Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„NIE DAJCIE SIĘ BAŁAMUCIĆ, TWÓRZCIE DLA NORMALNYCH POLAKÓW!”

Aktualności

24.07.2018 12:29

Pięknie odnowione wnętrze Narodowego Teatru Starego w Krakowie zachwyca secesyjnym wystrojem. Fot. Adam Bujak

 

 

Pięknie odnowione wnętrze Narodowego Teatru Starego w Krakowie zachwyca secesyjnym wystrojem. Fot. Adam Bujak

 

Apel do rady artystycznej NST im. H. Modrzejewskiej

 

Wiemy wszyscy dobrze, jak wyglądał epizod krakowski w życiu dyrektora Jana Klaty. Objął stery Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w 2013 r. i w ciągu niespełna 5 lat przemeblował, czytaj: zdemolował tę szacowną instytucję tak, że w ogóle nie odpowiadała swojej nazwie. Stała się antynarodowa, nie kultywowała nic z klasyki; odmłodziła się tak, że zachowywała się jak nadpobudliwy seksualnie smarkacz. Trudno ją też było nazywać teatrem, raczej co najwyżej permanentnym scenicznym eksperymentem.
Aktorstwo ze spektaklu na spektakl było w tej instytucji, finansowanej w całości przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, totalnie upraszczane – aż do wrzasków, biegania z gołym tyłkiem po scenie oraz imitowania stosunku płciowego. Poza bardzo nielicznymi środowiskami oraz zagranicznymi mediami działającymi w Polsce, wrogimi wartościom narodowym i chrześcijańskim, działanie to budziło niesmak i oburzenie we wszystkich normalnych ludziach, niekoniecznie o PiS-owskich sympatiach. Nic więc dziwnego, że po objęciu władzy przez obóz patriotyczny dokonano zmiany kierownictwa tej skądinąd tak zasłużonej placówki. Zresztą kadencja Klaty i tak dobiegła końca. Nie skończyła się jednak dla bliskich mu aktorów, którzy wciąż walczą z nową władzą, z nową dyrekcją, z klasyką, z patriotyzmem, z moralnością – ze wszystkim, co stanie im na drodze. Piszemy o tym w rozmowie z byłym już dyrektorem artystycznym tej placówki Janem Polewką, którego ewidentnie skrzywdzono, usuwając po jednym sezonie ze strachu, iż nie poprze kolejnych antynarodowych ekscesów na scenie.
Kluczową sprawą dla teatru jest nie tylko sposób realizacji przedstawień, ale w pierwszej kolejności koncepcja programowa; to zawsze było zadaniem kierownictwa. Było, ale w mniemaniu niektórych już nie jest. Siedmioosobowa rada artystyczna Starego Teatru, utworzona jeszcze przez Klatę za jego rządów, nie uznała kompetencji nowej dyrekcji i sama opracowała program na sezon 2018/2019. Ani nikt jej tego nie proponował, ani nie ma ona takich uprawnień. Mało tego, za to, co wymyśli, w najmniejszym choćby stopniu nie odpowiada. Rada ma prawo tylko wydawać opinie. Mimo to napisała, jak sama to nazwała, „eksplikacje reżyserskie”. Eksplikacja (od łac. explicatio, czyli wytłumaczenie) z samej definicji powinna charakteryzować się ścisłością, naukową użytecznością i prostotą. Nic z tych rzeczy w parostronicowym elaboracie jednak nie ma, wprost przeciwnie.
Oczywiście ci państwo z rady chcą być jak najbardziej na czasie i rozumieją potrzebę podjęcia tematu „obchodów stulecia niepodległości” – to cytat; słowa „odzyskania” (niepodległości) nie używają, co osobiście uważam po prostu za haniebne; nawet jeśli to pomyłka, bo pomyłka to znamienna.
Poświęćmy jednak trochę miejsca temu programowi, bo za chwilę gazeta wiadomo jaka i jej wierni naśladowcy podniosą larum, jaki to genialny repertuar stworzono, lecz nie jest on realizowany. Chyba że jednak będzie realizowany? Zwolnienie Polewki otwiera drogę do tego… No, ale wtedy stałoby się jasne, że opowieści o dobrej zmianie należy między bajki włożyć.
Autorzy-aktorzy już na wstępie zaznaczają, że „oryginalnie i twórczo, w sposób wolny od obowiązujących schematów zinterpretują hasło NIEPODLEGŁA”. „Obowiązujące schematy” to szacunek dla bohaterstwa walczących o wolność Ojczyzny, to respektowanie autorytetów i wartości moralnych, to podkreślanie patriotycznych wzorców, to pochylenie czoła nad męczeństwem i poświęceniem tych, którzy nawet życie oddawali, by teraz mógł funkcjonować także polski teatr.
Te właśnie „schematy” rada chce odrzucić. Tak, jak odrzucano je za kadencji Jana Klaty, czego nie czyniono nigdy wcześniej w długoletniej historii teatru, nawet w okresie zaborów i komunizmu. Chodzi zatem o kolejną drwinę z polskości i sianie zwątpienia, zwłaszcza w głowach młodych ludzi: jaki jest sens bycia Polakiem? Można być Żydem, Rosjaninem, Francuzem, Niemcem itd., ale Polakiem? To nie brzmi dumnie, jakby powiedział Maksym Gorki. Tego należy się wstydzić, jak przekonywała latami poprzednia władza, którą tak ukochała rada artystyczna Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Miejmy nadzieję, że nie jest to miłość dozgonna, bo szkoda byłoby tych dobrych kiedyś aktorów…
Zgodnie z programowym elaboratem Agnieszka Glińska miałaby wyreżyserować jeden z nudniejszych dramatów Czechowa, „Iwanowa”, w nowym tłumaczeniu, którego wszakże jeszcze nie ma. Chodzi tu o „opowieść o kosztach osobistej wolności, o wiecznym poczuciu winy i o wyjałowieniu”. No, jak na narodowy jubileusz uwieczniający szlachetną walkę o wolność – w sam raz. W sam raz, żeby podważyć zarówno ideę walki, jak i narodowej suwerenności oraz samego jubileuszu. Podważyć już u podstaw.
Reżyser średniego pokolenia Remigiusz Brzyk, znany z ostrej polemiki m.in. z chrześcijańskimi „schematami”, pragnie posunąć się jeszcze dalej w swych eksperymentach – miałby adaptować na scenę… serial telewizyjny! I to jaki! Głośny 14 lat temu w USA horror „Szpital Królestwo” (wyemitowano 13 odcinków). Ma on stanowić idealną niepodległościową inspirację dla tego twórcy. Wszelkie wątpliwości co do zamiarów reżysera rozwiewa stwierdzenie, że „to znakomity materiał do stworzenia wspaniałego, niejednoznacznego teatralnego świata”. Rzeczywiście, na stulecie pozbycia się przez Polskę zaborców niejednoznaczne postawy i poglądy w tej kwestii są szczególnie przydatne – ale jedynie wtedy, gdy się chce zasłużyć na fantastyczne recenzje w niemieckich gazetach wydawanych po polsku. Serial opisuje przerażające historie szpitala, w którym zarówno pacjenci, jak i personel stanowią mieszaninę dziwaków i szaleńców – jak w PiS-owskiej Polsce, nieprawdaż, czcigodna rado artystyczna?
Genialny pomysł uczczenia odzyskania niepodległości zaprezentował młody (stosunkowo) twórca Marcin Wierzchowski. Chce opowiedzieć na scenie przedwojenną historię morderstwa pewnej modelki z Akademii Sztuk Pięknych przez zazdrosnego męża, szewca z podkrakowskiej wsi. W elaboracie uznano ten temat za wskazany dla teatru narodowego, epatując opisem zbrodni. Oto fragment: „W trakcie spotkania z żoną, w jego domu, mężczyzna miał uderzyć ją drewnianym prawidłem do buta i, aby zatrzeć ślady zbrodni, poćwiartować jej zwłoki i wrzucić do rzeki. Głowy Zofii Paluch nigdy nie odnaleziono”. Już widzę, jak na scenie bryzga krew, jak Paluch ładuje odciętą głowę do wora i nad Wisłę… To jest teatr! Że taka historia nie ma nic wspólnego z odzyskaniem niepodległości? A niekoniecznie, bo może ten Paluch był piłsudczykiem? Bardzo prawdopodobne, zwłaszcza jak się widziało wciąż wystawianą w Starym „Bitwę Warszawską”, gdzie Piłsudski gorszy od Dzierżyńskiego…
Rada artystyczna ma zresztą przemawiające za tym tematem argumenty także z arsenału feministycznego. Sztuka będzie ponoć swoistym memento, bowiem w naszych czasach „powiększa się góra lodowa przemocy małżeńskiej”. Ciekawe, co na to wszystko na przykład pani Anna Dymna, członkini rady, która z tego, co dość dobrze się orientuję, żyje od lat w spokojnym, pełnym zrozumienia związku. Nie sądzę również, aby Krzysztof mógł potwierdzić, że „w obliczu kobiecej deklaracji niepodległości kryzys męskości staje się ewidentny”. Jeśli mielibyśmy jednak obchodzić tego rodzaju rocznicę kobiecej niepodległości, to na pewno nie setną; trzeba by cofnąć się chyba do zarania ludzkości, w każdym razie do czasów głęboko przedfeministycznych. Ale żeby zaraz obcinać kobiecie głowę… No, to na pewno nie jest i nigdy nie było świadectwem kryzysu małżeństwa, lecz ciężkiej choroby umysłowej.
Sztuka „Do piachu” Tadeusza Różewicza na pewno nie jest banalnym dramatem, ale dlaczego ma być reprezentatywna w teatrze narodowym w okresie tak podniosłym jak świętowanie odzyskania suwerenności przez Polskę i Polaków? Rada artystyczna nie kryje jednak satysfakcji z ciosów zadawanych dumie narodowej i z odzierania z piękna czynu niepodległościowego, pisząc: „Jest jasne, że odmitologizowany obraz wojny kłóci się z heroizmem i nostalgią partyzanckich filmów, wspomnień czy widowisk z cyklu ‘Dziś do ciebie przyjść nie mogę’, gdzie nie ma miejsca na przekleństwa i śmierdzące nogi ani tym bardziej na gwałt i rabunek”. Osobiście uważam jednak, że jeśli ktoś jest wielbicielem śmierdzących nóg, to lepiej, żeby z domu nie wychodził…
Sprawa jest zatem oczywista, nie ukrywa się, co mamy zobaczyć oraz usłyszeć (i poczuć) na scenie. Jednakże satysfakcja z tego, że jakieś działanie kłóci się z pozytywnymi wartościami, zwłaszcza z heroizmem i nostalgią, a więc z uczuciami pięknymi, jest klasycznym psychopatycznym objawem. Nie mówiąc już o tym, że zohydzić cokolwiek jest na pewno nieporównanie łatwiej, niż walczyć ryzykując własnym życiem, by następne pokolenia wolne żyć mogły. To zohydzanie stało się zresztą specjalnością nie tylko Starego Teatru i nie tylko teatru. W zohydzaniu polskości prym wiodą zagraniczne media funkcjonujące w Polsce. Teatralni oraz inni twórcy, by zostać przez nie zauważonymi, wylansowanymi, chętnie wsiadają do ich plugawych rydwanów i pędzą, pędzą… Dokąd? Na stos wynarodowienia.
Paweł Miśkiewicz postanowił zaprezentować na scenie utwór totalnie niesceniczny, czyli „Podróże Guliwera” Jonathana Swifta, który pisał trzy wieki temu. Reżyser najobszerniej ze wszystkich omawia swą ewentualną inscenizację, prezentując się jednak nie tyle jako człowiek teatru, co domorosły filozof o marksistowskich marzeniach. Bełkocze (przepraszam, ale trudno mi to inaczej nazwać) na przykład tak: „Spektakl może mierzyć się z pytaniem, czy w istocie odpowiedzią na kiepski porządek cywilizacji ostatecznie okazuje się totalitaryzm? Czy ludzkość jest w stanie wyobrazić sobie nowy wspaniały świat ponad podziałem na lepszych i gorszych, bez konieczności wyboru między emocjonalnym, nieempatycznym chłodem i brakiem wątpliwości a niebezpiecznymi namiętnościami i ciekawością świata?”. Skrzyneczkę piwa (lub coś innego) stawiam temu, kto wytłumaczy ludzkim językiem, co twórca miał na myśli.
Miśkiewicza myśli są zaiste odkrywcze, jak choćby ta: „Zdaje się, że nikt – bez względu, czy mówimy o politykach czy szeregowych obywatelach – nie jest dziś w stanie powiedzieć, co będzie jutro”. No, panie Miśkiewicz, pan naprawdę otwiera człowiekowi oczy! A ja słuchając polityków byłem cały czas przekonany, że oni dokładnie wiedzą, co będzie jutro. Nie wiem jednak, czy słusznie sobie żartuję, bowiem sprawa może być poważniejsza. Twórca chce bowiem podważać na narodowej scenie pewien ład społeczny, który udało nam się z trudem osiągnąć w Polsce i w Europie. Zapatrzony w rewolucyjne nakazy, marzy o inżynierii społecznej. Pisze: „W przedstawieniu najważniejsze może okazać się pytanie nie o to, czy wygenerujemy w końcu nowy porządek, który położy kres gnębiącym nas katastrofom i niepowodzeniom, lecz o to, czy taki porządek jesteśmy w stanie sobie w ogóle wyobrazić”. A jeśli nie jesteśmy w stanie, to co? Wtłucze się go nam do łbów siłą?
Kosmopolityzm tego pana wyraża się nawet w ustawicznym pisaniu „Gulliwer”; przez dwa „l”; po polsku pisze się przez jedno, a z kolei po angielsku przez „v”, nie przez „w”. To tak na marginesie uczonego wywodu Miśkiewicza…
Propozycje rady artystycznej są generalnie nie tylko antypatriotyczne, szydzące ze stulecia, ale jak na cały sezon bardzo skromne ilościowo. Za bezsensowny żart można uznać propozycję wystawienia na scenie – filmu. Nawet, jeśli to jest film Agnieszki Holland, przed którą wszakże to towarzystwo nabożnie przyklęka.
Dyrekcja Teatru złożyła w MKiDN zgodnie z przepisami i w terminie program, który nazwałbym i prawdziwym, i normalnym, i kompletnym. Opowiada o nim jego współtwórca Jan Polewka w zamieszczonej obok rozmowie. Trzeba od razu zaznaczyć, że patrząc na zaproponowanych przez dyrekcję reżyserów, można również spodziewać się spektakli nowoczesnych, ale nie eksperymentalnych, faktycznie narodowych, choć nie bałwochwalczych. To repertuar oparty na klasykach, takich jak Kochanowski, Leśmian, Witkiewicz, Mickiewicz, Wyspiański. Moim zdaniem to godny program dla tej kadry aktorskiej, jaką posiada nie od dziś krakowska scena przy pl. Szczepańskim 1. O ile ta kadra w końcu pójdzie po rozum do głowy i nie da się dalej bałamucić. Oczywiście, można i klasyków zohydzić, dokonano tego już i w Starym Teatrze, i w Warszawie w Powszechnym, i w tylu innych… Wszędzie za społeczne pieniądze. Chyba najwyższy czas przemyśleć sobie te sprawy od nowa.

[...]


Leszek Sosnowski

 

 

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 7-8/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum