie mieliśmy jeszcze nigdy. Zarówno zawodnikom, jak i trenerowi Michalowi Doležalowi należą się zatem wielkie słowa uznania.
Polacy pokazali wielką klasę, sportowe umiejętności i formę, a także ducha rywalizacji, dodatkowo zmotywowani zapewne fatalnym początkiem tej prestiżowej imprezy. Wieści dochodzące z polskiego obozu przed pierwszym konkursem w Oberstdorfie były bowiem tyleż dramatyczne, co skandaliczne. Nie chodziło bynajmniej o aspekt sportowy, bo nasi zawodnicy byli i są przygotowani wręcz fenomenalnie. Poszło, jak wiadomo, o rutynowe badania związane z pandemią COVID-19. Zupełnie niespodziewanie jeden z testów na obecność koronawirusa u Klemensa Murańki dał wynik niejednoznaczny – kuriozalne określenie Niemców schwach positiv (lekko pozytywny). Dało to organizatorom podstawę (pretekst) do natychmiastowego wykluczenia wszystkich naszych skoczków z udziału w pierwszym konkursie w Oberstdorfie i zarządzenia im przymusowej kwarantanny. Zadziwiająca była ta tyleż błyskawiczna, co stanowcza i kategoryczna reakcja niemieckich organizatorów, a tym samym także Międzynarodowej Federacji Narciarskiej, która postanowiła, że ostateczne decyzje „podejmują lokalne władze”. I to podejmują wobec jednej z najsilniejszych obecnie drużyn na świecie – poważnego rywala Niemców, Norwegów i Austriaków! W dodatku w oparciu o wątpliwy wynik testu u jednego tylko zawodnika! Oznaczało to pozbawienie któregokolwiek z Polaków szans na zajęcie miejsca nie tylko na podium, ale choćby w czołowej dwudziestce klasyfikacji generalnej całego TCS. Błyskawiczna i także tyleż stanowcza, co kategoryczna reakcja polskiego sztabu z Adamem Małyszem na czele zmieniła bieg wypadków i to mimo nieuczestniczenia polskich skoczków w kwalifikacjach. Małysz zmotywował zawodników do walki słowami: „Niech poczują, co to jest Polska!”. I tak też się stało.
O polskich skoczkach znów więc jest głośno, rozbudzone zostały nadzieje na kolejne ich wielkie sukcesy. Ale także na sukcesy w innych zimowych dyscyplinach – oby nadeszły jak najszybciej. Najbliższą okazję stwarzają mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, które odbędą się w… Oberstdorfie (23 lutego – 7 marca). Ta zbliżająca się impreza to doskonała okazja, by przypomnieć polskie medalowe występy podczas zimowych igrzysk olimpijskich, w których ogromny udział mieli również skoczkowie. Za rok w Pekinie, o ile ustanie pandemia, mają odbyć się kolejne, XXIV Zimowe Igrzyska Olimpijskie.

Zaczęło się od Gąsienicy-Gronia
Na pierwszy „zimowy” medal czekaliśmy aż 32 lata od rozegrania I Zimowych Igrzysk w Chamonix. Wywalczył go w kombinacji norweskiej 31 stycznia 1956 r. w Cortina d’Ampezzo znajdujący się wtedy w życiowej formie Franciszek Gąsienica-Groń. Początek rywalizacji nie był dla niego pomyślny, był dziesiąty po skokach na odległość 66,5 m (z upadkiem), 72,5 i 71,5 m; wówczas wykonywano trzy próby, uwzględniane były dwie najlepsze. Będący bardzo dobrym biegaczem Gąsienica-Groń zajął w tej części rywalizacji siódmą pozycję, co dało mu w efekcie brązowy medal.
Sukces był tym większy, iż wywalczył go jako pierwszy zawodnik spoza Skandynawii. „Po około dwóch godzinach od zakończenia konkurencji w hotelu otrzymaliśmy oficjalny komunikat, potwierdzający, że zdobyłem brązowy medal – wspominał Franciszek Gąsienica-
-Groń. – Radość była ogromna, bo jak dotąd olimpiada nam nie szła, choć jak na ówczesne warunki przygotowani byliśmy bardzo dobrze. Ten medal wszystkim poprawił nastrój. W nagrodę wszyscy kombinatorzy otrzymali pozwolenia na pójście do kina, na western… Uprosiłem jeszcze kierownictwo polskiej ekipy, żeby chociaż skoczkowie mogli pójść z nami. Wyrazili zgodę. Włodzimierz Reczek (ówczesny przewodniczący PKOl), którego do dziś bardzo mile wspominam, odstąpił mi nawet swoją dietę, a było to chyba jeden czy dwa dolary… Bardzo się cieszyłem z medalu, tym bardziej, że różnice w punktacji między pierwszym a szóstym zawodnikiem były tak minimalne, że gdybym na przykład skoczył o 1 metr mniej, byłbym już czwarty…”.
Na igrzyska do stolicy włoskich sportów zimowych Franciszek Gąsienica-Groń pojechał jako zwycięzca przedolimpijskich zmagań w Le Brassus, gdzie pokonał czołówkę, choć początkowo nie uwzględniano go w składzie. Dzięki zaangażowaniu trenera Mariana Woyny-Orlewicza oraz samego zawodnika jego start – na całe szczęście – doszedł jednak do skutku.

Rekord Wojciecha Fortuny
Na kolejnych igrzyskach w Squaw Valley w 1960 r. wywalczone zostały dwa medale w łyżwiarstwie szybkim – na dystansie 1500 m srebro zdobyła Elwira Seroczyńska, a brąz Helena Pilejczyk. Zdobywcą czwartego „zimowego” krążka był Wojciech Fortuna, który wygrał konkurs skoków narciarskich na dużym obiekcie w japońskim Sapporo 11 lutego 1972 r. Wydarzenie na skoczni Okurayama było ogromną sensacją, przyniosło naszemu zawodnikowi bardzo dużą popularność. Na samym stadionie obserwowało je ok. 50 tys. widzów. Był to jeden z najbardziej dramatycznych konkursów w historii skoków narciarskich. 19-letni wówczas Wojciech Fortuna, startujący w drugiej, słabszej, grupie zawodników (z numerem 29) już w pierwszej kolejce zdeklasował rywali, skacząc aż na odległość 111 m. Po tym fantastycznym wyczynie komisja konkursu zebrała się, aby postanowić, czy zawody mogą toczyć się dalej, skoro zawodnik z drugiej grupy osiągnął tak niesamowity rekord skoczni. Ostatecznie, stosunkiem głosów 3:2, słusznie uznano, że polski skoczek nie należy do słabych – w pierwszym konkursie na średnim obiekcie zajął przecież szóstą pozycję. Zawody kontynuowano. W drugiej serii, ze skróconego rozbiegu, Fortuna skoczył już tylko 87,5 m, gdyż nie wytrzymał napięcia. Jednak znaczna przewaga nad rywalami, a także ich słabsze skoki pozwoliły sięgnąć polskiemu zawodnikowi po złoty medal i tytuł mistrza olimpijskiego.

Przełamanie złej passy
W ciągu aż trzech następnych dekad nie udało się Polakom zdobyć żadnego medalu zimowych igrzysk olimpijskich. Złą passę przełamał dopiero Adam Małysz, który w 2002 r. w Salt Lake City dwukrotnie stanął na podium – sięgnął po brąz na średniej i po srebro na dużej skoczni. Od tego czasu nasi zawodnicy już regularnie są w gronie medalistów. Choć 4 lata później w Turynie Adam Małysz był w słabszej formie, to brązowy medal zdobyła wtedy biegaczka Justyna Kowalczyk, a srebrny – biathlonista Tomasz Sikora. Oba krążki zdobyto zasłużenie – nie można mówić o szczęściu czy jakimś korzystnym zbiegu okoliczności.
W biegu na 30 km techniką dowolną ze startu wspólnego raczej nikt na Kowalczyk nie stawiał, gdyż do tej pory zazwyczaj lepiej szło jej w biegach stylem klasycznym i na krótszym dystansach. Tymczasem ona biegła wyśmienicie w czołowej grupie, wytrzymując wysokie tempo. Emocjonująca walka toczyła się do samej mety, Kowalczyk przegrała minimalnie. Był to pierwszy w historii polskich biegów narciarskich medal na zimowych igrzyskach. Następnego dnia odbywał się bieg masowy mężczyzn w biathlonie z udziałem Tomasza Sikory, który nie popełnił błędu ani w pierwszym, ani w drugim, ani w trzecim strzelaniu i cały czas był w czołówce. Prowadził przed słynnym Ole Einarem Bjoerndalenem, który ostatecznie finiszował jako trzeci. Podczas czwartej wizyty na strzelnicy Sikora raz chybił, co spowodowało, że, walcząc do końca z Niemcem Michaelem Greisem, był ostatecznie drugi, zdobywając pierwszy medal olimpijski w dziejach polskiego biathlonu.

Igrzyska Małysza i Kowalczyk
Z kanadyjskiego Vancouver w 2010 r. Polacy wywieźli aż 6 krążków – liczba medali zdobytych na jednych igrzyskach została potrojona. Było to znakomite i niespodziewane osiągnięcie. Dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim został Adam Małysz. Justyna Kowalczyk pierwszy z trzech medali – srebro – wywalczyła w biegu sprinterskim. Wygrała bez większych problemów ćwierćfinał i półfinał. W finale walka o zwycięstwo rozegrała się między nią i Marit Bjoergen. Polka zaatakowała już na pierwszym podbiegu i wyszła na prowadzenie. Ramię w ramię biegły do ostatniej prostej. Na decydującym odcinku lepsza była jednak Norweżka.
Kolejną szansą na olimpijskie podium dla Justyny Kowalczyk był tzw. bieg łączony (na 15 km), w którym jedną połowę dystansu zawodniczki pokonują techniką klasyczną, a drugą, zmieniwszy narty, stylem dowolnym. Po zmianie sprzętu Polka zajmowała drugie miejsce, za Bjoergen. Na 13. km była tuż za plecami Norweżki, później jednak zaczęła tracić do liderki; dogoniła ją też i prześcignęła Szwedka Anna Haag. Polka spadła więc na trzecią pozycję, a tuż za jej plecami biegła Norweżka Kristin Steira. Wydawało się, że Norweżka i Polka wpadły na metę jednocześnie. Foto-finisz ostatecznie rozstrzygnął, że brązowy medal przypadł naszej reprezentantce.
W swoim ostatnim starcie w Vancouver – biegu na 30 km techniką klasyczną ze startu wspólnego – Justyna Kowalczyk zdobyła pierwsze od 38 lat „zimowe” złoto olimpijskie dla Polski. Na dwóch pierwszych pomiarach czasu znajdowała się na czele stawki, ale po minięciu 9 km spadła na dziesiątą pozycję; strata do prowadzącej Norweżki Steiry była minimalna – 3,8 s. Gdy najlepsze zawodniczki przebiegły kolejne 10 km, Polka, która po raz drugi zmieniła narty, znów prowadziła. Po 25 km stawka była podzielona; o złoty medal walczyły tylko Bjoergen i Kowalczyk. Rywalizacja tych dwóch wybitnych narciarek rozstrzygnęła się na samym finiszu.
Szósty dla Polski medal w Kanadzie, zdobyty w łyżwiarstwie szybkim, był sporą niespodzianką. Katarzyna Bachleda-
-Curuś (Wójcicka), Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska stanęły do walki o trzecie miejsce w biegu drużynowym z ekipą USA. Początkowo nasze panczenistki przegrywały, jednak pod koniec biegu Jennifer Rodriguez nagle wyraźnie osłabła, nie wytrzymała tempa koleżanek z drużyny, co spowodowało, że Polki wysunęły się na prowadzenie. Ostatecznie zwyciężyły z dużą przewagą 1,5 s. W wyścigu o awans do finału nasze łyżwiarki nieznacznie uległy drużynie Japonii – o 0,19 s.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 4/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum