Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„PARALIZATORY MÓZGU”

Aktualności

30.10.2019 10:07

Fragment obrazu Jana Styki „Polonia” z postaciami przywódców Konfederacji Targowickiej i Radomskiej (z lewej) oraz posłów Tadeusza Reytana i Samuela Korsaka (z prawej). Gdyby inni posłowie byli tak zdeterminowani jak Reytan, wówczas kraj by się ocknął i stanął do walki.

 

 

 

 Fragment obrazu Jana Styki „Polonia” z postaciami przywódców Konfederacji Targowickiej i Radomskiej (z lewej) oraz posłów Tadeusza Reytana i Samuela Korsaka (z prawej). Gdyby inni posłowie byli tak zdeterminowani jak Reytan, wówczas kraj by się ocknął i stanął do walki.

 

W Polsce mamy dziś tylko dwa obozy polityczne:
patriotyczny i cudzoziemski

Leszek Sosnowski

 

 

Nie o takim tekście marzyłem po wyborach… Mamy niestety kolejne Pyrrusowe zwycięstwo.
Za dużo było jednak wśród decydentów wiary w marketing polityczny, a za mało udziału własnego rozumu w konstruowaniu strategii wyborczej. Za dużo słabych kandydatów… Megalomanii tu i ówdzie też nie brakowało… Za dużo było nudy w propagandzie, za dużo o pieniądzach, a za mało o zaspokajaniu potrzeb ducha. Dopiero pod sam koniec kadencji Jarosław Kaczyński podejmował zdecydowanie tematy światopoglądowe. Ale, po pierwsze – było już późno, a po drugie – nie znajdowało to, o dziwo!, należytego odzewu także w prawicowych mediach.
Powtórzę za Pyrrusem, który w 279 r. p.n.Chr. po wygranej bitwie pod Ausculem powiedział: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni”.
1.
Wybory oczywiście nie są porażką, ale, według mojej oceny, nie powinny być też uznawane za sukces prawicy; szczególnie w kontekście tego, jaką wartość, a lepiej powiedzieć: jaką marność, prezentował przeciwnik. Wgraliśmy, ale zaledwie 1:0. To byłby dobry wynik, owszem, gdybyśmy walczyli przeciwko wybitnej drużynie. Wygraliśmy natomiast z zespołem trzecioligowym i to znajdującym się w strefie spadkowej.
Oczywiście można dąć w fanfary co sił, głosić historyczne zwycięstwo – np. na ekranach telewizji publicznej. Ale już wieczorem 13 października br., zaraz po wyborach, pociągła mina Prezesa mówiła wszystko. Mimo to nie brakowało (i nie brakuje) pochlebców. Pyszałkowatość jednak oznacza nie tylko oszukiwanie siebie, ale wszystkich ludzi z naszego, na szczęście coraz większego, obozu patriotycznego. To także bałamucenie samych polityków prawej strony, przekonywanie ich, że są niemal bez skazy. Widać, co gorsza, że wielu z nich jest gotowych w to uwierzyć.
Padają nieustannie drwiące sformułowania o przeciwniku. Zasłużone, to jasne, ale nie wnoszą one de facto nic do meritum sprawy. Maskują one natomiast niedostatki naszej wyborczej strategii, jej małą skuteczność. Jeżdżenie od gminy do gminy parę tygodni przed wyborami po naszym, jednak dość dużym, kraju, nie zastąpi codziennej działalności mediów, zwłaszcza regionalnych – ich skuteczność w kampaniach wyborczych jest olbrzymia, dotyczy to nie tylko Polski. Mogą one bowiem systematycznie i latami całymi, nie od wielkiego dzwonu, lansować ludzi, przybliżać kandydatów. Raz się udało, w 2015 r., z tym wędrowaniem po kraju, zresztą wielką przysługą też wtedy była marność przeciwnika. Nie zrozumiano jednak, że teraz sytuacja jest inna, że teraz trzeba obrać nową, bardziej zaawansowaną strategię wyborczą. Jak to jednak wykonać, skoro stan posiadania prasy regionalnej przez prawicę wynosi prawie zero? Niemcy wiedzieli, dlaczego ją wykupują.
Był i jest problem z komunikacją w regionach, zwłaszcza z mieszkańcami dużych miast – przyznano po wyborach. No, ale czy może go nie być, jesli nie posiada się mediów regionalnych? Na przeważnie nudne spotkania wyborcze i przeważnie marnie zorganizowane, przychodzi nieraz po 20 – 30 osób. Te garstki nie są przecież żadnym większym potencjałem wyborczym. Publiczne radio i telewizja w terenie nie kwapią się natomiast, by respektować patriotyczną linię. Pełno w nich wielbicieli dawnej Unii Wolności lub Platformy, którzy teraz siedzą cicho, ale szkodzą jak mogą – a mogą wiele. Pozmieniano tu i ówdzie dyrektorów i na tym zmiany się zakończyły.
Prawica nie ma dostępu nawet do bilbordów! Nawet o to nie zadbano. Wystarczy powiedzieć, że największym udziałowcem w rynku bilbordów jest firma AMS, posiadająca 23 tys. nośników stacjonarnych i należąca do Agory…
Te niedostatki i zaniedbania nie są charakterystyczne tylko dla rozgrywki wyborczej, ale w ogóle dla sposobu walki na co dzień z obozem przeciwnym. Tym sposobem nie tylko niczego więcej nie osiągniemy, ale możemy bardzo, bardzo wiele stracić za cztery lata, a kto wie, czy nie wcześniej. Można fascynować się, że Schetyna jest największym przegranym wyborów, ale, przepraszam, co mnie to obchodzi. Ja mam przeżywać porażki tego typa?! A oglądając np. telewizję publiczną jestem do tego zmuszany każdego dnia i wieczora. Co to za propaganda, pytam się?
W tej chwili najważniejsze staje się zatem szybkie ustalenie prawdziwych przyczyn Pyrrusowego rozstrzygnięcia. Sądzę, że trafna diagnoza i trafne wnioski będą kluczem do przyszłości. Ten artykuł ma być do tego skromnym przyczynkiem.
2.
Społeczeństwo polskie jest dziś podzielone na dwa wyraźne obozy, dla których dużo bardziej adekwatnym określeniem niż prawica i lewica stają się terminy: obóz patriotyczny i obóz cudzoziemski. Konfederacja na przykład dołączyła do prawicy, ale pozostaje, wbrew pozorom, w obozie cudzoziemskim (być może to się zmieni, gdy usunie ze swoich szeregów Korwina-Mikke). Czy jest coś po środku, między tymi obozami? Kiedyś owszem, istniało coś w rodzaju niedużego centrum, ale dziś nie ma co zaklinać rzeczywistości – pośrodku Polski tylko Wisła płynie. Dobrze byłoby, gdyby brał to pod uwagę także prezydent, który niebawem stanie znów w wyborcze szranki.
Obóz cudzoziemski charakteryzuje nie tylko wszelkiego rodzaju legalne i nielegalne wsparcie z zagranicy, ale także permanentny lament nad zniewoloną przez patriotów Polską. Lament ów wyrażany jest w czyhających na takie podłe wypowiedzi mediach zewnętrznych, głównie niemieckich. Żadna z idei, dawnych lub nowych, do których się odwołują wodzowie tej formacji, nie jest ich autorstwa. Nie jest też w najmniejszym choćby stopniu rodzima, złączona z tradycją narodową, bohaterstwem naszych przodków, bogactwem polskiej kultury. Odwołują się do idei, które nas latami krzywdziły. Formacja ta gardzi dobrą tradycją, czerpie garściami ze złej, najgorszej.
Bo obóz cudzoziemski to niestety stara tradycja w Rzeczypospolitej! Szczególnie wolne elekcje, obieranie władcy – a więc tak jakby dziś wybory parlamentarne – ściągały do naszego kraju cudzoziemskie siły z całą ich niemoralną, podstępną zgrają zauszników zagranicznych dworów. Wyszukiwali słabe punkty w organizmie Rzeczypospolitej i zatruwali je a to duktami, a to obietnicami tzw. godności i majątków. Z biegiem lat elementy zewnętrzne zaczęły w kraju przeważać, potem wprost dominować. Od czasów saskich Wettynów na polskim tronie, obóz cudzoziemski opanował wszelkie sfery życia społecznego. August II Sas został wybrany tak, jakby chciała tego obecna opozycja w naszym kraju: wolą mniejszości! Mniejszość ta wszakże miała solidne zagraniczne gwarancje; podczas elekcji w 1697 r. na naszej wschodniej granicy stanął w gotowości bojowej korpus kniazia Michaiła Grigoriewicza Romodanowskiego. Oczywiście nie, żeby komuś grozić, lecz w celu wzmocnienia bezpieczeństwa słabej Rzeczypospolitej. A zaledwie 14 lat wcześniej gromiliśmy pod Wiedniem potężną armię turecką! Oto, co może zdziałać zdrada i zaprzedanie się zagranicy.
Każdemu zastosowaniu „rozsądnej” przemocy zewnętrznej zawsze przyświecało nasze dobro – tyle, że rozumieli to jedynie Polacy oświeceni, nowocześni, otwarci na świat, a nie zaściankowe głąby. Tak, jak i dziś.
Jak rosyjscy sołdaci raz stanęli dla naszego dobra na wschodniej granicy Rzeczypospolitej, tak stoją tam już 322 lata (obecnie na granicy z obwodem kaliningradzkim). Konsekwencjami takiego „wzmocnienia” był najpierw zanik polskiej armii, potem narodowej oświaty i kultury, szykany gospodarcze, a w końcu utrata wolności również w wymiarze osobistym oraz katorga. W narodzie narastało przekonanie – skutecznie podsycane przez zagraniczną propagandę swobodnie hulającą po Rzeczypospolitej – o własnej słabości i nieudolności; nawet za swoich przodków należało się (już wtedy) wstydzić, bo byli warchołami, pijakami, pyszałkami. Dopiero wkroczenie zagranicznego hegemona miało gwarantować w kraju porządek i spokój oraz rozwój gospodarczy. Czyż nie są to dokładnie poglądy, cele i program obozu cudzoziemskiego istniejącego i dzisiaj, w III Rzeczypospolitej?
Zdemotywowani zupełnie Polacy w końcu sami zatwierdzali rozbiory własnej Ojczyzny! Tak było! – obok Polaków walczących na różne sposoby o utrzymanie wolnej Rzeczypospolitej, funkcjonował także parlament, który zatwierdził 30 września 1773 r. pierwszy rozbiór, nazywany dla niepoznaki traktatem podziałowym. Zaborcom, co prawda, nie było łatwo doprowadzić do parlamentarnej akceptacji rozbioru, ale groźbą, aresztowaniami i przekupstwem udało się. I oczywiście przy aplauzie zagranicy. Sam Wolter piał wówczas z zachwytu nad pokonaniem ciemnogrodu polskiego, tej ostoi zabobonu, gdzie na każdym kroku krzywdzono nieszczęsnych innowierców; jakże słusznie zatem Semiramida Północy w towarzystwie oświeconych władców z Wiednia i Berlina wystąpiła w obronie uciskanych. Trzeba było przecież poskromić tych fanatycznych katolików. Niektóre pisma Woltera naprawdę warto sobie dziś poczytać, by zrozumieć korzenie antypolskości, by przekonać się także, iż dzisiejsza retoryka działaczy spod znaku LGBT ma głębsze rodowody niż można by sądzić. Odwoływanie się w tym artykule do okresu rozbiorowego nie jest zatem żadnym zabiegiem stylistycznym publicysty, lecz ukazywaniem pierwotnych źródeł niebezpieczeństwa wiszącego dziś nad III RP.
Także drugi rozbiór kraju, niebywale już grabieżczy, znalazł swe usankcjonowanie w postaci uchwały parlamentarnej. Mowa o słynnym Sejmie grodzieńskim, który zakończył obrady 23 listopada 1793 r. Podpisanych wtedy traktatów nie nazwano brutalnie „rozbiorowymi”, lecz elegancko „cesyjnymi”. Manipulacja słowem nie jest więc dzisiejszym wynalazkiem. Sejm zakończył wówczas obrady raz na zawsze; ościenne imperia nie miały potrzeby, aby się więcej zbierał; trzeci rozbiór dokonał się już bez udziału posłów. Wystarczyło, że król Stanisław August Poniatowski abdykował na rzecz Rosji, aby de iure do dziś nie można było wnosić żadnych protestów wobec grabieży dokonanej przez naszych praworządnych sąsiadów, bardzo wrażliwych na oświeceniowe, racjonalistyczne, czyli nowoczesne koncepcje świata i człowieka, za to zupełnie wypranych z jakichkolwiek zasad etycznych, już wówczas niemodnych.
Piszę to wszystko nie po to, by powspominać sobie dawne dzieje, ale by pokazać, że postawa parlamentarzystów wymaga nieraz dużej odwagi, a nawet poświęcenia, że ich praca nie zawsze jest i nie zawsze może być rutynową walką na ustawy i ich poprawki. Że czasem muszą stanąć do dramatycznej próby. Sejm schyłku Rzeczypospolitej szlacheckiej tej próby pozytywnie nie przeszedł, jego uczestnicy w większości dali się przekupić, zastraszyć, złamać. Niewielu jego przedstawicieli pozostało w pamięci narodu jako ludzie niezłomni, tak jak np. Tadeusz Reytan. Nic więc dziwnego, że minister pełnomocny Katarzyny II Jakob Sievers w swych wspomnieniach zatytułowanych buńczucznie „Jak doprowadziłem do drugiego rozbioru Polski” pisał: „Posłowie [polscy] składali się po większej części z najemników, odgrywających komedię i sztuczne boje, wśród których trudno było zacnego i nieustraszonego męża od zaprzedanych odróżnić”. A czyż nie będzie słusznym przypuszczenie, że gdyby wszyscy, lub prawie wszyscy, posłowie byli tak zdeterminowani jak Reytan, gdyby zdecydowali się nawet polec, lecz nie podpisali aktów rozbiorowych, to kraj wówczas by się ocknął, stanął cały do walki, a nie ograniczył się do tyleż bohaterskich, co okrojonych działań konfederatów barskich?
Dziś posłom i senatorom nie grozi jeszcze zsyłka na Sybir, konfiskata majątku lub areszt. Ale mimo to również stają do dramatycznej próby – oczywiście mam na myśli przedstawicieli obozu patriotycznego. Powinni mieć tego świadomość. Oby okazali się spadkobiercami Reytana, a nie zdrajcy typu Adama Ponińskiego. Oby nie brakło im odwagi i determinacji w walce z coraz agresywniejszym obozem cudzoziemskim.
Stosowane dziś sposoby wywierania presji i siania zamętu są nowocześniejsze. Wspólne natomiast z dawnymi metodami pozostają jurgielt, czyli zagraniczne łapówy przeznaczone na destabilizację kraju, oraz groźby. W tych ostatnich zabłysnął ostatnio nawet niejaki Jerzy Fedorowicz, który będąc już emerytem po siedemdziesiątce przypomniał sobie, że przecież przed laty był aktorem i nagle znów zagrał – tym razem rolę groźnego Michaiła Murawjowa, lepiej znanego jako Wieszatiel.
Być może któremuś Czytelnikowi wydadzą się te analogie zbyt daleko posunięte. Spójrzmy jednak na naszą przeszłość tak, jak to już starożytni zalecali: historia magistra vitae, a więc ze świadomością, że historia powinna być nauczycielką życia – także naszego.
3.
To, co szczególnie powinno zastanawiać i niepokoić po tych wyborach, to fakt że niemal dokładnie tyle samo osób co po naszej stronie, znalazło się po stronie obozu cudzoziemskiego! De facto obozu zdominowanego przez różnej maści postkomunistów.
Skoro wszystkie partie i partyjki stające do walki przeciwko nam (kiedy piszę w tym artkule „my”, mam na myśli cały obóz patriotyczny) zjednoczyły się w obóz cudzoziemski, to i ludzi na nich głosujących trzeba by zaliczyć do tej formacji. Ale tyle milionów ludzi po stronie postkomuny… Jak to możliwe? W wolnej Polsce… A więc co – Polacy zdurnieli do reszty? Bo przecież o łapówkach można mówić w przypadku jednostek, czy partii, ale nie da się przekupić milionów. Doświadczył tego również PiS, który nie przekupywał co prawda, ale przez niemal cztery lata szczodrze rozdawał różne dobra milionom Polaków, i słusznie zresztą. Wdzięczności za to przy urnach wyborczych jednak nie doświadczył.
Niektórzy Polacy na pewno po prostu zdurnieli, nie da się ukryć, lecz nie dajmy sobie wmówić, że dotyczy to całego narodu albo jakiejś jego poważnej części. Popatrzmy na te wybory również od drugiej strony.
Każdy naród ma swoją zbiorową świadomość, powiązaną z tożsamością. I właśnie ta świadomość wraz z tożsamością zostały w polskim narodzie poważnie zaburzone. Raczej trzeba więc powiedzieć, że połowa Polaków, oczywiście połowa głosujących, dała się otumanić. Dała się, bo zastosowano wobec niej najnowocześniejsze i masowe narzędzia bałamucenia, ogłupiania i manipulowania. Zastosowano paralizatory mózgu – publikatory.
Prosta definicja encyklopedyczna trafnie określa świadomość jako „podstawowy i fundamentalny stan psychiczny, w którym jednostka zdaje sobie sprawę ze zjawisk wewnętrznych, takich jak własne procesy myślowe, oraz zjawisk zachodzących w środowisku zewnętrznym i jest w stanie reagować na nie”.
Stratedzy obozu cudzoziemskiego od dawna posługują się z kliniczną niemal metodycznością truciznami zaburzającymi procesy myślowe milionów „jednostek”, czyli Polaków. Przede wszystkim w przekazie o rzeczywistości stosuje się fragmentaryczność i zniekształcenia. Żyjemy w czasach, gdy rzeczywistość tę poznajemy w mniejszym stopniu dzięki własnym zmysłom i własnej wiedzy, a w coraz większym stopniu za pośrednictwem mediów (cóż w tym dziwnego, skoro Europejczyk średnio spędza przed telewizorem prawie 4 godziny, Polacy jeszcze trochę więcej, a Rumuni nawet ponad 5 godzin…). To zaś stwarza pole do praktycznie nieograniczonego przekazu fikcji oraz iluzji jako stanów faktycznych. Publikatory wyćwiczyły się w omamianiu ludzi, są całe gałęzie nauki (?) podpowiadające, jak to czynić. Pojmujemy rzeczywistość tak, jak one nam ją zinterpretują. Pod ich wpływem ulegamy krańcowym nastrojom od euforii do lęków, od uwielbienia do agresji. Nawet nasza orientacja w czasie i miejscu zostaje zaburzona. Znakomicie w tym pomagają pseudonaukowe teorie, np. o postprawdzie, które nawet na uniwersytetach (sic!) są poważnie rozważane, sankcjonując de facto metody manipulowania ludzką świadomością i psychiką.
Również zanegowanie i nieraz wprost postponowanie sprawdzonych i szanowanych autorytetów (vide św. Jan Paweł II) bardzo przyczynia się do fałszywego pojmowania rzeczywistości. Jak tak dalej pójdzie, jeśli ktoś się temu skutecznie nie przeciwstawi, to w praktyce będziemy mieli niebawem do czynienia nie z czytelnikami lub widzami, ale z osobami poważnie chorymi, z pacjentami.
To wszystko prowadzi nie tylko do zaburzeń świadomości, ale także do poważnych zaburzeń tożsamości. W tym jest oczywiście pewien zamysł, bowiem wówczas podpowiada się konsumentom mediów jakąś tożsamość nową, np. europejską, genderową, postkomunistyczną…
Skąd się bierze świadomość człowieka, kto i jakimi sposobami ją kształtuje? – to są kluczowe pytania współczesności. Zwłaszcza w systemach demokratycznych. Uważam, że bez prawidłowej odpowiedzi na nie, nie może być na dłuższą metę również dobrego rządzenia, dobrej zmiany, w ogóle nic dobrego nie może być.
Prof. Andrzej Nowak snuje taką oto refleksję (na łamach miesięcznika „Wnet” w rozmowie z Krzysztofem Skowrońskim): „Kiedy się widzi wyniki rządów PiS w dziedzinie gospodarczej, społecznej, to ocena poprzednich wypada tak szokująco wyraziście, że wciąż się zastanawiam, jak to możliwe, że blisko 30 procent obywateli jest gotowych głosować na rządy tak fatalne, jak te, które sprawowała Platforma Obywatelska, czy też Koalicja Obywatelska, jeśli używać jej obecnej nazwy. Ten monstrualny deficyt, te gigantyczne zmarnotrawione pieniądze rozprowadzane gdzieś wśród swoich… Z jednej strony to mnie nieustająco zastanawia, ale jednocześnie widzę dość przygnebiającą odpowiedź: skuteczność mediów, które pracowały od 30 lat nad sformatowaniem mózgów dużej części z nas i potrafiły ten cel osiągnąć. (…) Udało się stworzyć pewną grupę wyborców, do której dane rzeczywistości nie docierają”.
Nasi politycy powinni zdawać sobie sprawę, że to nie marketing polityczny, w który tak wierzą, buduje świadomość – choć próbuje ją podstępnie wykorzystywać – lecz kształtują ją głównie mass media. Coraz mniej dom, coraz mniej szkoła. Ambona też przeważnie przemilcza bardziej kłopotliwe sprawy; generalnie w Kościele święty spokój jest w wysokiej cenie.

 

 


Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum