Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„POCHWAŁY WROGA SĄ JAK POCAŁUNEK JUDASZA”

Aktualności

25.02.2020 12:49

Obchody 50-lecia koronacji Matki Bożej Ludźmierskiej 15 sierpnia 2013 r. zgromadziły kilka tysięcy osób. Po zakończeniu Mszy św. uczestnicy jubileuszu prezentowali na ołtarzu swoje sztandary; na wielu z nich wypisana była dewiza: Bóg, Honor, Ojczyzna. Fot. Adam Bujak

 

 

 

Obchody 50-lecia koronacji Matki Bożej Ludźmierskiej 15 sierpnia 2013 r. zgromadziły kilka tysięcy osób. Po zakończeniu Mszy św. uczestnicy jubileuszu prezentowali na ołtarzu swoje sztandary; na wielu z nich wypisana była dewiza: Bóg, Honor, Ojczyzna. Fot. Adam Bujak

 

Pochwały wroga są jak pocałunek Judasza

Leszek Sosnowski

 

Siedzi na fotelu w zielonym mundurze wojskowym, laska na kolanach. Widać, że nie jest w stanie unieść się o własnych siłach, ale jest w pełni świadom. Kazimierz Klimczak – uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r., ciężko ranny w bitwie w pobliżu Grudziądza, po której pozostał już na zawsze inwalidą. Mimo to w czasie okupacji działał w szeregach Armii Krajowej i mając 30 lat wziął nawet udział w walkach Powstania Warszawskiego – pod pseudonimem „Szron”, w randze sierżanta. Dziś już po awansach, jakie słusznie przyznaje się weteranom walk wyzwoleńczych – pułkownik Kazimierz Klimczak. Świętuje właśnie 106. urodziny! Obok niego stoi wyprostowany, wysportowany i pełen szacunku człowiek, dla którego spokojnie mógłby być pradziadkiem. To Andrzej Duda, prezydent Rzeczypospolitej. Obaj są wzruszeni. Prezydent głęboko się pochyla, by starcowi przypiąć na piersi Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Medali rozdano już sporo, ale mało kto był równie predestynowany do ich otrzymania jak płk Klimczak.
Prezydent chwilę przemawia, nazywa weterana „wzorem patrioty i żołnierza, który swoją postawą wywalczył wolną Polskę dla kolejnych pokoleń Polaków”. Były powstaniec chętnie wspomina swe dawne boje i próbuje odpowiedzieć na pytanie dziennikarza, co motywowało go i jego kolegów żołnierzy, by nie wdając się w analizy równowagi sił (lub jej braku), stanąć do bezkompromisowej walki. Mocno wzruszony odpowiada dramatycznym głosem: „Była to dewiza: Bóg, Honor, Ojczyzna”; przy ostatnim słowie głos mu się załamuje, a w oczach pojawiają się łzy… Przeżył już 106 lat, a wciąż tak głęboko tkwi w nim: Bóg, Honor, Ojczyzna! Znamienne dla naszych dni: nie cytowano tego w żadnych mediach, nie wychwycono jako punktu ciężkości całego wydarzenia. Nie dowiedzieliśmy się także, iż płk Kazimierz Klimczak był wieloletnim działaczem Związku Inwalidów Wojennych Rzeczypospolitej Polskiej, co pozwalałoby wspomnieć piękny rodowód tej organizacji założonej w 1919 r., jednej z pięciu najstarszych na świecie tego typu. To stowarzyszenie kombatanckie do dziś działa pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”.
1.
Dewiza ta przywoływana jest współcześnie przez ludzi z obozu patriotycznego, choć nie tak znów często. Funkcjonuje raczej jako historyczny, piękny slogan, do którego należy mieć szacunek, ale nie jako zwarta i silna koncepcja. Natomiast obóz cudzoziemski, targowicki, bogaty w zagraniczne media, a tragicznie ubogi w uczucia miłości do kraju, najczęściej szydzi i z Ojczyzny, i z Honoru, a już obowiązkowo z Boga. To osobnicy albo z gruntu źli, albo błądzący po tym świecie jak ślepcy. Byliby jedynie godni pożałowania, gdyby nie fakt, że są bardzo niebezpieczni. Są silni – nie własną wszakże siłą, tylko cudzą, co powoduje, że nie oni sami nią kierują, lecz ona nimi. Są oni zatem de facto narzędziem w cudzym ręku, a dokładnie – bronią w cudzej, antypolskiej dyspozycji.
Czy jednak przedstawiciele naszej patriotycznej formacji, ponoć zdecydowanie konserwatywnej, mają w sobie tak głęboko zakorzenione znaczenie dewizy „Bóg, Honor, Ojczyzna”, jak dawny powstaniec warszawski i inwalida kampanii wrześniowej? Czy ich (nasze) konserwowanie wartości i tradycji jest tak mocne, że będą zawsze i w każdej sytuacji determinować ich (nasze) działania? Chyba nikt nie odpowie na to twierdząco w stosunku do całego obozu patriotycznego.
Rzecz jasna, pewna część wielomilionowego ruchu patriotycznego przeżywa te trzy fundamentalne dla narodu i pojedynczego człowieka wartości nie płycej niż bojownicy powstań, Bitwy Warszawskiej czy Westerplatte. Nie jest to część mała, choć nierównomiernie rozłożona po polskich regionach; wyróżnia się tu np. Podhale, które z dumą wypisuje to hasło na swych sztandarach. Ale pewna średnia zachowań nie potwierdza funkcjonowania w całości reguły „Bóg, Honor, Ojczyzna” w środowiskach patriotycznych lub za takie uważanych.
Im wyżej sięgniemy w hierarchii społecznej, tym gorzej z zakotwiczeniem w poglądach i osobowościach Boga, Honoru i Ojczyzny. Również wśród polityków prawicowych – bo lewicowych wszelkiej maści nie ma w ogóle sensu rozpatrywać w tych szlachetnych kategoriach – wielu przejęło niestety, w mniejszym lub większym stopniu, amoralny pogląd, że politykowi wolno więcej, wolno mu bardziej grzeszyć niż innym, zwłaszcza okłamywać i pomijać honor w swym działaniu. Kiedyś, nie tak znów dawno temu, było odwrotnie; ujawniona publicznie amoralność uniemożliwiała wybór, utrącała kandydatów. Jednak mass media wieloletnią i systematyczną pracą odmieniły ten sposób wyłaniania i utrwalania władzy. Co jest jeszcze jednym dowodem na to, w jak podłych i szkodliwych rękach się znalazły.
2.
Na pewno Ojczyzna jest pojęciem, które ma się najlepiej z całej trójcy. Przyznawanie się do niej, odwoływanie jako do wartości duchowej, a nie tylko mniejszego lub większego kawałka ziemi, na którym przyszło nam żyć, wywołuje ze strony mainstreamu najmniej szyderstwa. Dlatego nie tylko prawicowi politycy szermują tym pojęciem, jak jednak później zobaczymy, czołowi przedstawiciele obozu targowickiego potrafią i ojczyznę zwymyślać, a nawet opluć. Są w tym gorsi od oryginału, bowiem targowiczanie końca XVIII w. jak jeden mąż uważali się za patriotów, obrońców ojczyzny. Niektórzy z nich naprawdę wierzyli, że uratują Rzeczpospolitą, oddając ją pod kuratelę carycy Katarzyny i imperialnego potwora – Rosji. Trafiali się wśród nich ludzie obdarzeni szerokim umysłem, jak choćby ks. Hugo Kołłątaj, który wszakże szybko spostrzegł swą pomyłkę (potem zresztą wiele wycierpiał od zaborców).
Błądzić jest rzeczą ludzką, wiadomo, ale uporczywego trwania w błędzie na pewno nie sposób czymkolwiek usprawiedliwić. Jesteśmy dziś wszyscy dużo bogatsi o targowickie doświadczenia, napisano o targowicy wiele książek, setki artykułów, uczono nas o niej w szkołach. Zatem poszukiwania w XXI w. „ratunku” w objęciach zagranicy nie można uznać za nic innego jak uporczywe trwanie w błędzie – wszak zjawisko to już od ponad 200 lat jest dokładnie rozpoznane i potępione!
Znamy konsekwencje postawy targowickiej – wycierpieliśmy jako naród z tego powodu naprawdę niemało. A cierpienie to zawsze polegało na braku Ojczyzny. Cierpień było wiele rodzajów, ale wszystkie one – gdy przyjrzymy się głębiej ich przyczynom – okazują się konsekwencją utraty Ojczyzny. Nie można o tym nie wiedzieć i nie pamiętać, zwłaszcza gdy uprawia się politykę, czyli sztukę rządzenia. Kto zatem ubiega się o władzę w narodzie, a gotów jest traktować Ojczyznę jak monetę przetargową, powinien być potępiony i obligatoryjnie z polityki wykluczony.
Nie ma w naszych czasach np. instytucji banicji, tym bardziej infamii. Do najwyższych władz przenikają bez większego trudu nawet ludzie z wyrokami, nie mówiąc o pospolitych idiotach (tu odsyłam Czytelnika do nowej książki Janusza Szewczaka „Idiotokracja”). Jak i kto może temu zapobiec, i czy w ogóle ktoś może, skoro prawo na tym odcinku zawodzi na całego? Ratunek jest tylko jeden: w wyborcach. Dlatego tak niezmiernie ważne jest w polityce posiadanie jak najlepszych narzędzi budowania opinii wyborców oraz skutecznego się z nimi komunikowania. Nie będę kolejny raz powtarzał, że prawa strona jest w te narzędzia bardzo mizernie wyposażona, bo brzmi to jak rzucanie grochem o ścianę…
Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na fakt, że nie tylko niektórzy politycy stają na pozycji targowickiej, ale wyborcy również. Któż jednak z tych ostatnich, w przeciwieństwie do aktywistów i zawodowców, czyni to świadomie? Nie ma takich wielu. Przeważnie dokonują targowickich wyborów, bo trwają w podpowiedzianym im przez mainstream błędzie i decydują się oddawać swój głos na obóz cudzoziemski tylko dlatego np., że nie lubią PiS-u.
Takim wyborcom trzeba przypominać koncepcję „Bóg, Honor, Ojczyzna” i tłumaczyć korzyści płynące z jej akceptacji. Nie ma co lękać się, że być może urazi się tym jakiegoś wyborcę, bo jest np. niewierzący. Niewierzących u nas można policzyć na palcach u rąk, jaki jest więc sens układać pod nich swe programy i wystąpienia? Kto jest w porządku, ten się nie obrazi i zrozumie. Kto zaś zrozumieć nie chce, i tak pozostanie na swojej pozycji. Nie należy zatem szczędzić słów prawdy. Nazywanie rzeczy po imieniu jest w tym przypadku bardzo wskazane dla zdrowia opinii publicznej. Oczywiście spotka się to z atakiem mainstreamu – i bardzo dobrze! Atakując, chcąc nie chcąc będą musieli nagłośnić ideę „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Bo kogóż będą tak naprawdę zwalczać, jeśli chodzi o aktualną kampanię wyborczą? Prezydenta? Nic podobnego, będą musieli zaatakować cieszący się najwyższym szacunkiem Polaków konglomerat wartości zawarty w tych trzech prostych słowach: Bóg, Honor, Ojczyzna – oczywiście, o ile Andrzej Duda będzie to demonstrował, na co szeregowi członkowie obozu patriotycznego bardzo liczą. Mainstream de facto zrobi prezydentowi tylko świetne publicity wśród porządnych ludzi, z których w zdecydowanej większości, jak sądzę, składa się Polska.
Szkoda tylko, że nie wszyscy porządni decydują się iść do urn wyborczych; wówczas targowica razem wzięta nie miałaby szans nawet na kilkanaście procent. Wiara w siłę kartki wyborczej nie nabrała jeszcze w narodzie właściwej mocy. Dlatego, zdaniem wielu specjalistów, powinien się rozwinąć oraz nagłośnić swe działania społeczny Ruch Kontroli Wyborów. Nie tylko blokuje on bowiem konkretne, drobne (sumujące się w duże) oszustwa w wyborczych lokalach, ale budzi także nadzieję, że zasady uczciwego głosowania będą jednak przestrzegane. Nie zapominajmy, że po 4 czerwca, a w zasadzie po 5 czerwca 1989 r., kiedy bezpardonowo oszukano ludzi i powiedziano im: „źle zagłosowaliście, my wam pokażemy, jak mają wyglądać wyniki wyborcze”, zaufanie do uczciwości systemu demokratycznego w rodzącej się III RP padło. Co zresztą było i jest wielu osobom na rękę. Pamiętamy również o bardzo dziwnych, tak naprawdę do dziś niekompletnie rozliczonych, wyborach samorządowych w 2014 r. Na pewno więc społeczny Ruch Kontroli Wyborów musi się mocno reaktywować. Bo machlojek faktycznie wykluczyć nie można.
3.
Pojawił się bardzo podstępny sposób zwalczania idei ojczyzny. By to objaśnić, zapytam retorycznie: czy może istnieć ojczyzna bez narodu? Wiadomo, że takiego tworu nie ma. Proszę zwrócić zatem uwagę, co głoszą decydujące gremia polityczne oraz ideologiczne Unii Europejskiej: przyczyną wielkich wojen były, w domyśle będą – narody. Narody mają w sobie rzekomo immanentne zło, które tkwi jakoby w ich naturze. Narody trzeba zatem zlikwidować, a wtedy zapanuje na Ziemi wiekuisty pokój. Zlikwidowanie narodów to jednak bezpośrednia droga do likwidacji ojczyzn, czyli nic innego jak bardzo sprytna forma podboju małych przez wielkich. Polacy ćwiczyli to już wystarczająco długo podczas rozbiorów; nowość polega dziś na tym, że podboju dokonuje się w eleganckich garniturach i białych koszulach z krawatem.
Prawda jest natomiast taka, że to nie narody, lecz zachłanne imperia wywoływały wojny i zniewalały narody. Nie odwrotnie! To właśnie owo zniewolenie, przeciwne ludzkiej naturze, zawiera w sobie immanentne zło. Targowica jest formą jakby dobrowolnego poddania się takiemu zniewoleniu. Jakby, ponieważ tak naprawdę za ową dobrowolnością kryją się zawsze obce apanaże, nadzieje na kariery, a nieraz szantaże. Tylko idiota zostaje targowiczaninem z pobudek ideowych.
Powinniśmy zatem wg takich np. Timmermansów lub Verhofstadtów odczuwać strach przed narodem, i to własnym! Ale nie przed hegemonem. Tymczasem od wieków przeniknięty imperialistycznymi żądzami naród, Niemcy, w najmniejszym stopniu nie zamierza rezygnować ze swej tożsamości, swej historii i tradycji, z idei narodu. Wprost przeciwnie, chlubi się tym wszystkim nieustannie, choć trzeba przyznać, że na razie w granicach normy, przeważnie bez szowinizmu. Wystarczy pooglądać ich telewizję, zwłaszcza publiczną; program kipi patriotyzmem, na każdym kroku czuć szacunek albo wprost uwielbienie dla swojego kraju. Gdyby nie obawa, że w każdej chwili mogą przekroczyć tę granicę, gdyby nie fakt, że usiłują wszystkie kraje dookoła (i dalej także) uzależniać gospodarczo, gdyby nie to, że od czasu do czasu wyrwie się z nich wyraz pogardy wobec innych – można by im pozazdrościć pięknej miłości do swego kraju. Ale ci Niemcy na forach międzynarodowych każą wszystkim innym wyrzekać się narodowości! O co więc chodzi? Może niech zaczną od siebie, wtedy pogadamy.
Przypominają się słowa kard. Stefana Wyszyńskiego z początku pamiętnego roku 1981, roku ubogiego, lecz jakże pięknego (do 13 grudnia…). Prymas Tysiąclecia mówił 24 stycznia w kazaniu do kombatantów: „Czasy, które idą, żądać będą od nas nowych mocy moralnych, duchowych, społecznych, zawodowych kompetencji, a także wysokiego poziomu kultury ojczystej, rodzimej, która będzie pokarmem dla tych, co po nas przyjdą. Naród przecież nie umiera, tylko my się wymieniamy, a Naród trwa (…) Dlatego nie wystarczy dziś czekać. Trzeba rewidować swoje sumienie, życie narodowe i domowe”. Te zaiste prorocze refleksje nabrały dziś dodatkowego znaczenia i zwiększyły swą aktualność.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum