Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Nie pozwolę zniszczyć mojej wizji sztuki i człowieka”.

Aktualności

20.10.2020 11:40

Halina Łabonarska na tle swej biblioteki, której pokaźną część stanowią pozycje wydawnicze Białego Kruka.

 

 

 

Halina Łabonarska na tle swej biblioteki, której pokaźną część stanowią pozycje wydawnicze Białego Kruka.

 

Jubileusz 50-lecia aktorstwa wielkiej artystki

Z HALINĄ ŁABONARSKĄ rozmawia Jolanta Sosnowska

 

 Jolanta Sosnowska: Nasze rozmowy we „Wpisie” toczyły się do tej pory najczęściej wokół aktualnej Twej działalności scenicznej, a także wokół problemów, z jakimi borykają się obecnie polskie teatry, kryzysu, który bardzo je moralnie i artystycznie demoluje. Ponieważ 17 października tego roku mija 50 lat od Twego debiutu w teatrze, chciałabym najpierw serdecznie pogratulować Ci tego wspaniałego jubileuszu oraz porozmawiać o Twoich scenicznych początkach, może i o rodzinnych korzeniach. Przyszłaś na świat w Gdańsku, dwa lata po zakończeniu II wojny światowej i niemieckiej okupacji, już w komunistycznej rzeczywistości. Jakie konsekwencje i reperkusje miało to dla Ciebie i Twojej rodziny? Skąd pochodzili Twoi rodzice?

Halina Łabonarska: Cała moja rodzina, tak ze strony mamy Janiny, jak i taty Stanisława Żelesława, to ludzie z dalekich Kresów. Tamte tereny, okolice miasta Brasław nad jeziorami Drywiaty i Dryświaty, należą obecnie do Białorusi. Zarówno ja, jak i moi dwaj bracia, Roman i Marian, często tam podróżujemy – palcem po mapie… Patrzymy, gdzie leżą bliskie naszym sercom Mejszule oraz Rożewo. One istnieją do dziś, choć są kompletnie zniszczone. Niewiele tam zostało, oprócz bodaj cmentarzyków, na których spoczywają moi dziadkowie i babcie oraz inni krewni, których nigdy nie poznałam.

Czy były to zamożne rodziny kresowe, pochodzili z ziemiaństwa?

Na pewno były to rodziny żyjące w dobrobycie, bardzo dostatnio. Rodzina ze strony mojej mamy miała w Rożewie nad jeziorem Dryświaty gospodarstwo i dużo ziemi. W obszernym, wygodnym domu żyły dwie rodziny – mego dziadka i jego brata. Po wielu latach dowiedziałam się od mojej mamy, że do kościoła w Brasławiu, a wszyscy byli głęboko wierzący, jeździli bryczką dookoła jeziora, a zimą saniami przez zamarznięte jezioro. Wiedli spokojne, wiejskie, szczęśliwe życie w romantycznym otoczeniu. Zimą 1945 r. przyszli jednak Sowieci, żeby wszystko zdemolować i zagrabić co się da, w tym ukochaną klacz mojej mamy, która ich woziła do kościoła… Brutalny sołdat zabrał i sanie, i konia z piękną, kolorową uprzężą, z czerwonymi lejcami, którą potem zwierzę bił. Galopująca klacz głośno rżała, co brzmiało jak szloch, a mojej mamie z żalu i bólu serce się krajało.

Skoro Sowieci wszystko zniszczyli i rozgrabili, nie pozostało im pewnie nic innego jak uciekać… Podzielili tragiczny los wielu kresowian.

Moi rodzice przyjechali z Brasławia wagonami towarowymi w 1945 r. Niektórzy członkowie ich rodzin wysiedli z pociągu wcześniej, np. w Kętrzynie na Mazurach. Odkryłam to już po latach, poznając w ten sposób jednego wujka i kuzynki ze strony taty. Mama i tata wraz z innymi krewnymi, których poznałam w dzieciństwie, pojechali do Gdańska i tam się osiedlili.

Czy rodzice byli już wtedy małżeństwem?

Nie, ale znali się z tamtych stron. Mój ojciec miał wtedy zaledwie 19-20 lat, a za sobą już przeszłość żołnierską w oddziale AK. Walczył w lesie do samego końca wojny. W lesie byli też wujek Zenon i wujek Antoni, brat mojej mamy. Mój ojciec musiał uciekać ze swojej wsi Mejszule, bo mógł spotkać go los brata mojej mamy, który mając żonę i dwie córeczki postanowił się zdekonspirować. Kiedy wrócił do domu, Sowieci natychmiast go zatrzymali i skazali na karę śmierci. Potem wyrok ten zamienili na 25 lat więzienia i zesłali na Syberię, gdzie spędził 12 lat. Jakimś cudem jeden z wujków go odnalazł i on wrócił, ale był wrakiem człowieka. Pojechał do Rygi, gdzie wtedy mieszkała jego rodzina, kilka lat potem zmarł. Ojciec i pozostali wujowie, wiedząc zatem, że dekonspiracja oznacza wyrok śmierci albo Sybir, zdecydowali się na ucieczkę do Polski wagonami towarowymi. Brali potem udział w odgruzowywaniu Gdańska. Mój tata pracował w porcie. W 1946 r. wzięli z mamą ślub, a rok później ja przyszłam na świat. Bardzo słabo pamiętam tatę. W grudniu 1949 r., podczas odgruzowywania portu w Gdańsku, wybuchł jakiś strajk. Niektórych z młodych pracowników komuniści wyłapali, wśród nich był mój tata. On i wujkowie byli już wcześniej inwigilowani przez milicję, która często nachodziła nasze mieszkanie. Zamykali ich wtedy w areszcie miejscowej komendy np. na tydzień, profilaktycznie. Doskonale wiedzieli o ich AK-owskiej przeszłości. Kiedy tatę podczas tamtego strajku zatrzymali, tak bardzo go skatowali, że wytworzył mu się krwiak na mózgu. Cierpiał strasznie, był częściowo sparaliżowany. Pół roku po pierwszej trepanacji zawieźli go do Łodzi do szpitala wojskowego i tam zrobili ponowne otwarcie czaszki, traktując go jak królika doświadczalnego. Po kilku miesiącach, w połowie 1951 r., mój tata zmarł, mając zaledwie 25 lat.
Mój młodszy brat Roman urodził się w 1948 r., rok po mnie. Najmłodszy z naszej trójki, Marian, przyszedł na świat już po śmierci taty. Nie miałam nawet czterech lat, gdy ojciec nas osierocił. Niewiele, rzecz jasna, mam o nim wspomnień, bo na dodatek przez rok przebywał w szpitalach. Najbardziej zapamiętałam go – leżącego w kostnicy; wychudzony, zarośnięty, z obwiązaną głową…

Dla tak małej dziewczynki musiało to być wydarzenie wstrząsające.

Wprost traumatyczne, tamten obraz mam w oczach do dziś. Zachowały się tylko dwa zdjęcia taty – jedno ze szpitala, zrobione kilka dni przed śmiercią, a drugie z jakiegoś dokumentu. Jest też jedno małe zdjęcie naszej rodziny.

Jak z utratą męża poradziła sobie Twoja mama, przecież została sama z dwójką małych dzieci, a trzecie było w drodze?

Mam w oczach jej obraz – niezwykle dzielnej i silnej psychicznie kobiety, zmuszonej dawać sobie radę w życiu mimo wielkich przeciwności. Na dodatek miała świadomość bycia na celowniku komunistycznej milicji. Żeby sobie z tym ogromem tragedii poradzić i nas nie narażać, moja mama wtedy po prostu zamilkła. Nigdy nam jako dzieciom nie opowiadała żadnych wspomnień z dawnego życia z Kresów, nic nie mówiła o akowskiej przeszłości ojca ani o tragicznych przeżyciach tuż po wojnie. To było bardzo roztropne z jej strony, gdyż dzięki temu ani ja, ani moi bracia nigdy nic w szkole nie opowiadaliśmy, jak to dzieci, co mogłoby narazić nas, ale i mamę, na szykany komunistów. Mama zaczęła otwierać się przed nami dopiero, gdy dorośliśmy.

Kobieta – Siłaczka. Nie załamała się, co przecież mogłoby się skończyć np. oddaniem Was do domu dziecka, ani też nie obarczała Was swymi traumatycznymi przeżyciami. Zapewne musiała ciężko pracować…

Nie mogę nie myśleć o niej bez wzruszenia. Kiedyś, będąc już na studiach w Łodzi, przyjechałam na wakacje do domu. Któregoś wieczoru weszłam do jej pokoju i zobaczyłam ją modlącą się na klęczkach w kompletnej ciszy. Nie było w tym niby nic dziwnego, bo zawsze się modliła, ale ja wtedy przyjechałam do niej jakby z innego świata – swobodnego, artystycznego, którym tak bardzo się zachłysnęłam, który tak bardzo mnie uderzył. I był nie do pogodzenia z surowym światem mojej matki. Widok jej modlącej się był dla mnie wtedy porażający, więc wycofałam się do drugiego pokoju. Stanęłam przy oknie i patrząc na rysujące się w ciemności kontury drzew na wzgórzach, zaczęłam gorzko płakać. Cóż to za potęga tej modlitwy! – myślałam. Moja matka przez całe życie była tak twarda, że zapominała nawet mówić swoim dzieciom, że je kocha.

Chyba nie musiała mówić, bo swoim poświęceniem okazywała miłość każdego dnia.

To prawda, nie musiała.

Teraz rozumiem, na kim mogłaś się wzorować w swojej nieugiętości trwania przy wartościach, kiedy na Ciebie spadł ohydny ostracyzm przeżartego lewicowym liberalizmem teatralnego środowiska.

Za ten hart ducha podziwiam moją mamę do dzisiaj. W lutym 1985 r., będąc już sama od ośmiu lat matką i grając wtedy w teatrach warszawskich, napisałam jedyny mój wiersz „Matka”, który był moim wyznaniem miłości do niej. Zaczynał się od słów: „Matko moja najmilsza! Moja Najsmutniejsza! / Największa! / Niestrudzona i umęczona. / Krucha i delikatna, zagubiona i cicha. / Zbuntowana i pokorna!/ Pełna bólu i tęsknoty za CZYMŚ INNYM! / Romantyczna i niezrealizowana, / pełna marzeń i wyrzeczeń. / Poświęcająca się do ostatniego źdźbła nadziei, / ciągle wierząca w ten lepszy czas, / który jeszcze może przyjść…”.

Piękny wiersz-wyznanie dorosłej córki… Córki, która sama już w swoim życiu niejedno przeżyła, która wiele potrafiła docenić i dużo więcej zrozumieć.

Nigdy nie usłyszałam od mojej mamy słowa skargi, biadolenia, a przecież nie mogła skupić się na sobie, nie miała możliwości zająć się swoim wykształceniem, swoimi pasjami, przyjemnościami. Wszystko nam poświęcała. Ta jej lekcja przydaje mi się przez całe moje życie, szczególnie w momentach trudnych, które każdy z nas ma w swoim życiu. Zawsze wtedy w duchu wołałam: Mamo, pomóż mi! Kiedy dostrzegała, że u mnie dzieje się coś nie tak, łagodniała – okazując mi w ten sposób swoje wsparcie. Nigdy nie wchodziła natrętnie w moje życie, nie narzucała swoich rad. Po prostu była i działała swoim przykładem. Moja mama była uroczą panią średniego wzrostu o ciemnych włosach, błękitnych oczach, pięknym głosie i dużym poczuciu humoru. Ale przy tym była twarda – dla siebie, ale i dla nas też.

Czy fizycznie jesteś do niej podobna?

Raczej bardziej do ojca, ale błękitne oczy mam po niej, podobnie jak moi bracia. Umarła niedawno, mając 95 lat. Przez całe życie ciężko pracowała, zarabiając nędzne grosze, najpierw sprzątając biura, a potem w żłobku i przedszkolu przy Stoczni Gdańskiej, zajmując się dziećmi.

Skończyłaś nie Liceum Ogólnokształcące, jak można by mniemać, a Liceum Pedagogiczne w Gdyni. Czyżbyś pierwotnie zamierzała być nauczycielką?

Tak, i to było bardzo dobre liceum w kierunku pedagogicznym. Codziennie, przez 5 lat, dojeżdżałam tam kolejką elektryczną przez Gdańsk-Oliwę i Sopot. Szkoła podstawowa natomiast mieściła się niedaleko domu, w dużym przedwojennym budynku z czerwonej cegły, na którego szczycie widniał napis: 1905; była to bardzo dobra szkoła. Moją rodzinną dzielnicą jest Gdańsk-Siedlce, gdzie zachowało się niemal trzy czwarte przedwojennej zabudowy. Są to stosunkowo niewysokie kamienice – jedno-, dwu-, maksymalnie czteropiętrowe. Na wielu z nich widnieje rok budowy. Dziś są wyremontowane, mają łazienki, których w moich czasach nie było. Niezły kawałek trzeba było jechać tramwajem nr 1 do Gdańska-Stogów, gdzie była najbardziej dzika, szeroka, piaszczysta plaża, znajdująca się zresztą najbliżej ujścia Wisły. Tam zawsze jeździliśmy jako dzieci. Nigdy do Sopotu czy Gdyni, gdzie były plaże wypielęgnowane, tylko na tę naszą, dziką, do Stogów. My mieszkaliśmy na ul. Pobiedzisko w dwupiętrowym domu, zajmując tam małe, dwupokojowe mieszkanie na drugim piętrze. Naprzeciw tego domu były porośnięte drzewami pagórki, pomiędzy którymi stały stare domki, które potem zostały wyburzone. Brukowana ulica wijąca się pod górę prowadziła do dzisiejszej dzielnicy Gdańsk-Chełm, w której mój brat Roman, który został księdzem, wybudował kościół i do dziś jest tam proboszczem.

Trwa w swojej małej Ojczyźnie… Wybrałaś Liceum Pedagogiczne, więc jak to się stało, że po maturze poszłaś prosto do łódzkiej filmówki? Kiedy zrodziło się w Tobie zainteresowanie teatrem, grą aktorską? Brałaś może udział w szkolnych przedstawieniach?

Chyba coś musiało być w genach. Moja kresowa rodzina organizowała w swojej miejscowości występy, mieli wieczornice patriotyczne. Wszyscy bardzo pięknie śpiewali. Moja mama umiała naśladować, odgrywać różnych naszych sąsiadów – Topiłłów, Jagiełłów, Kochanowiczów, ale też panów Krefta, Wenta czy Schmitta. Szczególnie udatnie parodiowała nadużywającą trunków panią Klarę. My, oglądając ją wtedy, mówiliśmy, że mama się wygłupia. Po latach myślę, że miała nieodkryty talent aktorski.

Czy podejrzewała, że Ty też go możesz mieć?
Tego nie wiem, ale ta moja droga do aktorstwa dosyć dziwnie konsekwentnie się układała. I to dzięki mamie, która posyłała mnie na różne zajęcia. W szkole podstawowej przez 7 lat chodziłam na lekcje baletu – zarówno klasycznego, jak i tańca ludowego. Na koniec roku były występy, które bardzo lubiłam. W liceum często recytowałam wiersze, ładnie śpiewałam piosenki podczas szkolnych występów, podczas których grałam też na skrzypcach, podobno całkiem nieźle. Przez 5 lat uczyłam się w szkole średniej gry na skrzypcach. Miałam bardzo stary, uroczy instrument o pięknym brzmieniu, który dostałam od naszego organisty z parafialnego kościoła św. Franciszka z Asyżu, pana Gudyki.

Pewnie te Twoje wspaniałe skrzypce miały jakąś własną ciekawą historię i „duszę”…

Całkiem możliwe, bo pan Gudyka był człowiekiem przedwojennej klasy i wykształcenia, był po studiach w konserwatorium muzycznym, i takie rzeczy potrafił docenić. Także w naszej parafii prowadził kilkudziesięcioosobowy chór mieszany, w którym śpiewali dorośli i dzieci, także ja – przez 7 lat, a potem moi bracia. Umiałam śpiewać po łacinie wszystkie stałe części Mszy św. Mama bardzo pilnowała, żebyśmy wraz z nią chodzili do kościoła, nawet na 6 rano – na rezurekcję czy roraty. Do dzisiaj chodzę na Pasterkę o północy, bo mama ten zwyczaj w nas zaszczepiła. Chór śpiewał o północy: „Bijcie w kotły, w trąby grajcie / a Jezusa wysławiajcie / Nowonarodzonego”. Jak ja mogłabym zostać kim innym niż jestem? Jak mogłabym zdradzić to wszystko, zostawić, wobec tego zobojętnieć, skoro wiara stanowiła treść mojego życia od najmłodszych lat? Nawet jeśli zdarzały się sprawy, które zaciemniały moją rzeczywistość, a które zdarzają się chyba każdemu człowiekowi, wracałam.

Co ostatecznie zadecydowało o tym, że zamiast kontynuować studia pedagogiczne czy od razu wykonywać zawód nauczycielski, znalazłaś się na studiach aktorskich w Łodzi?

Złożyłam swoje papiery jednocześnie do Państwowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku oraz do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi, choć nikogo tam nie znałam i niewiele o tej uczelni wiedziałam. W pewnym momencie bowiem moje niezachwiane przekonanie o chęci bycia nauczycielką zaczęły łamać tęsknoty za czymś innym. Coraz częściej rozmyślałam, czy nie wolałabym bardziej śpiewać, tańczyć, recytować, występować na scenie. To pragnienie było bardzo intuicyjne. Dostałam się na obie uczelnie, ale wybrałam aktorstwo.

Jak zareagowała na to Twoja mama?

Była w szoku, bo zupełnie o papierach złożonych do PWSTiF w Łodzi nie wiedziała. Nigdy z nią na ten temat nie rozmawiałam, była przekonana, że będę studiowała w Gdańsku.

Zapewne chodziłaś na spektakle Teatru Wybrzeże czy do Teatru Ziemi Gdańskiej w Gdyni?

Sama nigdy – nie stać mnie było na bilety – tylko razem ze szkołą, bo kiedyś tak się chodziło; teatr był w programach szkolnych od podstawówki.

A filmy lubiłaś oglądać, chodziłaś często do kina?

Do kina oczywiście chodziłam i tam właśnie któregoś dnia zobaczyłam folder reklamujący łódzką PWSTiF, zachęcający do studiowania. Podany był numer telefonu, więc zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się szczegółów, także odnośnie do egzaminu wstępnego. Przed wyjazdem do Łodzi poszłam do Teatru Wybrzeże na bardzo trudną, polityczną sztukę, z której nic nie zrozumiałam i… na drugim akcie zasnęłam. Nie dotrwałam do końca, wróciłam do domu, a moją głowę zaprzątały myśli – jak to będzie z tym aktorstwem, do którego ciągnęło mnie już coraz bardziej, skoro ja w teatrze zasypiam! Jak ja zdam ten egzamin? No, ale trudno, bilet na pociąg miałam kupiony, termin egzaminu wyznaczony, pojechałam do Łodzi.


Zdjęcia pochodzą z prywatnego
archiwum Haliny Łabonarskiej.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

 


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum