Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Kard. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II to kluczowe postacie do zrozumienia historii Polski w XX w.”

Aktualności

26.05.2020 15:22

Prymas Tysiąclecia podczas wygłaszania jednej ze swoich znakomitych homilii. Fot. Adam Bujak

 

 

 

Prymas Tysiąclecia podczas wygłaszania jednej ze swoich znakomitych homilii. Fot. Adam Bujak

 

 

Prymas Tysiąclecia pojęcie o Kościele wyrabiał sobie
nie na podstawie nacisków medialnych, ale na klęczniku

Rozmowa z ks. prof. WALDEMAREM CHROSTOWSKIM

 

 

Jaki był pierwszy kontakt Księdza Profesora z Księdzem Prymasem Stefanem Wyszyńskim?

Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Miał on miejsce zanim jeszcze Księdza Prymasa po raz pierwszy spotkałem i myślę, że ten kontakt był najważniejszy oraz w jakimś sensie przełomowy dla tego, co się później wydarzyło. To była druga połowa lat 1950. Wtedy z moją Mamą – miałem sześć lub siedem lat – pojechałem do Łomży. Tam, w sklepie przy katedrze, Mama kupiła fotografię Księdza Prymasa, który niedawno został uwolniony z uwięzienia. Oczywiście okoliczności uwięzienia nie brałem wtedy pod uwagę, zrozumiałem je dopiero później. Mama oprawiła tę fotografię w Ostrołęce w brązowe ramki i powiesiła nad moim łóżkiem w domu w rodzinnym Chrostowie. Tak więc od dziecka, w dzień i w nocy, Ksiądz Prymas stale mi towarzyszył. Mogłem na niego patrzeć i zawsze wydawał mi się bardzo bliski, jak ktoś z rodziny.
Kiedy w 1964 r. ukończyłem szkołę podstawową, pojechałem do Warszawy, aby podjąć naukę w liceum, kontynuowaną do 1968 r. Tam najbardziej brakowało mi właśnie tej fotografii. Atmosfera domu rodzinnego kojarzyła mi się zawsze z nią i mam ją do dzisiaj – wisi nad łóżkiem w moim warszawskim mieszkaniu. Kiedy patrzy na nią ktoś postronny, może mu się to wydawać bardzo błahe, ale dla mnie takie nie jest, ponieważ kojarzy się z dzieciństwem. Fakt, że przez całe lata „opatrzyłem się” z twarzą Księdza Prymasa, sprawił, że kiedy już mogłem go osobiście spotkać, od samego początku wydawał mi się bardzo, bardzo bliski. Miałem też wrażenie, że Ksiądz Prymas tę bliskość mi odwzajemniał. Nie odczuwałem wobec niego żadnego skrępowania ani jakiejś oficjalności, bo od dawna był w moim domu nie tylko gościem, lecz domownikiem. Z tego wypływa bardzo ważny wniosek: nie jest bez znaczenia, jak urządzamy swoje mieszkanie, jak wygląda nasz rodzinny dom, ponieważ w życiu dorosłym powrót do dzieciństwa odbywa się poprzez skojarzenia, które uznajemy za ważne i które nas głęboko kształtują.
Pierwsze osobiste spotkanie z Księdzem Prymasem miało miejsce w 1971 r., kiedy, jako klerycy warszawskiego seminarium duchownego, pojechaliśmy do Gniezna na uroczystości ku czci św. Wojciecha. Właśnie podczas tych uroczystości po raz pierwszy z nim rozmawiałem, a później wielokrotnie spotykałem go w seminarium duchownym. Czasami przybywał z Agostino Casarolim, przedstawicielem Ojca Świętego Pawła VI do spraw Kościoła na Wschodzie. Przybywał również sam, aby poznać tych, którzy przygotowują się do kapłaństwa w jego diecezji. Zawsze promieniował serdecznością i wzbudzał wielkie zaufanie. Później moje kontakty z Księdzem Prymasem były częstsze, najpierw po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1976 r., a potem podczas studiów w Rzymie.

W książce „Bóg, Biblia, Mesjasz” wspomina Ksiądz, że kardynał Wyszyński wiele razy Księdzu pomógł.

To, co było decydujące, miało miejsce pod koniec studiów seminaryjnych. Był rok 1974. Pomijam wszystkie okoliczności tego, co się wtedy wydarzyło, gdyż były dość skomplikowane. W okresie wakacji byłem bardzo zaangażowany w pracę z młodzieżą w tzw. oazach. Wyjeżdżaliśmy do Krościenka nad Dunajcem i tam pełniłem różne funkcje, m.in. zaopatrzeniowca. Pewnego razu pewien „przypadkowo” spotkany mężczyzna powiedział mi, że moje zaangażowanie jest za duże, że powinienem dać sobie spokój z tą pracą. Kiedy mu odpowiedziałem dosyć szorstko, rzekł, że to oni „rozdają karty”. To był początek kłopotów, które miałem po powrocie z wakacji do seminarium. Nasiliły się, gdy jesienią prowadziłem lekcje religii nieopodal Zalewu Zegrzyńskiego. Pojawiły się wtedy donosy, których sprawdzanie, niestety, nie wchodziło w rachubę. W grudniu rektor seminarium dał mi do zrozumienia, że do święceń kapłańskich nie dojdzie. Na szczęście byłem już diakonem. Wtedy decydująca okazała się interwencja Księdza Prymasa, który tę decyzję zmienił. Przez prawie półtora roku pracowałem jako diakon w parafii Budziszewice, w pobliżu Tomaszowa Mazowieckiego. Przed święceniami, kiedy przykra sytuacja znowu się powtórzyła, Ksiądz Prymas definitywnie wziął sprawy w swoje ręce. Pod koniec serdecznej osobistej rozmowy zapytał: „Chcesz być księdzem?”. Odpowiedziałem: „Chcę”. – „To nim będziesz!”.
Był to niezwykle trudny czas w moim życiu, gdyż nie wyobrażałem sobie, że mogę być kimś innym niż księdzem. Ksiądz Prymas doskonale to zrozumiał. Mogę powiedzieć z całą stanowczością, że to jemu zawdzięczam sakrament kapłaństwa. Nie tylko w tym sensie, że to on udzielił mi święceń kapłańskich 6 czerwca 1976 r., lecz i dlatego, że nie dopuścił, aby rozmaite przeszkody i trudności uniemożliwiły mi bycie kapłanem. Ostatnie słowo należało do niego. Mogę powiedzieć – nie chcę, żeby to zabrzmiało ani zbyt zdawkowo, ani zbyt wzniośle – że Ksiądz Prymas jest w najpełniejszym tego słowa znaczeniu moim ojcem. Zawdzięczam mu to, kim jestem.

Czyli działalność Księdza wśród młodzieży poczytano jako złą i to był główny powód trudności w dojściu do kapłaństwa.

Do końca nie znam wszystkich okoliczności ani ich nie dochodziłem, bo tak naprawdę mnie nie interesowały. Każdy kleryk był obserwowany. Jeżeli któryś wyróżniał się pracą, zwłaszcza z młodzieżą, często preparowano różne donosy, a władze seminaryjne nie zadawały sobie trudu, żeby je sprawdzać. Myślę, że tu właśnie widać doskonałe rozeznanie Księdza Prymasa, który 20 lat wcześniej był więziony i znał intrygi rozmaitych służb. Widział, jak na rozmaite sposoby wikłano ludzi. Z tego powodu przywiązywał większą wagę do tego, co mówi człowiek, którego to dotyczy, niż do tego, co ktoś inny o nim opowiada albo donosi.

Czy mógłby Ksiądz opowiedzieć o innych ważnych spotkaniach z naszym patronem?

W latach 1976-78 byłem wikariuszem w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach pod Warszawą. To był czas posoborowy, kilkanaście lat po Vaticanum II. Czas rozmaitych nowych inicjatyw. Proboszcz, ks. Tadeusz Karolak, zorganizował wtedy jeden z pierwszych w Polsce synodów parafialnych; jego podsumowanie odbyło się wiosną 1978 r. w obecności kard. Stefana Wyszyńskiego. Podczas Mszy św. wygłaszałem coś w rodzaju résumé i homilii. Po uroczystościach Ksiądz Prymas zapytał, co chciałbym w przyszłości robić. Odpowiedziałem bez wahania, że studiować biblistykę. Zapytał: „Gdzie?”. Odpowiedziałem: „W Rzymie”. Ksiądz Prymas odparł: „Dobrze. Chcesz, to będziesz”. To było decydujące. Musimy pamiętać, że w tamtych czasach było inaczej niż dzisiaj. Od tej decyzji wszystko zależało, łącznie z otrzymaniem paszportu i utrzymaniem w Rzymie. Ksiądz Prymas – mogę to powiedzieć, abstrahując od własnej sytuacji – ufał ludziom i umiał uszanować człowieka takim, jaki on jest. Nie było w nim nawet cienia zazdrości, która nie pozwoliłaby temu, który jest obok, wzrastać i dojrzewać. Przeciwnie, kiedy doszedł do wniosku, że ten człowiek do czegoś się nadaje, czynił wszystko, żeby rozwijać jego potencjalne możliwości. Tak było i ze mną, za co jestem mu bardzo wdzięczny.
Później miałem jeszcze wiele spotkań z Księdzem Prymasem. Mogę opowiedzieć o niektórych, choćby taką anegdotę: Do Rzymu przyjechałem 26 sierpnia 1978 r. – był to akurat dzień wyboru papieża Jana Pawła I. Pamiętam tłum zgromadzony na Placu św. Piotra i entuzjazm Włochów. Z początkiem września zamieszkałem w Papieskim Instytucie Polskim w Rzymie na via Pietro Cavallini, gdzie zawsze zatrzymywał się też Ksiądz Prymas. Przed wyjazdem do Włoch wysłałem sobie pocztą paczkę, w której była m.in. sutanna; wydawało mi się, że do września dojdzie. Okazało się, że nie – być może z powodu jej zawartości. Tak więc chodziłem ubrany w tzw. krótki strój kapłański (a były to czasy inne niż dzisiaj, księża chodzili raczej w sutannach). Pewnego dnia, podczas posiłku, rektor instytutu, ks. infułat Franciszek Mączyński, mówi do Księdza Prymasa: „Widzi, kogo przysłał? Nawet sutanny nie ma!”. Kard. Wyszyński na to: „Nie ma? To jest poważny brak!”. Do mnie zaś powiada: „Nie martw się, coś z tego będzie. Ks. rektor na pewno na tę sutannę da ci pieniądze albo ją kupi”. Na co rektor: „Nie, nie! Paczka wysłana, to na pewno przyjdzie! Zaczekamy, zaczekamy!”. Ta sytuacja pokazuje zwyczajne ludzkie spojrzenie i poczucie humoru Księdza Prymasa.
Kard. Wyszyński miał w sobie coś, co jest rzadkie u osób ważnych w hierarchii kościelnej. Miał czasami spojrzenie chłopca, który chce spłatać figla. Działo się to w sprzyjających temu sytuacjach, w momentach rozluźnienia. Oczywiście, nie robił tego w stosunku do słabszych od siebie, bo nie na tym to miało polegać. Płatał figle tym, którzy sami siebie uważali za ważnych. Miał wtedy figlarny uśmiech, z którego wynikało, że zaraz sytuacja, choćby najbardziej kłopotliwa, zmieni się na lepsze. Zachował tę umiejętność do końca swego życia. Zachował też świeżość w ocenie drugiego człowieka, w spojrzeniu na rozmaite sprawy, zwłaszcza sprawy bardzo ważne.
Kilka dni później (licząc od dnia rozmowy o sutannie) Ksiądz Prymas wybierał się z powrotem do Polski. Było to 8 września. Wtedy dokonał mi wpisu do książki wydanej w 1969 r. w Stanach Zjednoczonych dla uczczenia Tysiąclecia Chrztu Polski, który brzmi tak: „Drogiemu księdzu Waldemarowi Chrostowskiemu błogosławi na pracę w Rzymie, na Instytucie Biblijnym, z życzeniami, by uniknął błędów, których ja nie zdołałem uniknąć. + Stefan Wyszyński, Roma, 8 XII 1978”. Jakże zobowiązująca to dedykacja i jakże pokorna! Wielki Prymas Tysiąclecia, człowiek, który cierpiał dla Chrystusa, który był internowany, który był obrazem Polski i polskości za granicą, napisał o błędach, których nie zdołał uniknąć… Nie znam nikogo, kto jest tak pokorny! Ten wpis pokazuje prawdziwą twarz Księdza Prymasa. Jest w nim zawarta doza czułości i dobroci, która onieśmiela i zobowiązuje.
Wtedy, gdy rozpoczynałem studia, gdziekolwiek powiedziało się we Włoszech „Polonia”, to natychmiast słyszało się: „Wyszyński! Wyszyński!”. Nie było żadnych innych skojarzeń. „Polonia” to Wyszyński!
Pod koniec września 1978 r. zmarł papież Jan Paweł I. Kilka dni później Ksiądz Prymas znowu przyjechał do Rzymu. Widać było wyraźnie jego żal, smutek i zaskoczenie. Zauważyłem, że modlił się więcej niż wcześniej. Był poruszony tym, co się wydarzyło. Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, kiedy to na dzień przed konklawe do naszego Instytutu, gdzie mieszkał także Ksiądz Prymas, przybył kard. Karol Wojtyła. Podczas obiadu Ksiądz Prymas zaczął mówić o śmierci Jana Pawła I oraz o tym, że jego dzieło trzeba podjąć i kontynuować. W imieniu, które sobie przybrał, zawierały się imiona dwóch poprzedników: Jana XXIII i Pawła VI. Następnie Ksiądz Prymas malował sylwetkę przyszłego papieża. Było to długie i dość osobiste przemówienie. Zakończył je słowami, że nowy papież to będzie Jan Paweł II, który będzie kontynuował rozpoczęte dzieło. Kard. Wojtyła słuchał tych słów (głowę miał opuszczoną na piersi, nogi wyciągnięte pod stołem). Słuchał i słuchał, po czym obaj wstali i wyszli. Nazajutrz udali się na konklawe…
W poniedziałek 16 października 1978 r. świat obiegła wieść, że papieżem został kard. Karol Wojtyła, który przybrał imię Jan Paweł II. Wtedy nastąpił zwrot w życiu kard. Wyszyńskiego. Do tej pory czuł się jedynym odpowiedzialnym za to, co dzieje się w Kościele w Polsce. Czuł, że cały ciężar przewodzenia spoczywa na jego barkach i zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności, która z tego wynika. Był ikoną Polski na całą Europę. Wtedy sporo podróżowałem. W Holandii, Belgii, Francji i Włoszech słyszałem jedno: „Polonia?” – „Wyszyński!”, „Pologne?” – „Wyszyński!”. W 1978 r. taką ikoną stał się Jan Paweł II.
Wybór papieża Polaka to była niezwykle poruszająca chwila. Kiedy Ksiądz Prymas wrócił po konklawe do Instytutu, widać było, że jakby zdjął z siebie jakiś ciężar. Muszę przytoczyć pewną rozmowę, którą wtedy z nim odbyłem. Powiedziałem: „Chyba Ksiądz Prymas czuje się trochę jak Jan Chrzciciel?”. – „A dlaczego tak myślisz?”. – „On przygotował drogę dla Jezusa, a Ksiądz Prymas dla Jana Pawła II”. – „Wiesz, ty masz rację. Mój czas już jest skończony”. Powiedział to z poczuciem ogromnej ulgi.
Kiedy mówimy o kard. Stefanie Wyszyńskim, trzeba podkreślić coś, co, niestety, nie jest dostatecznie podkreślane, a odbywa się też z wielką krzywdą dla Polski. Chodzi o słowa, które wypowiedział Jan Paweł II tydzień po konklawe, 23 października 1978 r.: „Czcigodny i umiłowany Księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu, co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego papieża Polaka, który dziś pełen bojaźni Bożej, ale i pełen ufności rozpoczyna nowy pontyfikat, gdyby nie było Twojej wiary nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twojego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, który jest związany z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem”. To jest klucz do historii Polski! Nie byłoby Jana Pawła II bez kardynała Stefana Wyszyńskiego! Kto tego nie rozumie – niczego nie rozumie. Albo, co częstsze, celowo chce zakłamać najnowszą historię Polski.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 9/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum