Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

POLSKIE BOŻE NARODZENIE: RELIGIJNE, RODZINNE I PATRIOTYCZNE

Aktualności

18.12.2017 9:25

Abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski, na tle obrazu „Święta Rodzina” w Kurii Metropolitalnej w Łodzi, gdzie poprzednio był ordynariuszem. Fot. Adam Bujak Abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski, na tle obrazu „Święta Rodzina” w Kurii Metropolitalnej w Łodzi, gdzie poprzednio był ordynariuszem. Fot. Adam Bujak

Nasz język jest genialny w uchwyceniu prawd Bożych
i równocześnie ludzkich

 

Rozmowa z abp. MARKIEM JĘDRASZEWSKIM,
Metropolitą Krakowskim, zastępcą przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski

 

Adam i Leszek Sosnowscy: Księże Arcybiskupie, spotykamy się jeszcze w okresie adwentowym, w przepięknych, zabytkowych pomieszczeniach Pałacu Arcybiskupów Krakowskich, w spokoju wieczornej pory, w nastroju oczekiwania na przyjście Dzieciątka Jezus. Tak jest tutaj, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w przestrzeni publicznej ten czas radosnego oczekiwania jest w ostatnich latach czy dekadach coraz bardziej zakłócany i spychany na drugi plan. Idea Adwentu jest, można by powiedzieć, wygaszana. Zapominamy o nim m.in. przytłoczeni komercją i napędzającymi ją mediami. Jaki naprawdę powinien być Adwent dla naszej duchowości, dla kształtowania naszych postaw i zachowań chrześcijańskich?

Abp Marek Jędraszewski: Niestety, mają Panowie rację. Ja pamiętam Adwent z czasów, kiedy byłem jeszcze ministrantem, właśnie jako czas radosnego oczekiwania, w którym komercja nie odgrywała większej roli. Ale na te głębsze przeżycia składało się wiele elementów. Choćby to, że o 6 rano codziennie szło się na Roraty, a potem prosto dalej do szkoły. Po drodze nie było nawet czasu na bułkę czy gorącą herbatę, co dzisiaj nieraz jest organizowane przy kościołach dla uczestników tej wczesnej Mszy św. Roraty były czymś cudownym; pamiętam, jak rano, jeszcze w ciemności, maszerowało się szybkim krokiem do kościoła po śniegu, który skrzypiał pod butami, bo przecież w tamtych latach grudzień często bywał bardzo mroźny. Już po drodze śpiewało się pieśni adwentowe. One mają całkiem osobliwy urok i niezwykłą głębię teologiczną, wyrażają naszą tęsknotę za Zbawicielem.

Należą też do najstarszych zachowanych polskich pieśni w ogóle, jak np. XVI-wieczna pieśń „Oto Pan Bóg przyjdzie”.

To są pierwsze znane polskie pieśni, a dzisiaj zostały one niejako odsunięte na boczny tor, troszkę, niestety, też przez reformę liturgiczną Kościoła po II Soborze Watykańskim. Odnosi się to także do kolęd, które są już znacznie mniej śpiewane. Tymczasem kryje się w nich wielka prawda teologiczna. Pieśni adwentowe i kolędy są śpiewaną Ewangelią o wydarzeniach poprzedzających cud betlejemskiej nocy i o samym Narodzeniu Pańskim. Gdyby ktoś chciał się porządnie uczyć teologii, również w seminariach, to powinien śpiewać kolędy. Kard. Stanisław Dziwisz zwrócił uwagę podczas premiery właśnie wydanej przez Panów książki „Karol Wojtyła. Noc wigilijna”, że już papież Jan Paweł II ubolewał nad tym, że księża znają tylko kilka pierwszych zwrotek kolęd, ale za to chętnie przyjmują wszelkie nowinki, w tym oazowe piosenki – zamiast wejść w klimat tej głębokiej, oryginalnej teologii wyrażonej na dodatek piękną polszczyzną, zrozumiałą także dla prostych ludzi wszystkich generacji, co jest niezwykle ważne.

Na czym polegała owa reforma soborowa, o której Ksiądz Arcybiskup wspomniał, a która trochę osłabiła przeżywanie Adwentu i kolęd?

Zamysł reformy był i jest jak najbardziej trafny, gdyż chodziło o to, żeby nie chodzić do kościoła po to, aby „wysłuchać” Mszę św., ale aby w niej aktywnie uczestniczyć. Przed reformą ksiądz odprawiał Mszę św. po łacinie i mało kto ją rozumiał. Ewangelię czytano po łacinie, a potem drugą wersję jeszcze po polsku, kazanie też było po polsku, pozostała liturgia już nie. Reforma natomiast przywróciła język narodowy. Pełna Eucharystia jest modlitwą całej wspólnoty liturgicznej, ale, niestety, nie ma już w niej wiele miejsca na wspólny śpiew. Dawniej cały czas śpiewało się pieśni związane z danym okresem liturgicznym. Przyznaję, że było to piękne!

Kard. Stanisław Dziwisz w trakcie wspomnianego spotkania przed kilkoma dniami powiedział, że kard. Karol Wojtyła – Jan Paweł II codziennie śpiewał różne kolędy aż do 2 lutego.

Obecnie w przypadku Bożego Narodzenia okres liturgiczny kończy się w Niedzielę Chrztu Pańskiego, która przypada w najbliższą niedzielę po uroczystości Objawienia Pańskiego (Trzech Króli), a więc bardzo szybko. Wcześniej okres ten trwał rzeczywiście aż do 2 lutego. Obecnie nie ma więc czasu, żeby się rozkochać w śpiewaniu kolęd. Pamiętam, jak w jednym z poznańskich kościołów przez całe lata organista zostawał w kościele po Pasterce i grając dość skocznie, dla niektórych nawet za bardzo, dawał prawdziwy koncert kolęd. Trwało to co najmniej przez godzinę. Wszyscy zostawali w kościele i razem śpiewali. Mimo tak późnej pory ludzie przychodzili niejako wyśpiewać się w tę Noc Bożego Narodzenia. Dziś zostało to trochę utracone albo osłabione. Z kolei Adwent naprawdę wiązał się bezpośrednio z przygotowaniami do Świąt Bożego Narodzenia, łącznie z tym, co się robiło wtedy w domu. Pamiętam zwłaszcza wspólne przygotowywanie z ojcem ciasta pod placki i makowiec, które później mama wypiekała w piecu, początkowo jeszcze węglowym. Plotło się stroiki i robiło kolorowe papierowe łańcuchy na choinkę. Nawet w szkołach, mimo czasów komuny, uczono, jak robić różne ozdoby choinkowe. Dzisiaj można je bez problemu nabyć w markecie, i to nawet już zaraz po Wszystkich Świętych. Dzieci nie odczuwają w takim stopniu smaku przygotowania Świąt, nawet tych zapachów przedświątecznych. Sami rodzice też mają na to coraz mniej czasu. Kto dziś pamięta, że żywe karpie na Wigilię kupowało się znacznie wcześniej, a potem trzymało się je w wannie, tak że np. przez tydzień nie można było się kąpać? Okres przygotowania został zawłaszczony przez komercję i dlatego Adwent przeżywa się inaczej. Żal mi tego, oczywiście.

Z drugiej strony można spojrzeć na to bardziej optymistycznie, że Boże Narodzenie jest już od Wszystkich Świętych albo przynajmniej od 11 listopada obecne w naszych umysłach i sercach. Przypominają o tym wszelkie dekoracje świąteczne uliczne i sklepowe, wielobarwne światełka, jarmarki i stragany. To wielkie Święto dalej istnieje mocno w naszej świadomości, ale przeniosło się jakby w inny wymiar.

Owszem, ale Adwentu jako takiego już prawie nie świętujemy. Zresztą proszę zauważyć, że w tym cyklu „marketowym” Boże Narodzenie kończy się 26 grudnia. Wystrój marketów zmienia się natychmiast na Sylwestra i Nowy Rok. A wcześniej okres Bożego Narodzenia zaczynało się w Wigilię i trwał on aż do 2 lutego.

Boże Narodzenie liturgicznie nie trwa już do Matki Bożej Gromnicznej, ale choinki i tak najczęściej stoją do 2 lutego, także w kościołach, do tego czasu śpiewa się też kolędy.

Ma Pan rację i ja też staram się o to, żeby u mnie w domu tak było, ale trzymając się dosłownie litery prawa, nie jest to zgodne z duchem posoborowej liturgii. Są liturgiści, którzy zaraz po Niedzieli Chrztu Pańskiego każą choinki rozbierać i zakazują śpiewać kolęd. Ale przecież jest to pierwsza niedziela po Trzech Królach i może ona wypaść nawet 7, a najpóźniej 13 stycznia.

Dlaczego dokonano takiej zmiany i tak dużego skrótu?

To jest dobre pytanie. Przyjęto po II Soborze Watykańskim właśnie taki sposób przeżywania roku liturgicznego, trochę również w duchu protestantyzmu, bo ruch soborowy mocno stawiał na ekumenizm. Na szczęście, zostawiono pewne sprawy liturgiczne do decyzji krajowych Episkopatów, co sprawia, że w Polsce tak surowo się tego nowego obyczaju nie trzymamy i jeżeli proboszcz jest bardziej rozsądny, to w jego parafii wydłuża się czas śpiewania kolęd w kościele. Niemniej liturgicznie Bożego Narodzenia nie ma już dwa, najpóźniej trzy tygodnie po Wigilii. Znakiem tego jest m.in. to, że do liturgii kapłan zakłada szaty zielone, a nie białe.

Tym ważniejsza staje się rola Adwentu, który przecież wciąż trwa cztery tygodnie. Jest to czas radosnego oczekiwania, ale z drugiej strony w naszej tradycji wiele osób odmawia sobie czegoś na ten okres, stosuje post. Jest zakaz hucznych zabaw, choć w innych krajach imprez rozrywkowych w Adwencie nie brakuje.

Na pewno nie o to chodzi, aby w Adwencie organizować huczne zabawy. Ale prawdą jest również to, że Adwent nie jest Wielkim Postem. Dobrze jednak, że wielu ludzi przestrzega wtedy wstrzemięźliwości od potraw mięsnych, a nawet podejmuje pewne umartwienia. To sprawia, że tym bardziej chce się świętować w Boże Narodzenie. Pamiętam z dzieciństwa, że Wigilia była dniem całkowicie postnym, a na zakończenie wieczerzy jeszcze nie było nic słodkiego. Czekało się wówczas, żeby wrócić z Pasterki i pojeść tego ciasta do syta. Tak to było… Od tamtych lat zmieniła się też kondycja życia społecznego. Wtedy zdobycie mięsa czy wędliny było dużym wysiłkiem, zresztą nie tylko finansowym, bo nawet jak się miało pieniądze, to nie było gdzie tego kupić. A dzisiaj wystarczy trochę pieniędzy i wydaje się, że można codziennie świętować. Nie chcę przez to, oczywiście, powiedzieć, że tęsknię za okresem, gdy żywność była na kartki, nie o to chodzi. Ale faktem jest, że dziś przytłacza nas komercyjna zwyczajność.

Jak zatem dobry katolik powinien dobrze przeżywać Adwent wśród tej komercyjnej zwyczajności? Zrywać się codziennie o 6 rano na Roraty? Czy może jakoś szczególnie, inaczej przygotować się do niedzielnej Mszy św.?

Z pewnością nie każdego stać na to, aby codziennie iść na Roraty, choć jest to szczególnie piękny zwyczaj – wszystkim nam by się on bardzo przydał. Roraty stanowią bowiem wspaniałe przygotowanie do Bożego Narodzenia. Adwent musi być czasem oczekiwania na coś i na Kogoś. To czas modlitwy; chociażby w tym roku, w stulecie objawień fatimskich, dobrze by było, gdyby każdy codziennie odmówił dziesiątek różańca w intencji najbliższych, Ojczyzny czy Kościoła na świecie. Trzeba przeżywać ten okres z Matką Bożą i św. Józefem, bo oni są wspaniałymi towarzyszami duchowymi tego czasu oczekiwania – tak bardzo rodzinni i tak pełni miłości do Boga i do innych ludzi.
(...)

Rozmawiali: Adam
i Leszek Sosnowscy

 

 Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum