Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„KRAINA BEZKARNOŚCI”

Aktualności

18.06.2019 12:54

Rys. Grzegorz Niedziela

 

 

 

Rys. Grzegorz Niedziela

 

NIE WYSTARCZY MIEĆ RACJĘ, TRZEBA JESZCZE
UMIEĆ DO TEJ RACJI PRZEKONAĆ

Leszek Sosnowski

 

1.
Wszelkie możliwe publikatory każdego dnia aż huczą od opisów karygodnych i ciągle powtarzających się zachowań osób publicznych, tak celebrytów, jak i polityków oraz samorządowców. Tych pierwszych chroni przed odpowiedzialnością popularność i właśnie media, które podobnie, jak bohaterowie ich reportaży, informacji czy felietonów, czują się bezkarne w wyrokowaniu najbardziej nawet skrajnych, rozmijających się z prawdą, krzywdzących, coraz częściej chamskich i brutalnych opinii, ocen, krytyk.
Tych drugich, polityków i samorządowców, chroni rozbudowany do niespotykanych rozmiarów system przeróżnych immunitetów. Ale przecież nie tylko ich. Dziesiątki, a raczej setki tysięcy (to nie przesada!) funkcjonariuszy publicznych zostało zabezpieczonych prawnie przed odpowiedzialnością karną i materialną. Niektórzy w stopniu absolutnym. Można zauważyć pewną prawidłowość: im większa władza, im większa skala szkodliwości złych decyzji lub zachowań, tym mniejsza odpowiedzialność, schodząca aż do zera. Prawidłowość kompletnie nielogiczna, ale cóż – usankcjonowana ustawami. Tysiące osobników chronionych jest przed złem, które mogłoby ich spotkać, owszem, z racji pełnionej funkcji, ale niestety również przed odpowiedzialnością za zło, które sami są w stanie wyrządzić. I jakże często wyrządzają! W Polsce mamy poważny nadmiar obywateli typu święte krowy.
A jest jeszcze trzeci rodzaj gwarantujący funkcjonowanie bez przejmowania się odpowiedzialnością. Mianowicie zatrudnienie w państwowych lub samorządowych instytucjach na umowy kadencyjne (przeważnie na pięć, sześć lat); osobnicy na mniej lub bardziej ważnych stanowiskach choćby nie wiem co wyczyniali w pracy, jakie szkody wyrządzali, są przed upływem kadencji z posady nie do ruszenia. Po upływie kadencji z kolei nie wolno ich rozliczać – chyba że w publicystyce – z tego, co sknocili podczas swego urzędowania. Zamiast zwykłego etatu i podległości Kodeksowi Pracy, przysługują im specjalne statusy, w tym, w licznych przypadkach, niezależność od przełożonych, a nawet od organu powołującego na dane stanowisko – koncepcja również całkowicie nielogiczna, z zaprogramowanym konfliktem i chaosem. System taki tyleż samo chroni niezależność danej persony, co gwarantuje jej bezkarność. System ów jakże często ma negatywny wymiar nie tylko zawodowy, ale także społeczny, dydaktyczny oraz ekonomiczny. Na przykład dyrektorzy teatrów są praktycznie nieodwoływalni przez kilka lat nawet, jeśli marnotrawią grosz publiczny, a na dodatek sieją zgorszenie (co notabene stało się specjalnością teatralną) – czynią to zupełnie bezkarnie.
Ta wielotysięczna armia na różne sposoby i w różnym stopniu uwolnionych od odpowiedzialności osobników nie mogła pozostać bez wpływu na szersze zachowania społeczne. Ich bezkarność, zwłaszcza obserwowana u ludzi bardzo znanych, popularnych, stała się zaraźliwa. Wywodzące się z systemu feudalnego porzekadło „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie” zostało przekształcone na „Co wolno wojewodzie, to i tobie, smrodzie”; wszak mamy nowoczesność, równość i tolerancję. Bezkarność celebrytów i funkcjonariuszy publicznych rozzuchwaliła wszelkiej maści łotrów i psychopatów, a tych nie brakuje w żadnym społeczeństwie. Chcą nawet, i już próbują, zabijać!
Wygląda na to, że kraj stoi u progu anarchii, która prawdopodobnie ujawni się zaraz po wakacjach, w gorącym okresie przedwyborczym. Szczególnie w Warszawie, która wyradza się w osobne księstwo LGBT. Anarchia będzie bardzo mocno podsycana, bowiem w niej szansę swoją upatrują przeciwnicy obozu patriotycznego i obecnej władzy. Działają według schematu „Im gorzej dla Polski, tym lepiej dla nas”. To koncepcja targowicka – klasyka demontażu państwa, można powiedzieć.
Przeciwdziałanie anarchii staje się niezwykle utrudnione w sytuacji, gdy w kraju setki tysięcy osób mogą funkcjonować bez ponoszenia odpowiedzialności za swe czyny. I gdy są na dodatek – w razie czego – chronieni przez wszechwładne mass media. O zagrożeniu kraju anarchią mnóstwo publikatorów związanych z wszelkimi koalicjami europejskimi, obywatelskimi, wiosennymi itp. nawet nie wspomni. Nic dziwnego, skoro ona im na rękę. Wprost nie mogą się doczekać jej pełnego urzeczywistnienia!
O niebo słabsze media propaństwowe, patriotyczne też na ten temat milczą, jakby nie widząc zagrożenia; nie chcą przyznać, że bezkrytycznie wspierana przez nie władza nie radzi sobie na tym polu. Świetne wyniki gospodarcze i ewidentne osiągnięcia socjalne nie idą w parze z utrzymaniem porządku i wewnętrznego ładu. Zagrożone są fundamenty moralnego rygoru społecznego. Upadają największe autorytety, a w ich miejsce stawiane są homobożki. Fala deprawacji przelewa się od przedszkoli po uniwersytety, od sfery prywatnej po nagłaśniane na niebywałą skalę wiece dewiacji. Życie niby toczy się dalej normalnie, ludzie jedzą, piją, chodzą do pracy, bawią się, podróżują… Ale normalnie jednak nie jest.
W debacie publicznej obowiązkowa stała się dialektyka liberalno-kosmopolityczna; jakiekolwiek ostrzejsze słowo wobec homoseksualistów wywołuje natychmiast lawinę oburzenia i potępienia, nawet sądowe procesy. Każdy odmieniec seksualny broniony jest jak własne życie. Kiedy jednak taki gagatek trafi się w Kościele, to jest od rana do nocy napiętnowany przez wszelkie lewackie publikatory. Ta dialektyka funkcjonuje już nie tylko w gębach lewicowych i lewackich polityków oraz w mass mediach, ale – w sądach właśnie! Nienormalność rośnie w siłę w niezwykłym tempie.

2.
Dlaczego władza nie radzi sobie z nadchodzącą anarchią? Przyczyna jest złożona. Bezpośrednia polega na tym, że nowa władza nie zastosowała w porę środków zapobiegawczych, kar, sankcji przewidzianych przecież prawem. Prawem ustanowionym, czy zmodyfikowanym, w demokratycznym kraju. Praktykowano – i czyni się to dalej – bezkarność, interpretując ją jako wyraz łagodności, wyrozumiałości, pluralizmu. Udawanie, że nic się nie dzieje, prowadzi wszakże tylko do kolejnych napaści i do brutalizacji życia, co sięga w końcu także parlamentów. Bezkarność rozzuchwala bardzo szybko.
Koalicja PO-PSL miała w swym programie poprawność polityczną, którą konsekwentnie i z rozgłosem realizowała. I to okazało się jedną z głównych przyczyn jej klęski wyborczej w 2015 r. Nowa ekipa (elita) władzy nie przestała jednak ulegać poprawności politycznej, choć rzecz jasna nikt z nowo rządzących publicznie i wprost przyznać tego nie chciał, bo obóz patriotyczny, który wyniósł PiS na szczyty władzy, nie akceptuje takiej poprawności w najmniejszym stopniu. I słusznie, bowiem jest to prosta droga do dewastacji moralnej społeczeństwa; choć chwilowo przynosi uspokojenie, jej konsekwencje są jednak na dłuższą metę tragiczne i prowadzą właśnie do anarchii. Oczywiście anarchii nigdy nie pragnie żadne społeczeństwo – ona jednak przychodzi nieproszona i czyni to podstępnie, wykorzystując coraz większe poluzowania moralne.
Cóż to jest w ogóle ta anarchia; czy ktoś dziś się nad tym zastanawia? To greckie słowo, znaczy „bez władcy”; dziś byśmy powiedzieli – bez władzy. A rozumując szerzej, anarchią można nazwać stan, w którym władza co prawda jest, ale nie ma możliwości lub nie chce egzekwować określonych i sprawdzonych norm życia społecznego oraz politycznego.
Anarchia jest niebezpieczna dla całej wspólnoty, bo jeśli jakiś kraj ma wroga (a który go nie ma…), ten zawsze uzna anarchię za świetne narzędzie walki oraz sposobność do grabieży. Samowola, swawola i wszelakie wichrzycielstwo gwałtownie rozbudzają apetyty wrogów na terytoria i dobra zanarchizowanego kraju; może stać się on łupem osiągalnym przy wyjątkowo niskich kosztach własnych. Bardzo często wystarcza trochę srebrników dla opozycji, by przywieść sąsiada do upadku, a następnie go zaanektować.
Anarchia, odrzucając wszelkie podstawowe wartości i zasady, dążąc do wywrócenia moralnego ładu społecznego oraz bardzo łatwo, a w zasadzie w sposób nieunikniony, prowadzi do zdrady. To jest właśnie sytuacja obserwowana w Polsce dziś. Choć nie od dziś. Ale dziś nasiliła się w stopniu bardzo zagrażającym suwerenności kraju; ewidentnie stoimy u progu nowej targowicy. Suwerenność jest zresztą dla anarchisty albo bardzo względnym pojęciem, albo w ogóle uznaje on ją za bezsensowne ograniczenie. Oczywiście utrata suwerenności pozbawi anarchistów z pewnością możliwości publicznych protestów, ale akurat tym to towarzystwo się nie martwi, ponieważ uzyskają stosowne korzyści od okupanta i się zaspokoją (oraz uspokoją).
Ktoś może powie w tym miejscu: co ten gościu tu bajdurzy! Kupujemy supernowoczesne myśliwce od Amerykanów, zbroimy się, wygraliśmy wybory do Europarlamentu, będziemy budować elektrownię atomową, prowadzimy w sondażach, więcej zarabiamy, PKB nam rośnie itd. Otóż różne rzeczy nam rosną, to prawda, ale zagrożenia też. Wrogowie również. Gender maszeruje dalej równo, czerpiąc garściami z publicznego grosza.
Co zaś do Stanów Zjednoczonych, to robią one z nami po prostu dobry, podwójny interes. Po pierwsze, sprzedają nam broń, supernowoczesną, to prawda, oraz skroplony gaz, ale Fort Trump na razie na naszej ziemi nie powstanie. Po drugie, Amerykanie umacniają się w tej części świata, co jak najbardziej leży w naszym interesie, ale co też oni jako światowe mocarstwo czynić muszą. Stany Zjednoczone nie mogą tracić swej potęgi, jeśli chcą istnieć, nie mogą mieć słabych punktów na świecie. Nie mogą rezygnować z mocarstwowości, bo inaczej szybko doczekają się rozbiorów, tak jak Polska w XVIII wieku, której elity (Sasi, Poniatowski, większość rodów magnackich) uznały, że równie dobrze można egzystować z małą i słabą armią, bez umacniania granic, bez ekspansywnej polityki międzynarodowej, za to z tolerowaniem wewnętrznej anarchii – skończyło się, jak się skończyło. Na potknięcia wielkiego kraju zawsze czyhają jego wielcy konkurenci. Wielki jest skazany na wielkość – lub rozgrabienie.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

 

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 6/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum