Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Klęska imperium zła dokonała się za sprawą Polski”. O nieprzemijającej wartości męstwa w obliczu śmiertelnego zagrożenia i o przerażających bolszewickich projektach podboju całej Europy pisze jeden z najwybitniejszych znawców dziejów Rzeczypospolitej prof. Andrzej Nowak.

Aktualności

26.05.2020 15:46

Bitwa pod Komarowem na przedpolach Zamościa (31 sierpnia 1920 r.) była największą batalią kawaleryjską wojny polsko-bolszewickiej. Obraz pędzla Wojciecha Kossaka. Fot. Wikimedia

 

 

 

Bitwa pod Komarowem na przedpolach Zamościa (31 sierpnia 1920 r.) była największą batalią kawaleryjską wojny polsko-bolszewickiej. Obraz pędzla Wojciecha Kossaka. Fot. Wikimedia

 

 

 

Dziedzictwo Bitwy Warszawskiej 1920 r.

Prof. Andrzej Nowak

 

 

Polskie zwycięstwo zatrzymało agresję Rosji Sowieckiej w 1920 r. i ocaliło dzięki temu naszą niepodległość na następnych 20 lat. Można powiedzieć, że uratowało od zagłady nie tylko państwo, ale i śmiertelnie zagrożoną polskość w samej swojej istocie. Uratowało polskiego ducha niepodległości. Umożliwiło nam budowanie własnej niepodległej kultury, legalne funkcjonowanie religii w naszym życiu i naszej państwowości, a także dynamiczny rozwój w wielu innych dziedzinach życia narodowego i społecznego. To pozwoliło nam pozostać Polakami, przetrwać następne 50 lat po tym, jak nasi przodkowie zostali ponownie wtłoczeni do dusznej, ciasnej klatki z napisem „Imperium Sowieckie i podległe mu kraje klienckie”.
Równo 100 lat temu – w 1920 r. – udało się zatrzymać rozpędzoną machinę Armii Czerwonej, która liczyła wówczas, przynajmniej na papierze, według administracyjnych obliczeń jej dowódców, ponad 4,5 mln żołnierzy; efektywnie było ich oczywiście dużo mniej. Niemniej jednak była to największa wówczas czynna siła wojskowa na kontynencie europejskim. To, że udało się ją zatrzymać siłami dopiero co odbudowującej się po 123 latach niewoli Polski, było wielkim wydarzeniem, które ocaliło nie tylko nas, ale uratowało też naszych sąsiadów. Niektórzy z nich, świadomi tego faktu, zachowują to we wdzięcznej pamięci, ale wielu nie zdaje sobie sprawy z doniosłości tego zwycięstwa albo wręcz próbuje zaprzeczać jego znaczeniu.
Tymczasem uratowało ono nie tylko Niemcy i zachodnią Europę przed bolszewizacją, co kojarzymy z najczęściej cytowanym rozkazem Michaiła Tuchaczewskiego, wydanym nacierającej na Warszawę armii Frontu Zachodniego: „przez trupa białej Polski na Berlin”. Był to istotnie zasadniczy, strategiczny cel Lenina i jego towarzyszy z ówczesnego Politbiura – jak najprędzej przejść przez Polskę, uczynić ją trupem i iść dalej do Niemiec. Wbrew jednak imperialnym planom bolszewickiej Rosji, Polska, zatrzymując ten pochód, ocaliła także wiele innych krajów. Świadczą o tym wydobyte przeze mnie z archiwaliów moskiewskich korespondencje, jakie prowadzili w tym czasie, czyli latem 1920 r., między sobą Józef Stalin z Włodzimierzem Leninem, twórcą i czołową postacią bolszewickiej Rosji. Dodajmy, iż Stalin był wówczas jednym z czterech członków Politbiura.
Stalin towarzyszył latem 1920 r. jednemu z dwóch frontów, który nacierał w tym samym czasie na Polskę. Kiedy Tuchaczewski szedł na Warszawę, Stalin ze swoim frontem szedł na Lwów i miał ambicję iść dalej. Takie aspiracje podzielał także Włodzimierz Lenin. I właśnie w ich korespondencji z końca lipca 1920 r. przewija się systematycznie motyw dalszego podboju Europy – po tym „jak dobijemy Polskę i zdobędziemy Lwów” (to była perspektywa Stalina, który ugrzązł ze swoim frontem na bohaterskiej obronie nie Warszawy, ale Lwowa). Otóż Stalin mówił: za dzień, dwa będziemy już we Lwowie i cała Galicja nasza, aż po Kraków i dalej, a wtedy rozbijemy Czechy, rozbijemy Węgry, zlikwidujemy Rumunię, wejdziemy do Wiednia i trzeba będzie zsowietyzować Włochy. Używa konkretnie nazw tych krajów, które miały paść ofiarą postępującej ofensywy sowieckiej już w 1920 r. Te ambitne plany podboju praktycznie całego kontynentu europejskiego od pierwszego szturmu Armii Czerwonej w 1920 r. legły w gruzach. Na drodze imperium zła stanęła Polska.
Zastanawiam się, czy zainteresują Czytelnika te wydarzenia sprzed lat 100 w chwili obecnej, kiedy myślimy o czymś innym, kiedy żyjemy problemami związanymi z lękiem o nas i o naszych bliskich? Lękiem spowodowanym nie żadnym czynnikiem politycznym – przynajmniej tak się wydaje – ale po prostu pewnym nieujarzmionym elementem natury, koronawirusem. Martwimy się tym, co stanie się z naszą przyszłością, uwarunkowaną przecież sytuacją ekonomiczną kraju i świata. Czy w takich okolicznościach jest miejsce na refleksję o wydarzeniach politycznych, militarnych, o zmaganiach sprzed 100 lat w tytanicznej skali, które ratowały Polskę, ratowały Europę? Czy dzisiaj, z obecnej perspektywy, ma to jakieś znaczenie?
Wydaje mi się jednak, że głębsze wejrzenie w historię tamtego okresu pozwala zrozumieć, że zmaganie się ze strachem, który próbuje narzucić nam przeciwnik, niezależnie od tego, czy jest to przeciwnik osobowy, czy taki, którego nie potrafimy zidentyfikować personalnie, jest doświadczeniem ludzkim, z którego można czerpać naukę także dziś.
Nie było to wówczas przeżycie tylko nasze, całkiem wyjątkowe. Główne założenie ideologii bolszewickiej bazowało na strategii stworzonej przez Karola Marksa. Ów pionier komunizmu, systemu, który w Rosji rozwinął się w tak przerażający w skutkach sposób, jeszcze w drugiej połowie XIX w. wykoncypował swój pomysł na sterroryzowanie świata. Marks chciał zreformować ludzkość przy pomocy swoistego wirusa nazwanego „nowa, wspaniała przyszłość”. Ta wizja eliminowała „starą ludzkość”. Należało „starą ludzkość” wybić, wytłuc jak wszy i usunąć jak niepotrzebne już nikomu zwłoki. Właśnie tak, jak to sformułował Michaił Tuchaczewski, naśladowca Marksa, choć uczył się go dopiero bezpośrednio na froncie. Idąc na Warszawę, dowódca Frontu Zachodniego mówił, że „Polskę należy bezpośrednio przekształcić w trupa”.
Ta właśnie chęć zamienienia milionów ludzi w trupy, zabicia ich – jeśli nie bronią, to strachem, sparaliżowania ich woli – została znakomicie udokumentowana na przykładach wielu krajów, które system bolszewicki zdążył już podbić i sterroryzować zanim wkroczył do Polski. Polska nie była pierwszą ofiarą, jednak jako pierwsza stawiła skuteczny opór na głównym kierunku agresji komunistycznego wirusa: z Rosji do centrum Europy. I na tym właśnie polega znaczenie tej lekcji, jakiej udziela nam rok 1920.
Pewnych niebezpieczeństw w życiu nie możemy uniknąć. Nie zawsze jest nam dane zapobiec im. Kiedy jednak już stajemy wobec zagrożenia, powinniśmy spojrzeć w przeszłość, by zastanowić się, co jest nam potrzebne, aby zwyciężyć. Otóż potrzebna jest przede wszystkim odwaga, gotowość do zachowania niepodległości. Niepodległości wobec terroru, który za pomocą strachu chce nas rzucić na kolana. Chce nas przekonać, że jesteśmy bezradni, że nic nie możemy poradzić wobec dzikiej siły, że musimy się poddać. Otóż Polska nie poddała się w 1920 r., w odróżnieniu od innych krajów, które uległy temu terrorowi, poczynając od samej Rosji i nieszczęsnej Ukrainy. Choć Piłsudski pragnął dla Ukrainy i dla całej Europy Wschodniej innego scenariusza. Jak wiadomo, nie udało się go zrealizować, zabrakło bowiem wsparcia samego zmęczonego wojną, zatomizowanego przez ideologię bolszewicką społeczeństwa ukraińskiego.
W archiwach sowieckich znalazłem szczególnie interesujące dokumenty. Miałem jeszcze okazję odwiedzać te archiwa we wczesnej fazie „odwilży” po rozpadzie Związku Sowieckiego w połowie lat 1990. Jedna z depesz i notatek najściślejszego kierownictwa sowieckiego, które cytuję w książce „Klęska imperium zła”, odnosi się do rozkazu wydanego przez Feliksa Dzierżyńskiego. Był on, jak wiemy, faktycznym przywódcą rządu sowieckiego przeznaczonego dla Polski, który w 1920 r. szedł w taborach Armii Czerwonej i ostatecznie zainstalował się w Białymstoku. Feliks Dzierżyński i Julian Marchlewski (formalny przewodniczący tego „rządu”), pewni bolszewickiej wygranej, zdążyli w drodze do Warszawy przenieść się do Wyszkowa.
Dzierżyński w przekonaniu, że już za chwilę będzie w stolicy, że za chwilę cała Polska będzie poddana jego władzy, wydaje 4 sierpnia 1920 r. rozkaz w języku rosyjskim, który miał obowiązywać wszystkie podbite polskie terytoria. Mówi jasno: wszyscy realni i potencjalni przeciwnicy władzy sowieckiej mają być skierowani do „obozów koncentracyjnych” (to właśnie sformułowanie zostaje użyte). Nie chodzi tylko o tych, którzy z bronią w ręku czy jakimikolwiek czynami ujawnili swój sprzeciw wobec systemu sowieckiego. W tym rozkazie wymienione są kategorie społeczne skazane na unicestwienie, a więc ziemianie, burżuazja. Każdy, kto cokolwiek posiada, powinien znaleźć się w obozie koncentracyjnym, by do reszty pozbawić społeczeństwo woli oporu. Mieliśmy stać się cząstką imperium zła.
25 sierpnia 1920 r., kiedy armie sowieckie jeszcze całkowicie nie wycofały się spod polskiej stolicy po sromotnej klęsce, Lenin na posiedzeniu Politbiura w Moskwie wydaje rozporządzenie, by przebrać żołnierzy Armii Czerwonej za… zielonych ludzików. Dosłownie używa tego określenia: „zieloni”. To nie jest zatem dopiero wymysł Władimira Putina, ale jeszcze Lenina. Technika wojny hybrydowej sto lat temu otrzymuje swoje pierwsze dokumentalne potwierdzenie. W zielonym przebraniu, udając chłopów, ludowych powstańców, żołnierze mieli wtargnąć do sąsiednich krajów i powywieszać tamtejszych księży, szlachtę, wszystkich, którzy mogli być przewodnikami „bratnich” narodów, realną elitą sąsiednich krajów. Konkretnie chodziło o Łotwę i Estonię. Chodziło o to, by te kraje sterroryzować, rzucić je na kolana samym strachem.
To jest właśnie technika wirusa zła. Technika imperium zła. Przy takim ataku wszystko zależy od tego, czy ulegniemy temu strachowi i pogrążymy się w panice, czy też potrafimy zorganizować swoje siły w racjonalnym wysiłku kierowanym wolą niepoddawania się. Wolą walki i pracy – by utrzymać niepodległość. O tym właśnie jest moja ostatnia książka „Klęska imperium zła”: jak owa wola rodziła się w Polsce. Jak pozwoliła ona Polsce, w odróżnieniu od kilku innych krajów, wytrzymać napór sowieckiego imperium zła w 1920 r.
Jak to się stało, że jeszcze w okresie zaborów, kiedy o Marksie nikt nie słyszał, Zygmunt Krasiński, wielki polski poeta, tworzy zatrważającą, ale jakże realistyczną wizję połączenia komunizmu (ideologii komunistycznej) z Rosją? Ukazuje tym samym największe zagrożenie dla polskiej tożsamości, dla polskiej kultury, dla chrześcijaństwa. Teksty Krasińskiego były jednym z elementów, które przygotowywały Polskę do wielkiego, zwycięskiego na szczęście, starcia w 1920 r. Drugi korzeń skutecznego polskiego oporu sięga do opisywanej także przeze mnie idei prometejskiej. Grecki heros symbolizuje wysiłek wsparcia słabszych przez współczującego ich doli giganta. Prometeusz został w mitologii greckiej ukarany za to przez Zeusa przykuciem do skały na Kaukazie, pozostaje jednak wzorem buntu przeciw zniewoleniu, niesprawiedliwości. W interesującym nas okresie, formowana jeszcze w XIX wieku, w kręgu księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, a podjęta w XX stuleciu przez Piłsudskiego, idea prometejska miała za cel zebranie pod skrzydłami Polski ruchów narodowych, antyimperialnych, grup religijnych uciskanych pod panowaniem sowieckim, bolszewickim, pod panowaniem imperialnym z centrum w Moskwie.
Ta idea zaczyna się w istocie dużo wcześniej. Wiąże się z chwilą likwidacji Rzeczypospolitej Polskiej przez Imperium Rosyjskie, głównego udziałowca zaborczego podziału. Przypomnijmy: Rosja zagarnęła 82 proc. terytorium Rzeczypospolitej, Prusy 7 proc., Austria 11 proc. A więc ten największy zaborca, Rosja, stał się automatycznie przedmiotem głównej refleksji polskiej myśli politycznej – jak pokonać tego giganta? Pojawia się od razu koncepcja: w tym systemie imperialnym trzeba szukać innych uciśnionych, szukać współpracy z narodami zagrożonymi wirusem imperium. Ta myśl polityczna prowadzi nas w stronę idei reprezentowanej przez Józefa Piłsudskiego. Wywodzi się ona z tradycji rodzinnej matki przyszłego marszałka, Billewiczów, możnego rodu, od którego wyprowadza się przecież narracja „Potopu” – naszej arcyksięgi niepodległości napisanej przez Henryka Sienkiewicza w momencie, kiedy młody Ziuk Piłsudski miał 19 lat. Tradycję rodu Billewiczów poznawał nie z księgi Sienkiewicza, ale z ust własnej matki. To ona zaszczepiła antyimperialny polski patriotyzm swoim synom, w tym najbardziej znanemu spośród nich – Józefowi.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum