Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

MIĘDZY PLATFORMĄ SATELITARNĄ A OBYWATELSKĄ, MIĘDZY SUWERENNOŚCIĄ A ZNIEWOLENIEM

Aktualności

25.04.2018 12:06

Zadaniem władz powinno być utworzenie własnej telewizyjnej cyfrowej platformy satelitarnej.

 

 

 

Zadaniem władz powinno być utworzenie własnej telewizyjnej cyfrowej platformy satelitarnej.

 

Jesteśmy bezbronni w obliczu zmasowanych ataków medialnych

 

Leszek Sosnowski

 

Czy ktoś do nas strzela? Czy spadają na nas bomby lub latają nad nami wrogie myśliwce? Czy najechano nas czołgami i obcy żołnierze wkroczyli na nasze terytorium? Oczywiście nie. A mimo to nieustannie mamy odczucie, raz silniejsze, raz słabsze, trwania w stanie jakiegoś ataku przeprowadzanego w skali całego kraju. Ciągle ktoś nas o coś szarpie, czegoś zabrania, coś nakazuje. Jedni się przed tym bronią, odsuwając się od wszelkich publikatorów i odgłosy tej zawieruchy docierają do nich jakby zza ściany. Inni, zresztą tych jest większość, dają się osobiście wciągnąć w tę wojnę bez armat. I jedni, i drudzy stają się ofiarami, czyli – pożywką coraz agresywniejszych mediów. Bo to nie z prawdziwych dział lub haubic do nas strzelają, nie obrzucają nas prawdziwymi granatami, ale mimo to wstrząsają nami, ranią nasze dusze, nasze uczucia, opluwają nasze wartości, szkalują naszych dawnych i bliskich przodków, poniewierają ukochane symbole. Odnosi się czasami wrażenie, że ktoś chce nam, temu narodowi, wyszarpać trzewia.
Niby nikt nas nie napadł, ale każdego dnia i ze wszystkich stron dobiegają odgłosy walki. W ostatnich tygodniach stanęliśmy w obliczu jakoby żydowskiego, zmasowanego natarcia. Jakoby, bowiem ewidentnie chodziło o działania inspirowane gdzieś w Moskwie, gdzieś w Berlinie (kooperacja, zazwyczaj tajna, tych dwóch stolic przeciwko Polsce ma już trzywiekową tradycję). Zostaliśmy w oczach cywilizowanego świata sponiewierani jako naród, jako społeczność. Nie czyniono tego ot, tak sobie, ze złośliwości czy żeby się wyżyć. Jak na każdej wojnie, tak i tutaj chodziło o grabież, zdobycze, łupy. Ostatnio okazaliśmy się momentami wprost bezradni wobec najeźdźców. I choć mamy teraz coś w rodzaju rozejmu, to po pierwsze – jakim kosztem, a po drugie – jak długo? Jeżeli ktoś sądzi, że napastnicy odpuścili nam na dobre, jest mocno naiwnym człowiekiem. Choć takich, niestety, nie brakuje także w rządzących elitach; niektórzy z nich pragną po prostu świętego spokoju, biorąc go za prawdziwy i trwały pokój.
Ta wojna medialna ma bardzo określone cele, czego nasz obecny establishment zdaje się nie zauważać, sądząc, że chodzi tylko o odebranie głosów wyborców. Okazuje się jednak, że i bez nich, bez zwycięstwa wyborczego, można poprowadzić frontalną ofensywę medialną, która jest w stanie przekształcać napadnięty kraj skuteczniej niż dawna wojna – zwłaszcza Polskę. Agresor nie wjeżdżając tu czołgami potrafi wymusić, i to stosunkowo szybko, pasujące mu reguły gry politycznej i osiągać grabieżcze cele. Napastnikowi udaje się tu zmiana rodzimego ustawodawstwa, napastnik narzuca, czego mają się uczyć w szkołach nasze dzieci, co należy wykładać na uczelniach, jaki repertuar mamy grać w teatrach, kogo uznać za gościa w swoim domu, a kogo za persona non grata, co czytać, co jeść, kogo szanować, a kogo postponować, gdzie powiesić krzyż, a gdzie go zdjąć (najlepiej wszędzie), jak zagospodarować przestrzeń publiczną itd. Nawet w kościołach księża powinni na ambonach stulić buzie; dzięki Bogu, większość z nich nie trzyma się tego de facto okupacyjnego nakazu. Agresorzy chronieni parasolem medialnym lepiej niż setkami tysięcy żołnierzy budują na naszych ziemiach, co chcą, ustalają kierunki gospodarki – pod siebie. Sprzedają dowolnie wysiłek i efekty naszej pracy. Nawet ustalają polskim przedsiębiorcom, na razie transportowym, ile mają płacić swoim własnym pracownikom, a zagraniczni kontrolerzy grzebią im w dokumentach; ewidentnie ktoś chce doprowadzić ich do ruiny. Lista zmian wprowadzanych w wyniku wieloletniej wojny medialnej mogłaby ułożyć się w całą księgę.

Suwerenni kontra zniewoleni

Ktoś może powiedzieć w tym miejscu: no, ale przecież obóz patriotyczny zwyciężył! Czyż jednak nie było to zwycięstwo pyrrusowe? Minimalne i okupione wielkimi kosztami, wciąż zresztą ponoszonymi. Zwycięstwo nad przeciwnikiem, który zręcznie udawał (dzięki mediom!) znacznie silniejszego, niż był naprawdę. Jest lepiej, bez dwóch zdań, jest bardziej po polsku, ale lepiej wcale nie oznacza jeszcze – dobrze. Poza tym czym innym jest przeprowadzenie zmian, a czym innym, dużo trudniejszym, ich utrwalenie, stabilizacja. Przed wyborami toczyła się, tak zresztą jak i teraz, walka nie tyle między różnymi partiami, ale de facto między koncepcją suwerenności a zniewolenia. Wydawałoby się, że zwycięstwo opcji suwerennościowej powinno być w tej sytuacji miażdżące. No bo kto przy zdrowych zmysłach opowie się za zniewoleniem? Jak było naprawdę – wiemy.
Narzuca się zasadnicze pytanie: dlaczego opcja suwerennościowa ledwo się przepchała? Przecież za nią stała prawda, tradycja, wielowiekowe wartości. Owszem, ale za zniewoleniem, za uległością, za podporządkowaniem się stały potężne medialne armaty, medialne wyrzutnie rakietowe, medialne okręty podwodne i nurkujące myśliwce – bez nich inna byłaby nasza walka i inne zwycięstwo. Czym strzelała armia dążąca zmasowanym atakiem na całym polskim froncie do zniewolenia, a najlepiej do pełnej likwidacji obozu patriotycznego? Strzelała do nas postprawdą wyniesioną już przez chore umysły do rangi ideału intelektualnego, strzelała oszustwem, demagogią, utopijnymi koncepcjami, iluzjami, odwróconymi od moralności i normalności tzw. wartościami europejskimi. Pociski medialne mają jednak to do siebie, że rzadko wybuchają jak prawdziwe bomby i nie wyglądają jak granaty. Bardziej przypominają niewidzialną broń chemiczną, która zatruwa umysły i dusze, nieraz powoli, ale systematycznie i oczywiście bez wiedzy atakowanego.
Jarosław Kaczyński powiedział: „Ja sobie nie życzę rewolucji w Polsce, ale życzę sobie zmiany świadomości społecznej – i sądzę, że wejście owego nowego pokolenia będzie poważnym środkiem nacisku w kierunku tej zmiany”. Jakże jednak kształtować świadomość społeczną, skoro w naszych czasach to głównie media ją urabiają i obrabiają? A media jakie są i czyje są – wszyscy wiemy. Spuszczają na społeczeństwo antypolskie bomby informacyjne, strzelają do niego ułudą, mamią kosmopolitycznymi (wszak postępowymi!) ideałami, przebierają groźne wilki w skóry niewinnych owieczek, wysuwają na pierwszy plan agentów wpływu (i nie tylko) jako zaangażowanych patriotów. Media są w stanie wylansować największą hołotę jako guru i zgnoić najszlachetniejszych ludzi – ileż to takich przypadków... Jarosław Kaczyński wypowiedział cytowane wyżej słowa nie teraz, nie przed ostatnimi wyborami, ale w 2002 roku. 16 lat temu, prawie całe pokolenie temu. I co? Wojna medialna od tamtego czasu tylko się nasiliła. Zmiany w świadomości społecznej polegają na większej polaryzacji stanowisk, a nie na zmianie poglądów. Dzieje się tak dlatego, że wszelka wiedza coraz bardziej masowo dociera do społeczeństwa za pośrednictwem mediów (socjologowie nazywają to wiedzą zapośredniczoną), a te od lat są u nas w przeważającej masie jednostronne i jednolite w swym antypolskim, antykatolickim froncie. Gdyby nie bardzo silny, ugruntowany wiekami instynkt przetrwania jako narodu, już bylibyśmy czyjąś republiką. Ale samym instynktem nikt się długo nie wybroni. Dlatego ten stan rzeczy trzeba natychmiast zmieniać, nie tylko z powodów wyborczych. Naród szarpany nieustannie za trzewia w końcu się wykrwawi…
Trudno ogarnąć obraz całej wojny, gdy się funkcjonuje w samym jej środku. A dowódcy siedzą właśnie w samym centrum i dlatego ciężko o plany i decyzje strategiczne. Ale stratedzy obozu patriotycznego muszą wyrwać się z tego kotła i ogarnąć całość zjawiska, któremu na imię inwazja medialna. Tej inwazji trzeba się przeciwstawić z całą mocą, a nie tylko stosować taktykę uników i kompromisów. Żeby walczyć skutecznie, trzeba kraj uzbroić w medialne armaty wszelkiego rodzaju, bo z obecnym sprzętem długo na pozycjach obronnych się nie utrzymamy. Nie mówiąc o tym, że w końcu trzeba samemu przejść do ataku! Nie tylko na przestępców VAT-owskich, ale na niszczycieli narodowej i chrześcijańskiej świadomości naszego społeczeństwa. Bo to za przyzwoleniem i z udziałem tych niszczycieli narodziła się m.in. gigantyczna kradzież pieniędzy podatników.
Co zatem robić? Działać na wielu polach i na kilku frontach, a nie próbować się dogadywać. To ostatnie przypomina – jak to obrazowo określił znakomity nie tylko ekonomista, ale i facecjonista, poseł Janusz Szewczak – wyciąganie ręki do krokodyla. Sytuacja jest o niebo lepsza niż jeszcze dwa lata temu, bowiem ukrócono gigantyczną grabież społecznej, państwowej kasy i dzięki temu pojawiły się automatycznie środki na różne propolskie inicjatywy, także na polską armię. Ale we współczesnym świecie nikt się nie obroni bez artylerii i flotylli mediowej i w nią trzeba w końcu zainwestować bardzo poważne środki, nie jakieś grosiki. W przeciwieństwie do różnych, bardzo zresztą potrzebnych, programów socjalnych nie chodzi tu o rozdawanie pieniędzy, ale o inwestowanie w przedsięwzięcia, które na całym świecie zwracają się i są w końcowym efekcie zyskowne.
W sytuacji, gdy zaniechano nie wiedzieć czemu, prawdopodobnie dla świętego spokoju – którego i tak nie ma i nie będzie – repolonizacji mediów, są, moim zdaniem, dwie drogi strategicznych i stosunkowo szybkich zmian na polskim froncie mediowym. Po pierwsze, utworzenie własnej, a więc publicznej, telewizyjnej cyfrowej platformy satelitarnej. Po drugie, utworzenie poważnego państwowego funduszu, który pobudzi inicjatywę obywatelską, odkryje nowych kreatorów, będzie sponsorował ich starty i w sumie da szansę całemu społeczeństwu poruszania się w innej, zdrowej atmosferze medialnej. Zobaczymy, jak wtedy poczują się, gdzie się wtedy znajdą te wszystkie gadzinówki prasowo-radiowo-telewizyjne, gdy staną oko w oko z prawdziwą konkurencją, uczciwą i opartą na sprawdzonych wartościach, a nie na lewackich utopiach. Przecież te wielkie i małe gadzinówki żerują tylko na tym, że nie mają mocnego przeciwnika! A o to, żeby takiego przeciwnika nie miały, zadbali już zblatowani z nimi politycy poprzedniego układu.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum