Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„KTO URATUJE POLSKĄ KSIĄŻKĘ?”

Aktualności

14.08.2019 10:00

Lata 1960/70. Wiejskie ­biblioteki miały bardzo wielu czytelników, miejskie i szkolne także. Nie było w nich oczywiście „podejrzanej” literatury, ale znajomość polskiej klasyki była powszechna, a dziś jest ona obca nawet absolwentom studiów humanistycznych… Fot. W. Klag






 

Lata 1960/70. Wiejskie ­biblioteki miały bardzo wielu czytelników, miejskie i szkolne także. Nie było w nich oczywiście „podejrzanej” literatury, ale znajomość polskiej klasyki była powszechna, a dziś jest ona obca nawet absolwentom studiów humanistycznych… Fot. W. Klag


Leszek Sosnowski

Autor tego artykułu przyjmuje trzy założenia. Pierwsze, że książka również dziś – tak jak przez wieki – jest człowiekowi bardzo potrzebna. Drugie, że książka książce nierówna, i w związku z tym istnieją także książki wprost szkodliwe. Trzecie, że książka szkodliwa ma się w Polsce od przeszło dziesięciu lat coraz lepiej i znalazła tu z czasem wprost wymarzone warunki rozwoju.
1.
W naszym kraju narosło ostatnimi laty kilka fałszywych mitów na temat książki i czytelnictwa. Wszystkie zostały sfabrykowane, żaden nie jest efektem zbiorowej wiedzy i społecznego doświadczenia, lecz wynikiem zamierzonej manipulacji świadomością obywateli i opinią publiczną. To manipulowanie jest możliwe, i to na wielką skalę, ponieważ mass media znajdują się w olbrzymiej większości w antypolskich rękach; obecnie z tego grona wyłamała się tylko telewizja publiczna, bo już radio publiczne i Polska Agencja Prasowa nie mogą pozbyć się do końca kosmopolitycznych naleciałości. A prawicowe media wciąż słabe; cieszą się tym, że piszą (najczęściej) prawdę, ale już nie mogą zaznać radości z powodu masowości swego przekazu. Pytanie, czy winić za to tylko czytelników…
Tak więc praktycznie bez przeszkód i coraz intensywniej pracuje się nad tym, aby Polacy sami o sobie myśleli jak najgorzej. Ba!, aby sami sobą pogardzali. Doszło do tego, iż w wielu krajach mają o nas lepsze mniemanie, niż my sami o sobie. Trudno nieraz wyjść ze zdumienia, jak skądinąd porządni ludzie, na pewno patrioci, z prawdziwym smutkiem konstatują o własnej nacji, że ma tyle grzechów na sumieniu, że popełniła tyle zła, że jest tak daleka od doskonałości, jak żaden inny naród.
No bo popatrzymy choćby na Niemców – na pewno źli, wywołali wojny, pomordowali tylu ludzi, ale przecież tak świetnie zorganizowani, tacy gospodarni, taką kulturę mają. Żydzi – na pewno chytrzy, kłótliwi, nieuczciwi w interesach, ale przecież tacy utalentowani, tacy solidarni wobec siebie. Rosjanie – szanują zamordyzm, mają wrodzoną skłonność do donoszenia, zapóźnieni cywilizacyjnie, ale to państwo mają tyrańskie, natomiast ludzie prywatnie są przecież tacy sympatyczni, sztukę posiadają piękną i głęboką. Itd. A cóż pozytywnego można by powiedzieć o Polakach? Otóż można by bardzo dużo, ale trzeba byłoby przede wszystkim czytać książki, dobre książki, uczciwe, prawdziwe. Tymczasem czytamy coraz mniej – 64 proc. społeczeństwa nie czyta nawet jednej książki w roku!, a jeszcze mniej z nas czyta pozycje sławiące polskość.
Automatycznie rodzi się pytanie, czy sternicy naszej polityki zdają sobie sprawę z tego, jak daleko sięga ten narodowy masochizm, jak mocno ludzie przesiąkli już propagandą wstydu za swój naród? Mam możność z niektórymi z nich rozmawiać od czasu do czasu i odnoszę wrażenie, że nie czują, jak silne jest to zagrożenie. To na pewno ludzie porządni i dobrej woli, ale żyją w świecie trochę odrealnionym. Poza tym, co tu dużo mówić – brak im także nieco energii i pomysłów, jak przeciwdziałać złu.
Na początku, zaraz po objęciu władzy przez obóz patriotyczny, zadęcie było wielkie. Nie milkły słowa o konieczności zupełnie nowej polityki historycznej, o odnowieniu narodowego etosu itp. Chciano robić wielkie filmy w stylu hollywoodzkim, które podbiją świat lansując nasze wielkie postaci i wspaniałe wydarzenia historyczne. Skończyło się na skromniutkim serialu „Korona królów”, ubogim pod każdym względem. Chciano robić wspaniałe widowiska i przedstawienia narodowe, a skończyło się na wyjątkowo chamskim i na dodatek bezkarnym wyszydzaniu na deskach teatralnych Papieża Polaka, Wyspiańskiego i innych klasyków. Propolskich książek ukazuje się coraz mniej, choć to najtańszy, ale jakże skuteczny środek popularyzowania naszej wspaniałej tradycji. Książki takiej nie życzą sobie nawet najwyższe urzędy państwowe z Ministerstwem Spraw Zagranicznych na czele, co jest ewidentnie spadkiem po rządach koalicji PO-PSL.
2.
Tu trzeba wrócić do fałszywych mitów o książce. Najpodlejszy z nich, to twierdzenie, że Polacy czytać nie chcą, że książek nie lubią. Tacy po prostu są – ciemna masa i tyle. Co gorsza, postanowili nią pozostać, co dotyczy, jak donoszą mass media, w szczególności wyborców PiS-u, a więc milionów ludzi! Prawda jest zupełnie inna. Rzecz jasna nie brakuje ciemniaków z własnej woli, i to po obu stronach, przy czym stopień ogłupienia po stronie lewej osiąga tragiczne rozmiary. Najlepszym tego dowodem jest głosowanie na człowieka, który tworzy program polityczny (o ile można to tak nazwać) wokół de facto legalizacji zboczonego seksu. Prawda jest natomiast taka, że Polakom mocno ograniczono dostępność do książki. Już widzę w tym momencie oburzenie wielu osób, bo przecież od 1989 r. żadnej cenzury nie mamy, a internet podobno spowodował, że każdy produkt dostępny jest praktycznie wszędzie.
Tu zderzamy się z drugim, groźnym mitem na temat książki, a mianowicie, że sprzedaż internetowa zastąpi, a nawet powinna zastąpić tradycyjne księgarnie. Nigdzie na świecie jednak tak się do dziś nie stało. Owszem, na Zachodzie internet uzupełnił sprzedaż, zintensyfikował działania marketingowe, ale w żadnym wypadku nie zastąpił tradycyjnej formy, czyli księgarni. Nie należy zapominać, że internet ze swej natury nigdy nie zastąpi osobistego kontaktu między ludźmi, a przecież sprzedaż książek na nim się właśnie opiera.
Jeden z przedstawicieli wielkiego handlu internetowego stwierdził nie tak dawno, że: „Połowa książek jest kupowana w internecie, więc w każde miejsce Polski dany tytuł może dotrzeć. Zaciera się sens istnienia księgarń tradycyjnych”. Karygodne sformułowanie. Słowa te ukazały się na wyjątkowo niechętnym Polsce niemieckim portalu onet.pl. Trudno nie zapytać: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?!
Sprzedaż książek w samym internecie faktycznie rośnie, jednak ogólnie, summa summarum, sprzedaż ta spada i to bardzo, gdyż drastyczny spadek notowany jest w księgarniach. Sformułowanie „w księgarniach” nie jest może właściwe, bowiem spadek w tym segmencie ma miejsce nie tyle w poszczególnych placówkach, co następuje poprzez ich likwidowanie. Likwidację wymusiły i nadal wymuszają gwałtownie rosnące koszty zewnętrzne, jak np. czynsze. Kosztów tych nie dało się zrekompensować podniesieniem cen na książki. Księgarze i wydawcy mieli jednak pewną ulgę w postaci zerowego VAT-u, ale ten handicap został bezpardonowo zlikwidowany z dniem 1 stycznia 2011 r. przez ówczesną władzę PO-PSL. Ów nowowprowadzony VAT wydawał się niewysoki, 5 proc., ale mimo to okazał się dla branży zabójczy.
Władza ówczesna bardzo pokrętnie tłumaczyła, że to nie ona, że to Unia kazała. Faktem jest, że VAT na książki ma być, ale jak wysoki, kraje same sobie ustalają. Może być i stawka zero, jak np. w Anglii czy Irlandii, a we Włoszech wynosi 3 proc.
Idea VAT-u jest taka, że podatek ten powinien obciążać odbiorcę końcowego, co oznaczało, że ceny książek należało jeszcze podnieść. Księgarze oraz wydawcy i tak musieli je podnosić z uwagi na coraz droższe prąd, wodę i gaz (ceny za media są dla sfery gospodarczej inne niż dla osób prywatnych), wspomniane już czynsze (dramatyczny wzrost), niebywale podskoczyły też ceny papieru (o kilkadziesiąt procent) – długo by wszystko wymieniać. Do tego doszedł jeszcze wtedy VAT, którego, jak się dziś okazuje, nie musieli uiszczać milionerzy i mafiosi, a który bezwzględnie egzekwowano od takich pionków jak księgarz, czy wydawca.
Czytelnicy odmówili płacenia więcej za książki; istnieje jakaś niepisana, ale jednak działająca granica, po przekroczeniu której książka zaczyna się sprzedawać coraz gorzej, nawet gdy jest chwalona. Założenie twórców VAT, że podatek ten płaci zawsze odbiorca końcowy, nie sprawdziło się w przypadku książki. Przy i tak minimalnych zyskach interes przestawał się opłacać, więc księgarnie zamykano. Dziś przyszła kolej na wydawców – mniejsi padają po cichu, ale za to systematycznie. Nikt się nimi nie przejmuje, nikt ich nie liczy – znajdą sobie inną robotę, bo tej teraz już nie brakuje.
Władza i tzw. eksperci wskazywali na internet: tam niech ludzie sobie książki kupują, tam jest tanio, po co im księgarnie. Doskonałość tej sprzedaży zweryfikował czas: rabaty żądane od wydawców przez dystrybutorów, także internetowych, wzrosły od 40 do nieraz 60 procent! Jeśli widzicie Państwo na książce cenę 60 zł, to proszę pamiętać, że wydawca, czyli producent, otrzyma z tego zaledwie ok. 25 zł, z czego musi pokryć koszty utrzymania firmy, druku, papieru, podatki, po prostu wszystko.
Po okresie władzy, która na nic pieniędzy nie miała, przyszła władza, która środki ma niemal na wszystko. Jednak w przypadku książki przyjęto sposób myślenia pokonanej w wyborach koalicji. Nie można powiedzieć, że państwo w ogóle nie oferuje środków pomocowych, ale te 5–6 mln zł rocznie na cały kraj to jest suma po prostu żałosna. Tymczasem na remont jednego cmentarza, co prawda żydowskiego, potrafiono dać lekką ręką 100 mln zł…
Te same media drwiące z Polaków, że jakoby gardzą książką i dlatego coraz mniej czytają, podkreślają, że w takich na przykład Niemczech książka ma się świetnie. I to jest prawda, sprzedaż tam nawet rośnie. Jednakże w Niemczech normalne księgarnie kwitną, a w Polsce znikają w oszałamiającym tempie; trudno doliczyć się choćby jednego tysiąca, a jeszcze 5–6 lat temu było ich blisko 4 tysiące. Te prezentowane przeze mnie po raz pierwszy rok temu dane oprotestowało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, prezentując listę ponad 1 700 księgarń.
Zadałem sobie trud i sprawdziłem, co mamy na tej liście. Okazało się, że do księgarń zaliczono także liczne punkty sprzedaży przy muzeach, oferujące po 30 tytułów, najczęściej własnych, kawiarnie z dwoma, trzema regałami książek, zapyziały kiosk przy Rondzie Matecznego w Krakowie, ale z napisem „Księgarnia” itd. Tym sposobem można by takich „księgarń” znaleźć i więcej. Ewidentnie ktoś tu pana ministra oszukał. Proszę mi wierzyć, prowadzimy monitoring, możemy się pomylić o 30, może 40 placówek. Zresztą, gdyby nawet faktycznie działało w Polsce 1 700 prawdziwych księgarń, to i tak byłoby to bardzo, bardzo mało. Warto to zestawić choćby z ilością punktów sprzedaży alkoholu, najczęściej całodobowych – w samym Krakowie jest ich 2 500 (słownie: dwa tysiące pięćset). I to jest dostępność!
W Niemczech sprzedaż internetowa oscyluje od kilku lat w granicach 15 proc., zatrzymała się na tym poziomie. U nas osiągnęła 35 proc. (nie połowę, jak podają niektórzy). Za Odrą i we wszystkich innych krajach zachodnich sklepy internetowe stały się, tak jak wspomniałem, uzupełnieniem sprzedaży, nie zamierzają jej zastąpić.
Czy ktoś zastanawia się, jakie książki sprzedają się najlepiej w internecie? Otóż na pierwszym miejscu są thrillery erotyczne (nieraz totalnie zboczone), potem publikacje erotyczne oraz thillery. Bardzo często wulgarne, bluźniercze. Takie książki są też najbardziej w internecie promowane.
To fakt, że poprzez internet można łatwo i wszędzie kupić książkę. Ale tylko wtedy, kiedy się dokładnie wie, czego się szuka. Wtedy wyszukiwarka znajduje nam bez trudu znany nam dokładnie tytuł. Jednak poznanie go jest w internecie barierą najczęściej nie dla przebycia, poza nielicznymi pozycjami. Wypromowanie książki jest w internecie kosztowne. Przez internet sprzedać można nawet 70 proc. nakładu, ale… kodeksów prawnych, bo ci, co ich poszukują, wiedzą dokładnie, o jaki tytuł im chodzi.
Spotkanie z książką w księgarni i w internecie to nieporównywalne zjawiska. W księgarni klient może mieć do czynienia z 5 albo i 10 tysiącami tytułów, ma księgarza do porady, bierze egzemplarze do ręki itd. Proszę zwrócić uwagę, że w internecie zupełnie poległa książka ilustrowana, albumowa, tak samo książka dla turystów, w tym obcojęzyczna, a to oznacza przecież totalne osłabienie promocji naszego kraju.
A co z tysiącami książek, które nie mają szans na wielkie nakłady, a są zdecydowanie bardziej potrzebne od pospolitych czytadeł? Bez nich ewidentnie nastąpi zapaść cywilizacyjna. Już następuje. Ofensywa zła znajduje mało przeszkód.
I tu dochodzimy do trzeciego mitu, a mianowicie, że książka jest produktem handlowym, takim samym jak każdy inny funkcjonujący na rynku. Takie podejście do książki eliminuje jej wartość i zadania kulturowe, jakie spełniała od stuleci. Oczywiście książka jest również towarem rynkowym, ale nie tylko i nie przede wszystkim. Najdziwniejsze jest, że do tego, zdawałoby się oczywistego, stwierdzenia trzeba od lat przekonywać ludzi kultury, wykształconych, na książce wychowanych.
Funkcje wychowawcze to kolejna właściwość książki, która nie pozwala szufladkować jej na równi z jajami lub cebulą.


Jest tylko początek artykułu.
Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić 
tutaj.

 




→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum