Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„OŚWIATOWA PROTEZA”

Aktualności

28.04.2020 10:32

Ile może trwać przerwa w funkcjonowaniu szkoły,
aby jej skutki nie były odczuwalne

Prof. Aleksander Nalaskowski

 

 

W zasadzie w dobrym tonie jest dziś powtarzać, że nic nie będzie już takie samo, że świat się „po wirusie” diametralnie zmieni, nastąpi istotne przegrupowanie na arenie międzynarodowej etc. Nie ignorując takich przewidywań, ale wciąż pamiętając o ich tylko prawdopodobnym charakterze, postanowiłem zrobić pewne résumé tego, co wiem i co widzę, i czego na pewno możemy się spodziewać. Ponieważ jestem badaczem procesów i zjawisk związanych z kształceniem i wychowaniem, to tej sferze się tutaj przyglądnę. Aczkolwiek łączy się z tym pewne ryzyko, bo sytuacja się tak zmienia, że zanim ten tekst się ukaże, może być już mniej aktualny. Dodam jeszcze, że obecne próby zastąpienia szkoły mediami ogromnie rozumiem i uznaję jako konieczne w tej sytuacji. Chwała tym, którym „się chce”. Działamy bowiem w sytuacji nadzwyczajnej, w której wszyscy jesteśmy debiutantami. Wyjaśnię jeszcze, że to Narodowe Zatrzymanie (ale też i globalne) traktuję jak znak, a właściwie Znak, którego nie wolno nam ani zignorować, ani zmarnować, jak to się stało po śmierci Jana Pawła II czy po katastrofie smoleńskiej, gdy okazało się, jak łatwo można zamieniać narodową nadzieję na narodowe piekło.
Szkolna względność czasu
Cofnijmy się o rok. Wtedy to właśnie Polskę ogarnęła inspirowana przez ZNP fala strajków nauczycielskich. Niekiedy nazywano je strajkami szkolnymi, co było nadużyciem pojęciowym, bo ta nazwa odnosi się do strajków uczniowskich, których mieliśmy na progu ubiegłego wieku kilka z Wrześnią na czele, strajków przeciw zaborcom.
Wtedy to, w okresie egzaminów gimnazjalnych, podstawówkowych i maturalnych, ciągłość nauczania, działalność szkół, została przerwana na trzy tygodnie. Nikt wówczas nie zawracał sobie głowy zdalnym nauczaniem, nie powstawały jak grzyby po deszczu portale dydaktyczne (chociażby z inicjatywy niestrajkujących) i bardziej liczyły się terminy sprawdzianów niż luka w wiedzy uczniów. Czas pokazał, że nic się nie stało i uczniowie ukończyli szkoły, dostali się na studia, a luka w procesie nauczania i w wiedzy była rzekoma. Jako badacz zadałem wtedy pytanie – jak długo może trwać przerwa w funkcjonowaniu szkoły, aby jej skutki nie były odczuwalne? Na to pytanie bez eksperymentu nie da się odpowiedzieć. A takiego eksperymentu zrobić wszak nie można było. Teraz ten eksperyment trwa i „po owocach go poznamy”. Czas działa na korzyść badaczy, a kiedy zacznie działać na niekorzyść uczniów, to trudno przewidzieć.
Pewne tropy znajdujemy we wcześniejszych badaniach. I tak – Zbigniew Kwieciński pokazał (Praca w szkole jako złudzenie [w:] Socjopatologia edukacji), że wytężona praca w szkole jest mitem, którego rzeczywistość i empiria nie potwierdzają. Intensywność pracy to pozór i złudzenie. Tenże właśnie badacz udowodnił, że z 45 minut statystycznej lekcji faktycznie rozwojowych i ważnych poznawczo jest około 8 minut. A to oznacza, że w przypadku 25 godzin zegarowych spędzanych w szkole tygodniowo niewiele ponad 4 godziny ma jakikolwiek dydaktyczny sens, a to z kolei prowadzi do konkluzji, że efektywnych godzin (zegarowych) jest w roku szkolnym ok. 150, co oznacza, że rok szkolny mógłby trwać 6, a nie 37 tygodni.
Z innego badania dowiadujemy się, że lekcyjna aktywność werbalna ucznia klasy III szkoły podstawowej (mierzona czasem jego kontrolowanej przez nauczyciela wypowiedzi) wynosi 2 minuty i 37 sekund – tygodniowo! Tyle czasu zatem poświęca się na kształtowanie języka i umiejętność komunikowania.
Oczywiście powyższe przykłady mają charakter statystyczny i dotyczą wyłącznie procesu dydaktycznego w szkole, nie odnosząc się do innych, także ważnych jej wymiarów (wychowawczego, kontaktu z rówieśnikami, wpajania dyscypliny i systematyczności etc.).
Czy więc koronawirus i ogólnonarodowa absencja szkolna muszą w istocie przynieść takie spustoszenie, jakie niektórzy przewidują? Niekoniecznie. Bowiem strata czasu dydaktycznego wywołana pandemią może być w dużej mierze nadrobiona poprzez późniejszą, „powirusową” intensyfikację i zagęszczenie procesu nauczania. W tym wypadku należałoby poważnie myśleć o wydłużeniu roku szkolnego. Jeśli oczywiście wirus w miarę szybko ustąpi.
A co z egzaminami? Otóż tutaj wpadamy często w „retorykę nieuchronności”. Terminy i sposób egzaminowania traktowane są jak przez rolnika pory roku. Zboża jare, aby dały plon, należy wysiać do końca kwietnia. Tym wszak rządzą prawa natury, na które nie mamy wpływu. Natomiast matury, jak i wszystkie inne sposoby sprawdzania wiedzy uczniów, tak samo jak ich terminy, to kwestie czysto umowne i z punktu rzeczywistego rozwoju intelektualnego uczniów wtórne i drugorzędne. Rodzaj świadectw szkolnych czy dojrzałości mogą z powodzeniem pełnić uchwały rad pedagogicznych placówek. Nie ma bowiem żadnego powodu, abyśmy im nie ufali.
Nadto przywróciłoby to godność i ważność tych ciał, poważnie nadszarpnięte przez egzaminy zewnętrzne, będące de facto deklaracją nieufności wobec ocen wystawianych przez nauczycieli po latach pracy z uczniem. Nie tylko w kontekście pandemii, ale i wcześniej w zwykłym czasie, byłem przeciwny egzaminom zewnętrznym, mającym nade wszystko charakter selekcyjny.
W przyszłości powinny na uczelnię wrócić odpowiednio skonstruowane egzaminy wstępne. Ich brak fatalnie się odbił na doborze kandydatów na poszczególne kierunki. Póki co jednak winniśmy się zająć ochroną zdrowia młodych ludzi i przyjąć, że aktem ukończenia szkoły, przepustką do dalszych etapów kształcenia będzie to, co uznamy za prawomocne, a nie tylko to, co dotąd obowiązywało. Na czas epidemii możemy wszak zawrzeć nową umowę społeczną. Być może gdy się ten tekst ukaże, takie właśnie rozwiązania zostaną zastosowane.
W trybie awaryjnym wszystko zawsze funkcjonuje nadzwyczajnie i nietypowo. Zawieszenie zajęć szkolnych zaowocowało ogromnym zainteresowaniem, zarówno biernym, jak i czynnym, metodami zdalnej nauki. Kto żyw, rzucił się do smartfonów, aplikacji, komputerów, aby stworzyć protezę szkoły.
Widzimy dość nieoczekiwane (w kontekście ubiegłorocznych strajków) zainteresowanie wiedzą uczniów. Jest to z jednej strony budujące, ale z drugiej zastanawiające i zaskakujące. Podkreślę – w obecnej sytuacji to jedyne rozwiązanie, ale znów podkreślę – w obecnej sytuacji.
Mając na uwadze moje wcześniejsze uwagi o wykorzystaniu czasu w szkole, można by dojść do wniosku, że szkoła jest niepotrzebna i należy ją zastąpić nauczaniem na odległość, a przynajmniej zastąpić w pewnym stopniu. Taki wniosek byłby jednak na wskroś błędny i prowadziłby tylko na manowce.
Można dzisiaj usłyszeć opinie, że nareszcie odrobimy zapóźnienia technologiczne, że szkoła będzie wyglądała teraz inaczej (oczywiście dzięki nowym technologiom), że uczymy w niej mnóstwa niepotrzebnych rzeczy i teraz to się zmieni. Czy na pewno?
Szkoła czy wesołe miasteczko?
Kilka lat temu powstała pod moim kierunkiem rozprawa doktorska Patrycji Ampulskiej, której jednym z elementów był eksperyment. Otóż dzieciom prezentowano taką samą treść (kilka akapitów powieści Wspomnienia niebieskiego mundurka Wiktora Gomulickiego), którą jedna grupa samodzielnie przeczytała w klasie (ciche czytanie ze zrozumieniem), inna grupa poznała tekst przeczytany przez lektora obecnego w klasie (w żywym planie), jeszcze inna przez nagranie tylko jego głosu (jak w audiobookach), a jeszcze inna przez obejrzenie wideo z czytającym lektorem. Zapamiętanie i zrozumienie treści było zdecydowanie najwyższe u dzieci, które samodzielnie zapoznały się z treścią urywka powieści, drugi wynik osiągnęły dzieci słuchające czytania na żywo, a dopiero w dalszej kolejności (odpowiednio ok. 30 proc. i 40 proc. zrozumienia) uczniowie, którzy obejrzeli materiał wideo i wysłuchali wersji audio.
Przepraszając za ten formalistyczno-badawczy wtręt, chcę tylko pokazać, że tradycyjny, oparty na bezpośrednim przekazie, system nauczania jest zupełnie czymś innym niż to, co proponujemy w nauczaniu zdalnym.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 9/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum