Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

PODKREŚLAM: TO JEST 100-LECIE ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI

Aktualności

23.01.2018 13:29

 

Urodzony w 1867 r. Józef Piłsudski za swój życiowy cel uznał doprowadzenie do ponownego pojawienia się Polski na mapie Europy. I cel ten zrealizował. Na zdjęciu: Piłsudski dokonuje przeglądu wojska w Warszawie w sierpniu 1919 r. Urodzony w 1867 r. Józef Piłsudski za swój życiowy cel uznał doprowadzenie do ponownego pojawienia się Polski na mapie Europy. I cel ten zrealizował. Na zdjęciu: Piłsudski dokonuje przeglądu wojska w Warszawie w sierpniu 1919 r.

 

 

Dwutomowa biografia odrodzenia się polskiej niepodległości

 

Z prof. ANDRZEJEM NOWAKIEM

rozmawia Leszek Sosnowski

 

Leszek Sosnowski: Ciekaw jestem, jaki sposób uznałbyś za najlepszy, by utrwalić stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości, które w tym roku świętujemy?

Prof. Andrzej Nowak: Aby móc docenić znaczenie przebytej drogi, trzeba zostawiać tego materialne ślady – swoiste kamienie milowe. Pewne daty naszej historii są takimi kamieniami milowymi. Poprzednie generacje stawiały owe kamienie i my powinniśmy to także robić. Ci, którzy przyjdą po nas, powinni z kolei mieć właściwe świadectwo czasów, w których żyjemy, świadectwo naszego sposobu zapamiętywania, naszej formy patriotyzmu. Jedynym sposobem, by tę łączność między pokoleniami zachować w prawdziwej postaci, jest zostawienie materialnych śladów. Takie ślady zostawili nam nasi przodkowie, także ci, którzy żyli sto lat temu. Ślady miłości do Ojczyzny, szacunku do polskości i niepodległości.

Rozumiem, że masz na myśli kamienie milowe głównie w postaci wszelkiego rodzaju pomników i tablic pamiątkowych?

Tak, oczywiście, ale również wspaniałymi kamieniami milowymi powinny być książki, prace naukowe, wartościowe filmy, które po nas zostaną. Nie ślady ulotne, które dziś są, a jutro się je wyrzuci, zapomni o nich, tylko takie, które przetrwają przez pokolenia. To nie jest łatwe zadanie. Najprościej byłoby pozostawić ów ślad stawiając jeden wielki pomnik, oczywiście z talentem zaprojektowany – to też jest bardzo potrzebne. Ale z okazji tak pięknego i szlachetnego jubileuszu to byłoby dużo za mało. Od dawna – także na łamach „Wpisu” – zachęcam do tego, żeby takim trwałym śladem zbiegu wielu ważnych polskich rocznic między rokiem 1918 a 2018 stał się Kopiec św. Jana Pawła II, najważniejszej niewątpliwie postaci jednoczącej Polaków, zarówno w wymiarze duchowym, jak i czysto ziemskim – polskiego patriotyzmu. To dla mnie najbardziej wymowny, czytelny przykład znaku, który warto byłoby pozostawić. Ale oczywiście również wiele innych trwałych, materialnych znaków powinno zostać zbudowanych na szlakach Niepodległej, by przypominać, jak ta niepodległość się odradzała. Nie myślę tu tylko o 11 listopada 1918 r., ale o całej drodze – licząc przynajmniej od Konfederacji Barskiej. Dosłownie za kilka tygodni będziemy obchodzić wielki jubileusz – 250-lecie jej zawiązania.

Nic jednak nie słychać o żadnym państwowym utrwalaniu tej rocznicy, choć rok 2018 jest ogłoszony również Rokiem Konfederacji Barskiej...

Na następną tak wielką rocznicę trzeba będzie poczekać kolejne ćwierć tysiąca lat, nikt z nas jej chyba nie doczeka... Warto sobie uświadomić, ile jest takich istotnych punktów, miejsc na drodze do odzyskania przez Polskę niepodległości; warto je przypomnieć i utrwalać – teraz, w tym roku, ale także w 2019 i w 2020.

Oczywiście, najlepiej, żeby powstały trwałe dzieła. Tymczasem istniejący przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego program dotacyjny na lata 2017-2021, który nazywa się „Niepodległa” i posiada pieniądze na uczczenie 100. rocznicy odzyskania niepodległości, w swoim programie na ubiegły rok i prawdopodobnie (nie znamy jeszcze zasad dotowania) na ten rok również, wykluczył z finansowania wszystkie trwałe elementy, a więc tablice pamiątkowe, pomniki, prace naukowe, a nawet książki. Chętnie natomiast przeznaczy się pieniądze na… spacery tematyczne.

Polemizowałem publicznie z tym już rok temu, ponieważ to założenie wydaje mi się całkowicie niezrozumiałe. Nie chcę powiedzieć „absurdalne” – bo może są jakieś racje, które za tym stoją, ale ich nie znam, nikt ich ze strony ministerstwa nie przedstawił. Nie rozumiem, dlaczego to, co pochodzi z naszych podatków, ma ulecieć w powietrze jak dym i zniknąć po tych uroczystościach, i nie zostawić żadnego trwałego śladu.

Tak będzie na pewno, kiedy ministerstwo dofinansuje np. „spacer tematyczny” albo festyn…

Nie jest to według mnie rozsądne.

Z funduszu „Niepodległa” wspomożono co prawda też tak genialną wystawę jak „Wyspiański” w Muzeum Narodowym w Krakowie, wesprze się i inne wystawy, ale jest to, można powiedzieć, psi obowiązek ministerstwa od kultury, to ich robota codzienna, nie potrzeba do tego wielkich rocznic.

Trzeba by zapytać, gdzie jest miejsce na oddolną inicjatywę. Jeżeli chcemy zrobić spacer tematyczny, to robimy to i nie prosimy państwa o pomoc. Natomiast przy pewnych działaniach kosztochłonnych, np. zbudowaniu dużego pomnika, to, że państwo wspomoże tego rodzaju inicjatywę z naszych podatków, wydaje mi się oczywistym obowiązkiem. Nastąpiło tu jakieś pomylenie akcentów z tym, co powinno być działalnością społeczną w danej dzielnicy, gminie, a co domeną państwa. Skrzykują się ludzie w dzielnicy lub gminie i sami organizują jakąś ścieżkę tematyczną, po co tu jeszcze pieniądze państwowe? Państwowe dofinansowania są konieczne do realizacji wielkich przedsięwzięć, np. do nakręcenia wielkiego filmu (nie takiego, w którym „przejada się” pieniądze, by parę osób na tym zarobiło), do stworzenia serii naukowych publikacji, które zostaną na wieki. Przypomnę, że komuniści zdobyli się na sfinansowanie serii naukowej, która pozostała trwałym pomnikiem w dorobku upamiętniającym100-lecie Powstania Styczniowego. Wtedy, na obchody w 1963 r., wydano pod redakcją profesora Stefana Kieniewicza trzydzieści kilka tomów bezcennych źródeł. Niektóre tomy były kalekie, bo działała cenzura; nie wszystko można było wówczas o roku 1863 powiedzieć. Przecież jednak rezultat tamtego wysiłku pozostaje do dziś – po pół wieku – nie do zastąpienia. Zastanawiam się, gdzie teraz jest państwowy mecenat i czy ma pomysł, by wydać tego typu serię. Przecież odzyskiwanie niepodległości to wręcz nieskończona ilość źródeł. Ile można byłoby ich na ten temat przygotować, gdyby znalazł się państwowy mecenas…

Jednak Ty, wspólnie z naszym wydawnictwem, przygotowujesz okolicznościowe dzieło książkowe nie oglądając się na dotacje. Choć przy dofinansowaniu moglibyśmy wydać tę pozycję w kilku językach obcych i upowszechnić po świecie. Przy pomocy takich publikacji można znakomicie wpływać na kształtowanie polityki historycznej. Książka Twoja opowiada o odrodzeniu Rzeczypospolitej – o latach przed rokiem 1918, o nim samym i o jego konsekwencjach aż po czasy nam najbliższe.

Piszę wiele, oczywiście także Dzieje Polski – ale uznałem, że nie mogę nie nawiązać do tak znamienitej rocznicy. Stąd propozycja, którą zechciałeś przyjąć, by w dwóch tomach przedstawić naszą drogę do niepodległości. W jakim ujęciu? Otóż tom pierwszy ma formę obszernej, swoistej chronologii, powiedziałbym: kalendarium, ale to może być mylące określenie, bo tu nie chodzi o garść dat, które i tak nikogo nie poruszą. Jest tu spojrzenie na indywidualne, wybitne postaci historyczne, które rodzą się i działają od 1864 do 1923 r. Narracja jest osadzona na osi czasu. Dlaczego wybrałem te właśnie daty krańcowe? Rok 1864 to koniec ostatniego wielkiego zrywu niepodległościowego, jednego z tych „klasycznych” powstań – od Konfederacji Barskiej przez Powstanie Kościuszkowskie, Powstanie Listopadowe, po właśnie Powstanie Styczniowe. Po tym ostatnim przychodzi moment najciemniejszy i wydaje się, że to już koniec polskich nadziei. Chcę pokazać, jak właśnie z tego dna rozpaczy zaczyna się nowa droga ku niepodległości i jak ludzie w tym czasie, od 1864 r., indywidualnym geniuszem oraz zbiorowym wysiłkiem dochodzą do tego, że wciągają do walki całe grupy społeczne, które wcześniej w odzyskiwaniu niepodległości nie uczestniczyły. Przede wszystkim chłopów, którzy między 1864 a 1920 r. stają się w swej masie całkowitymi Polakami. Dlaczego teraz skracam dystans mówiąc o 1920 roku? Bo rok ten to był ich sprawdzian na polu bitwy. Milion ludzi stanęło do walki w obronie zagrożonej przez najazd bolszewicki niepodległości, w obronie zagrożonej przez ten najazd Europy; 70-80 proc. z nich to byli przecież chłopi.

Chłopi i robotnicy przemysłowi, bo ta warstwa społeczna, która wcześniej przecież nie istniała, rodzi się pod koniec XIX w. i okazuje się bardzo nasycona patriotyzmem.

Jedna i druga, to prawda. Warto by prześledzić ten proces dochodzenia do polskości mas, a więc grup społecznych, które pozostawione były jakby poza oddziaływaniem patriotycznych emocji, które niosły elitę polityczną I Rzeczypospolitej, czyli szlachtę. Sprawdzianem, jak te grupy dochodzą do polskości i to w tych szczególnie trudnych warunkach końca rozbiorów, jest fakt, że w wojnie z bolszewikami w 1920 r. praktycznie nie ma dezercji, w każdym razie jest na tyle marginalna, że nie wpływa na wynik tej wojny. Robotnicy nie ulegają propagandzie, którą bolszewicy ze sprawdzalnym sukcesem zastosowali na innych terenach byłego imperium rosyjskiego – na Ukrainie, Białorusi, w Rosji samej. Tam hasło zemsty klasowej – grab nagrabliennoje – było przecież skuteczne.

Próbowali też tego przecież na Zachodzie; zaraz po I wojnie światowej w Niemczech komuniści byli bliscy sukcesu, tam zagrożenie bolszewizmem było jeszcze większe niż w Polsce.

W Polsce zagrożenie też było ogromne, ale okazało się, że zaowocowała praca wykonana pomiędzy rokiem 1864 a 1918, praca, którą symbolicznie można skoncentrować w 2. poł. XIX w. na dokonaniach takich ludzi jak z jednej strony Józef Piłsudski wraz z całym ruchem przyciągającym robotników do patriotyzmu (PPS), a z drugiej – Bolesław i Maria Wysłouchowie, Jan Stapiński, Wincenty Witos – czyli cały ruch ludowy, który przyjął postawę patriotyczną. Musimy pamiętać, że ideologia chłopska, agraryzm, niekoniecznie musiała wiązać się z patriotyzmem, mogła jak najbardziej pozostać na gruncie egoizmu klasowego, a więc chłopi przeciwko reszcie, przeciwko „panom”. Mamy przecież to tragiczne doświadczenie niewiele przed momentem, od którego zaczynam to kalendarium, czyli rzeź galicyjską w 1846 r. Były i takie zachowania…

Rzeź inspirowaną – to trzeba podkreślić – przez zaborcze władze austriackie. Idea mordowania „panów” i palenia polskich dworów nie wyszła w sposób bezpośredni z warstw chłopskich.

Słusznie to przypominasz, bo trzeba sobie zdawać sprawę, że nie jesteśmy i nie byliśmy jako kraj otoczeni przez aniołów. Żeby naród polski był, żeby Polska była, trzeba było wykonać ogromną pracę PRZECIWKO zaborcom. Drugi symbol tej samej trudności to rok 1863 – taki, jaki wyłania się z opowiadania Stefana Żeromskiego Rozdziobią nas kruki, wrony. Ono, co prawda, zafałszowuje obraz Powstania Styczniowego jako całości, bo tylko w niektórych regionach, w tym właśnie na terenie Sandomierskiego, miało miejsce donoszenie chłopów na powstańców, współpraca z władzami rosyjskimi w ich ściganiu, ściąganie butów z nóg zabitych bojowników polskiej niepodległości i temu podobne. Na Podlasiu czy na północnym Mazowszu było zupełnie inaczej – tam chłopi stanowili często ponad połowę składu powstańczych oddziałów. Niemniej faktem jest, że wypadki, o których mówi literacka wizja Żeromskiego, zdarzały się, i to często. One pokazują też ów ogromnie trudny punkt wyjścia w procesie budowania narodu przeciwko sile zaborców, którzy chcieli chłopów utrzymać jako lojalnych poddanych cesarza Franciszka Józefa, lojalnych poddanych cesarza Wilhelma czy lojalnych poddanych cara Mikołaja. To się zaborcom nie udało – i to właśnie przedstawiam w formie dat i sylwetek, poczynając od nieoczekiwanych czasem skojarzeń, na jakie pozwala forma kalendarium. Zaczynam od 5 sierpnia 1864 r., od egzekucji pięciu przywódców Rządu Narodowego z Romualdem Trauguttem na czele, straconych na stokach warszawskiej Cytadeli. Dosłownie cztery dni później, kilkaset metrów dalej – po drugiej stronie Wisły – rodzi się ktoś, kto odegra wielką rolę w polskiej historii, na owej drodze do niepodległości: Roman Dmowski. Kilkanaście tygodni potem rodzi się wspomniany przed chwilą Stefan Żeromski, bez którego Syzyfowych prac, Siłaczki, Snu o szpadzie, Wiernej rzeki, Przedwiośnia trudno przecież także wyobrazić sobie Niepodległą. Potem – ostatnie echo Powstania Styczniowego: Powstanie Zabajkalskie w 1866 r. – mało znany szerszemu ogółowi tragiczny zryw polskich katorżników przeciw Imperium, tysiące kilometrów od kraju. Kiedy toczył się ich proces w dalekim Irkucku, w znacznie bliższym (także naszym, polskim sercom) Zbarażu na świat przyszedł Ignacy Ewaryst Daszyński, socjalista, który jako wicepremier będzie filarem rządu, który obronił Polskę przed bolszewikami w roku 1920. Rok po śmierci przywódców Powstania Zabajkalskiego na Syberii, urodzi się Marysia Skłodowska, późniejsza Curie, rodzi się wtedy także Adam Stefan Sapieha, wielki później książę Kościoła i ducha Niepodległej, rodzi się także Józef Piłsudski.

W czasie swego zesłania Józef Piłsudski będzie otrzymywał swoiste lekcje historii od jej wybitnego świadka, Bronisława Szwarcego, członka pierwszego Rządu Narodowego, skazanego na katorgę, a z którym przyszło młodemu patriocie polskiemu razem mieszkać w Tunce.

Myślę, że spojrzenie przez pryzmat historii umieszczonych na osi czasu pozwala dostrzec niektóre rzeczy, które umykają nam, kiedy osobno budujemy biografię Dmowskiego, osobno Piłsudskiego, osobno Witosa itd. Próbuję poprzez to kalendarium zbudować zbiorową biografię odzyskiwania polskiej niepodległości. Daty gęstnieją im bliżej roku 1914. Wyjście z Oleandrów 6 sierpnia 1914 Pierwszej Kadrowej jest mi szczególnie bliskie, bo z tej ulicy się wywodzę, ale myślę że i Tobie, krakusowi, i każdemu Polakowi też. Co oczywiście nie znaczy, że pomijam lub pomniejszam inne wysiłki podejmowane na rzecz niepodległości. Przedstawiam np. orientację profrancuską Wacława Gąsiorowskiego i jego bajończyków, którzy już w lipcu zostali skrzyknięci przez autora Huraganu. Nieco później uformowała się formacja prorosyjska, która też jednak szła z myślą o niepodległości – chodzi tu o tzw. Legion Puławski i późniejsze, znacznie większe formacje tworzone u boku armii rosyjskiej przez polskich patriotów takich jak Lucjan Żeligowski czy Józef Dowbor-Muśnicki. Trzeba oddać zasługę wszystkim, którzy o odrodzenie Polski walczyli.
Zagęszczająca się narracja kalendarium przybliża nas do kluczowych momentów lat 1916-18, a potem do budowania niepodległości, gdy nie ma już Niemców w Warszawie i Poznaniu, a Austriaków w Krakowie, do budowania instytucji państwa, polskiego pieniądza, łączenia linii kolejowych na całym terytorium itd. Tę gigantyczną pracę trzeba było wykonać dosłownie w ciągu pierwszych kilkunastu miesięcy niepodległości. Ogromna robota została wtedy wykonana.

 

 Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

 

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 3/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum

Patronaty

Wydawnictwo Biały KrukCentrum Jana Pawła II - Nie lękajcie sięPrzewodnik KatolickiFrondaKluby Gazety Polskiej Radio WNET