Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Kiełbasa i igrzyska”

Aktualności

27.04.2021 10:58

„Wiadomości z jednego dnia”. Rys. Ewa Barańska-Jamrozik

 

 

 

„Wiadomości z jednego dnia”. Rys. Ewa Barańska-Jamrozik

 

 

 Kto skonsumuje 1,1 mld zł?

Leszek Sosnowski

 

Często przypomina mi się pewna scenka z 1987 r. Otóż spotkałem wówczas dawno niewidzianego kolegę z podstawówki, który, w przeciwieństwie do olbrzymiej większości naszej społeczności klasowej, zdecydował się na karierę partyjną i jak na swoje młode lata zaszedł nawet już dość wysoko w hierarchii: był w Krakowie sekretarzem dzielnicowym. Staliśmy chwilę na ulicy, a gadka była typu „co słychać”, aż nagle Franek nieco się zamyślił i palnął: „ach, k…wa, gdyby nie ta kiełbasa!”. Popatrzyłem na niego zdumiony, no, bo przecież im kiełbasy nie brakowało! Nie było dla nikogo tajemnicą, że mają swoje sklepy solidnie zaopatrzone (choć, na pewno, już nie tak jak za Gierka), w przeciwieństwie do nagich haków eksponowanych w sklepach mięsnych uczęszczanych przez zwykłych śmiertelników.
Jak się jednak zaraz okazało, Franek martwił się tyleż o siebie, co o całe społeczeństwo. Widząc moją zdziwioną minę, objaśnił, że kryzys w narodzie, pod którym to pojęciem rozumiał oczywiście głównie swoją partię, spowodowany jest przez kiełbasę, a raczej przez jej permanentny brak. Przeklinał rząd, który dopuścił do takiej rozpaczliwej sytuacji; rozpaczliwej, bo oni w komitetach już nie tylko przeczuwali, ale wiedzieli, że ich czas jest policzony. W takich momentach partyjniacy zapominali, kto w PRL-u zawsze ustanawiał rząd, a mianowicie Biuro Polityczne KC PZPR – oczywiście po uprzedniej akceptacji Moskwy. Zdaniem zatem dzielnicowego sekretarza, gdyby nie zabrakło kiełbasy, lud nigdy by się nie burzył. A tu nie tylko kiełbasy, ale nawet wódki brakowało! Jak rządzić w takich warunkach?
Jednakowoż nie tyle kiełbasa, co odważna, wprost bezczelna krytyka władzy ludowej, dokonana przez ambitnego działacza partyjnego, najlepiej wieszczyła poważne zmiany. Nie przejmował się już bowiem, do kogo mówi, bo choć byłem jego szkolnym kolegą, to przecież nie skrywałem swojego negatywnego (łagodnie mówiąc) stosunku do tej władzy. Oczywiście całkowity i ostateczny upadek komuny pozostawał wtedy ciągle w sferze marzeń.
1.
Wspominam powyższe zdarzenie nie bez powodu. Przede wszystkim jest ono przykładem pewnej mentalności, pewnego bardzo uproszczonego pojmowania świata, w którym człowiek sprowadzony jest do zjadacza kiełbasy lub innych produktów, nie tylko zresztą spożywczych. Wyższa forma rozwoju człowieka w takiej koncepcji zakłada jeszcze oprócz potrzeby zaspokajania głodu także potrzebę igrzysk. Igrzysk – nie wytworów kultury.
Nie było to zapatrywanie nowe, charakterystyczne tylko dla komuny. Nie kto inny jak cesarz Marek Ulpiusz Trajan (53–117) twierdził, że „Lud rzymski można utrzymać w spokoju tylko rozdawnictwem zboża i igrzyskami”. Trajan był dobrym władcą, przyczynił się do wielkiego rozkwitu starożytnego Rzymu (złoty wiek miasta i państwa), zorganizował nawet system opiekuńczo-wychowawczy dla sierot. Mawiał, że „chce być takim cesarzem dla obywateli, jakiego chciałby mieć cesarza będąc obywatelem”. Mimo to nie dostrzegał w człowieku innych potrzeb poza zaspokojeniem głodu i prymitywnej rozrywki.
W tym czasie działali już następcy Apostołów, podnoszący rangę człowieka do dziecka Bożego, głoszący naukę Jezusa uwzględniającą potrzeby ludzkiej duszy, a nawet czyniącą te potrzeby nadrzędnymi. Konieczne będzie jeszcze parę wieków, by nauka ta, respektująca pełny rozwój człowieka, stała się powszechna i obowiązująca. Minęło wieków dwadzieścia, a koncepcja człowieka triumfalnie cofnięta została do czasów pogańskich.
Wiadomo, że masowy głód może łatwo obalić władzę. Z wielkiego głodu w dużym stopniu zrodziła się np. rewolucja francuska. Ale panujących można też obalać z pełnymi brzuchami, na to też niemało przykładów. Zaspokajanie głodu nie jest więc wystarczającym czynnikiem pozwalającym rządzić. Dodawanie do tego igrzysk może chwilowo pomóc w panowaniu, ale nie na długo. O tym wszystkim rządzący w III RP zdali się zapominać.
Nie pamiętała o tym zwłaszcza poprzednia władza, koalicja PO-PSL, ale to nie dziwiło, ponieważ byli to ludzie nierzadko przebiegli, sprytni, a w większości pozbawieni wyższych uczuć, choć oczywiście usiłowali to maskować. Za historyczny dowód braku takich uczuć uznawane będą po wsze czasy zdjęcia, które niedawno wypłynęły na światło dzienne dzięki Ewie Stankiewicz. Pogodna, prawie radosna Ewa Kopacz, wówczas minister zdrowia, popijająca z uśmiechem na ustach kawkę w prosektorium wśród blaszanych trumien z poszarpanymi szczątkami wybitnych Polaków. Za wytatuowane ramię ujmuje ona osiłka, który przed momentem sortował ciała nieboszczyków (a raczej ich części). To wstrząsające obrazy, których się nie zapomni. Jeżeli taka osoba zostaje potem premierem, to można domniemywać, że cały dowodzony przez nią rząd nie tylko nie respektuje uczuć wyższych, ale w ogóle nie ma pojęcia, co to jest. Jedyna „wyższa” idea, która mogła im przyświecać, to przysłowiowa już ciepła woda w kranie.
Tymczasem większość społeczeństwa, zwłaszcza w katolickim kraju, jakim jesteśmy, respektuje potrzeby ludzkiej duszy, rozeznaje też uczucia wyższe i je posiada. Głównie dlatego platformersi musieli w końcu przegrać w demokratycznych wyborach. Oczywiście, afery i złodziejstwo też się do tego przyczyniły, ale więcej dowiedzieliśmy się o nich dopiero po wyborach, a prawdziwe pojęcie o nieprawdopodobnej skali VAT-owskich defraudacji zyskaliśmy dopiero po reformie systemu skarbowego, dokonanej przez Mariana Banasia w 2016 r.
Wybory się wygrało, ale nie było to aż taką sztuką wobec beznadziejności przeciwnika. Gdyby nie windujące go z całej siły mass media, konkurent ów nie przekroczyłby, moim zdaniem, nawet progu wyborczego. Podobnie było i podczas drugich wyborów. Sztuką było w niektórych przypadkach przegrać; np. w Senacie. Nawiasem mówiąc, nie widać na razie, by wyciągnięto z tej porażki jakiekolwiek wnioski. W ogóle wyciąga się mało wniosków z okresu sprawowania władzy. Wydaje się, że prymitywna starorzymska zasada panem et circenses (chleba i igrzysk) zaczyna znów dominować w III RP.
Wiele było przed jednymi i drugimi wyborami odwołań do patriotyzmu, wartości chrześcijańskich, konieczności ratowania kultury narodowej, promowania i chronienia polskości, umacniania tożsamości narodowej. Słowem, odwołań do uczuć wyższych. Dziś niemało i z powodzeniem czyni się w celu pomnożenia chleba, a raczej kiełbasy. Telewizja publiczna i nasi sportowcy ratują igrzyska. Natomiast głosy o uczuciach wyższych, o wartościach chrześcijańskich, o potrzebach duszy stają się echem wołającego na puszczy. Wcale nie dotyczy to tylko okresu pandemii.
Nie wygląda mi to na przemyślane działanie partii kierującej państwem. Podejrzewam raczej podstępne odsuwanie partii reprezentującej obóz patriotyczny od swojej bazy; chodzi o wysoko umocowanych aktywistów piątej kolumny. Aktywiści ci już specjalnie się nie kryją. Ujawnia się już nie tyle naturalna różnica poglądów na niektóre zasadnicze sprawy, co różnica światopoglądów. A to poważna sprawa. Obliczanie, ile głosów czy procencików zyska się trzymając w dalszym ciągu w swoich szeregach np. Gowina jest, moim zdaniem, tylko mnożeniem kłopotów. Trzeba zrobić bilans z tymi procentami, które traci się przez takie nienaturalne alianse.
2.
500 plus pomaga bardzo wielu rodzinom, było świetnym pociągnięciem, ale mimo to władzy nie zapewnia. Ludzie biorą owe pięć stówek jak swoje, jak z dawna należne, i temu nie ma co się dziwić czy na to oburzać. A przecież są i tacy, którzy uwierzą jakiemuś Hołowni, że on da im nawet 1000 plus!
Tym bardziej władzy nie pozwoli zachować zaakceptowanie Krajowego Planu Odbudowy w takiej postaci, w jakiej, póki co, go zaprezentowano. Przypomnę, że do głównych zadań i celów KPO zaliczono: „Realizację zasady dotyczącej równości płci i zapewnienia równych szans dla wszystkich” (I/3). Pisałem o tym w poprzednim numerze „Wpisu”, nie będę się więc powtarzał; przypomnę tylko, że paragrafy te gwarantują pełną genderyzację kraju.
Takie koncepcje pozbawią obóz patriotyczny i jego reprezentantów władzy na długie, długie lata. Lata, które znów będzie musiała wypełnić walka o zaspokojenie potrzeb wyższych, o polskość, o suwerenność, a nawet po prostu o normalność. Jasne jest, bo dowodzi tego historia nie tylko naszego kraju, że nie będzie to walka ani łagodna, ani krótka. Czyżby zatem w polskim Sejmie miał być pod presją zagranicy podpisany wyrok na nas samych, tak jak było to już w roku 1772, w roku 1793 i w roku 1795? Wtedy czyniono to pod lufami carskich karabinów. Dziś tak naprawdę grożą nam przede wszystkim mainstreamowe media, nie posiadające broni palnej ani białej. Jak na razie to tylko media – czemuż więc nieustannie się lękać? Trzeba po prostu przestać z nimi dyskutować, wchodzić z nimi w jakiekolwiek relacje, odpowiadać na każdą zaczepkę, a będą tylko po prostu ujadać niczym psy na karawanę.
Oczywiście wiadomo, że tymi mediami posługuje się zgniła brukselska biurokracja, wmawiając wszystkim, niestety w wielu przypadkach skutecznie, jakie to szczęście spotka nas każdego dnia w wyniku poddawania się jej coraz bardziej drapieżnym i coraz bardziej zdegenerowanym żądaniom. To szczęście jest tak samo prawdziwe jak owe wróżby, które zapowiadały, że Wielką Brytanię po wystąpieniu z Unii dotknie wielki krach. O tym wszystkim lepiej myśleć zawczasu, bo różnie może być. Jeśli Niemcy jeszcze wyraźniej niż teraz staną w jednym szeregu z putinowską Rosją, to dalsza nasza bytność w zwasalizowanej przez nich Unii będzie niemożliwa. Choć dla targowicy, posługującej się dla zmyłki również określeniem „opozycja”, byłoby to, rzecz jasna, rozwiązanie optymalne.
W Polsce działa tak potężna kampania prounijna, również po prawej stronie sceny politycznej, że coraz większe mankamenty związane z członkostwem, w tym systematyczne ograniczanie suwerenności, są przemilczane, ukrywane lub prezentowane zgoła jako nasza korzyść. Cała ta propaganda opiera się już dziś tylko na argumencie strachu: wystąpcie, a zobaczycie, co was spotka! A może by tak gdzieś za kulisami w Brukseli samemu postraszyć? Np. Polexitem? Straszą nas, możemy i my straszyć. Przecież nie mamy do czynienia z taką Unią, do jakiej wstępowaliśmy; można zacząć liczyć niemałe straty z tym związane – i to nieoficjalnie nagłaśniać. Nie będziemy jedyni. Najbliższe opuszczenia tzw. wspólnoty są Włochy, a tuż za nimi Grecja. Niedalekie może być wyjście Węgier i Francji (zwłaszcza po zmianie obecnej władzy). Unia wcale nie jest takim monolitem, jak to przedstawia Bruksela.
Niektórzy z naszego obozu toczą jednak ostry bój o akceptację narzuconego przez Brukselę Krajowego Planu Odbudowy, jakby naprawdę tylko kiełbasa była potrzebna człowiekowi i jakby to ona dawała ostatecznie zwycięstwo wyborcze. Np. europoseł dr Zbigniew Kuźmiuk straszy w internecie, jakież to wielkie sumy mogą nam przejść koło nosa. Tak mnoży, dodaje (np. na portalu wpolityce.pl 17 kwietnia br.), aż mu wychodzi, że dobry europejski wujek zamiast kopać nas w tyłek, jak dotąd, nagle, ni stąd, ni zowąd, ofiaruje nam astronomiczną wręcz kwotę 770 mld zł. Nie jest to jednak suma bezpośrednio wynikająca z KPO, ale wyliczona dla efektu i propagandowo zastosowana przez europosła jako argumentacja w celu zatwierdzenia tego programu. Wydaje mi się jednak, że kto jak kto, ale doktor ekonomii powinien posługiwać się w swych rozważaniach całym bilansem, a nie tylko jego pozycją „przychody”. Uwzględniać trzeba koszty, także te moralne, kulturalne, społeczne i polityczne, nie mówiąc o naszych wpłatach do unijnej kasy, których w ciągu 7 lat (2021–2027) uzbiera się pewnie ok. 200 mld zł; przekazujemy wszak do Brukseli z roku na rok coraz więcej. A zgodnie z planem po tym okresie mamy już tylko dopłacać.
Z wymienionych przez dr. Kuźmiuka 770 mld zł sporą część stanowić będą również pożyczki, a więc to żadna unijna łaska. Wprost przeciwnie, to my robimy grzeczność, że chcemy wziąć kredyty i dać zarobić jakiemuś bankowi, na pewno nie polskiemu. Jest niemało wielkich instytucji finansowych na świecie poza UE, które chętnie udzielą nam pożyczek. Pytanie tylko – czy faktycznie i na ile są one potrzebne Polakom, a na ile przydadzą się działającym w Polsce zagranicznym przedsiębiorstwom?
Wypłacić się musimy także na inny sposób: wpuszczając do naszego kraju przeróżnych potentatów żerujących na polskich klientach i odsyłających rok w rok swoje olbrzymie zyski do swych zagranicznych firm-matek lub do rajów podatkowych. Są to także podmioty z kręgu unijnego, jak np. olbrzymia niemiecka sieć sklepów drogeryjnych „dm” (11,5 mld euro rocznego obrotu), która właśnie obok Rossmanna będzie drenować nasze kieszenie; już werbują pracowników.
Z kolei osobom lekceważącym zobowiązanie w KPO do tricku nazwanego „uwspólnotowieniem długu” przekażę wiadomość z ostatniej chwili. Oto Niemcy wywindowali się w wysokości zadłużenia na 3. miejsce na świecie! Tylko w roku 2020 i w roku 2021 zapożyczą się z powodu pandemii na ok. 300 mld euro (ok. 1,4 bln zł). Takie długi miło byłoby spłacać wspólnie z kimś. Np. z Polską, której od kilku lat za bardzo powodzi się gospodarczo, co bardzo kłuje w oczy naszego zachodniego sąsiada.
Nie są to jakieś moje niezrównoważone dywagacje czy osobiste wymysły; podobne zdanie na temat KPO ma wielu, ale wolą cicho siedzieć, by nie narazić się „górze”. Naprawdę, nie są to ludzie tylko z kręgu Solidarnej Polski, która zresztą forsuje aspekty ekonomiczne KPO, a nie odnosi się, niestety, do zagadnień moralnych i światopoglądowych. A moim zdaniem właśnie po to został w Brukseli sformułowany tzw. plan odbudowy i po to wciskany jest on krajom członkowskim – by narzucić wszystkim do cna lewacki światopogląd, by rządy przeszły w ręce dewiantów, tak jak np. w Holandii. Przypomnę tylko, że jeszcze w listopadzie ub. roku wybitny znawca mechanizmów unijnych europoseł PiS Jacek Saryusz-Wolski stwierdzał w związku z planami rozdzielania wieloletniego unijnego budżetu: „Bruksela chce, żeby Polska np. przyjmowała imigrantów, żeby w sferze obyczajowej wprowadzała rozwiązania dotyczące aborcji, eutanazji, mniejszości seksualnych. Chce, żeby w innych dziedzinach – bo to dotyczy i edukacji, i kultury – uznawała te rozstrzygnięcia lewicowo-liberalne i żeby je realizowała” (cytat za rp.pl).
W konsorcjum politycznym, które określiło się jako Zjednoczona Prawica, coraz mocniej dochodzą jednak do głosu albo czystej wody technokraci, albo nawet odhumanizowani genderowcy traktujący czystą głupotę jako nowoczesną naukę, a deprawację jako zasadę moralną. Przypomnę tylko słynną deklarację wicepremiera Gowina, że „położy się Rejtanem”, gdyby ktoś chciał likwidować albo choćby ograniczać gender studies. Haniebne słowa – Rejtan zagradzał drogę ówczesnym deprawatorom Ojczyzny i powoływanie się na niego w celu moszczenia drogi deprawatorom współczesnym powinno takiego polityka wykreślić raz na zawsze z szeregów prawicy. I lepiej, gdyby nastąpiło to teraz, niż wtedy, gdy uczyni to on sam w momencie dla siebie najbardziej stosownym: przy pełnym aplauzie mainstreamu. Jestem dziwnie spokojny, że nie odejdzie z nim cały jego dwór, co najwyżej paru dworaków.


Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 7-8/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Archiwum