Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„JAK PISAŁEM IV TOM ‘DZIEJÓW POLSKI’”

Aktualności

28.01.2020 15:04

Prof. Andrzej Nowak z IV tomem swojego bestsellerowego cyklu „Dzieje Polski”. Fot. Michał Klag

 

 

 

Prof. Andrzej Nowak z IV tomem swojego bestsellerowego cyklu „Dzieje Polski”. Fot. Michał Klag

 

Obywatel Polski nie ma powodu doznawać poczucia klęski

Prof. Andrzej Nowak

 

Pisanie tego tomu [IV t. „Dziejów Polski” – przyp. red.] odbywało się trochę na tempo, jak zwykle w wydawnictwie Biały Kruk; trzeba było zdążyć jak najprędzej do Czytelników. Muszę przyznać, że niewątpliwie jest wielką przyjemnością i motywacją dla autora świadomość, że ma odbiorców, którzy czekają na jego książki. Pisanie tej akurat było dla mnie radosnym odkrywaniem różnych nieoczekiwanych aspektów historii naszego Złotego Wieku, często niewidocznych z kart podręczników historycznych. Czytając jak najwięcej, przygotowując ten tom, przekonywałem się wciąż, że określenie „Złoty Wiek” nie jest bynajmniej pustym sloganem.
Kultura i dyplomacja
Jeśli pomyśli się o skali dokonań i wielkości dziedzictwa stworzonego w latach 1468–1572, to czuje się respekt, a przede wszystkim wdzięczność wobec dawnych pokoleń Polaków. To jest czas, kiedy kształtuje się instytucjonalnie i w pewnym sensie obyczajowo nasza kultura, także polityczna, kultura polityczna sejmików, sejmu, udziału obywateli w życiu publicznym. Kultura jakże wtedy dramatycznie inna od tego, co działo się w większości ówczesnych krajów Europy. Warto sobie odświeżyć pamięć o owym arcybogatym życiu politycznym nie tylko Polaków i Litwinów, ale także Rusinów z pochodzenia, a z obywatelstwa Polaków – jak pięknie ujął to Stanisław Orzechowski: gente Roxolanus, natione Polonus. To czas, w którym życie polityczne dało z siebie tak wspaniałe osiągnięcia jak ruch egzekucji praw i dóbr, imponujący przejaw życia obywatelskiego. Nie należy zapominać, iż życie polityczne zawsze się psuje w demokracji, że tylko w systemie totalitarnym nie reformuje się ustroju. Natomiast demokracja, republika, wymaga stałej reformy i taka stała reforma, a raczej autoreforma, udawała się wówczas Rzeczypospolitej.
W dokumentach, które czytałem pisząc tę książkę, wyczuwałem przekonanie tych, którzy mieszkali wtedy w Polsce, że uczestniczą w życiu europejskim – w najlepszym znaczeniu tego pojęcia. Wtedy tysiące Polaków studiowało na uniwersytetach włoskich, niemieckich czy na francuskich (choć tam mniej). Ale także tysiące studentów spoza Polski studiowało wówczas na Uniwersytecie Krakowskim, przynajmniej do połowy XVI wieku. To był czas bardzo żywej, ponadgranicznej wymiany intelektualnej; w poczuciu równoprawnej partycypacji w życiu kulturalnym Europy rozwiązywano zarazem problemy polskiego ustroju, polskiego systemu politycznego, systemu opartego na wolności i samorządzie. Stosowano rozwiązania wg własnych recept, bez oglądania się na zdanie, na opinię, a już zwłaszcza na „porady terapeutyczne” jakichś zewnętrznych wobec Polski ośrodków.
Drugi aspekt, który wydaje mi się szczególnie ważny w tym okresie i który odkrywałem z coraz większym i zachwyceniem, i wdzięcznością dla tamtych czasów, to po prostu rozkwit naszej kultury, w której centrum znalazł się język, słowo, literatura, polska literatura. IV tom zaczyna się od 1468 roku, a pięć lat później zaczynają się dzieje drukarstwa w Polsce, w Krakowie, w klasztorze Bernardynów – Polska była pod tym względem akurat jednym z pionierów w Europie. Przypomnę, że drukarz z Litwy zakładał pierwsze drukarnie w Londynie, inny poddany Kazimierza Jagiellończyka, Polak – w Hiszpanii.
To czasy, które nie tylko bez kompleksów powinniśmy wspominać, ale powinniśmy do nich nawiązywać z poczuciem zobowiązania dla dzieła, które wtedy zostało dokonane. To czasy, w których druk połączył się z debatami sejmikowymi, z żądaniami tam wysuwanymi, żeby językiem publicznych dyskusji stał się język polski, nie tylko łacina – i to stanowiło właśnie podstawę tego sukcesu, jaki był udziałem Mikołaja Reja. Po nim w najwyższe sfery kultury języka wzniósł się Jan Kochanowski. Do tego nawiązuję, dużo o tym piszę, bo wydaje mi się to szczególnie ważne, a w wielu książkach historycznych poświęconych poszczególnym epokom kultura na ogół jest traktowana po macoszemu. Dla mnie kultura stoi w samym centrum opowieści o polskim Złotym Wieku, bo ona jest najważniejszym niewątpliwie dziedzictwem tamtego okresu dziejowego.
Piszę też dużo o historii politycznej i staram się w tej dziedzinie także przedstawić najnowsze ustalenia historyczne. Moje interpretacje nie są jakąś swobodną grą skojarzeń, ale opierają się po prostu na coraz bardziej przekonujących, coraz głębiej wnikających opracowaniach monograficznych moich koleżanek i kolegów, którzy zajmują się szczegółowo tą epoką i zmieniają jej wizerunek. Gdyby odnieść się do tego, co napisał Michał Bobrzyński w swoich „Dziejach Polski” (zwracam uwagę, że jako ich autor był troszkę niedowarzonym smarkaczem – miał zaledwie 27 lat, kiedy poważył się ocenić hurtem krytycznie całość naszej historii, a zwłaszcza jej jagiellońską epokę), albo do wspaniałego eseju, tak błyskotliwie napisanego lat już ponad 55 temu, Pawła Jasienicy „Polska Jagiellonów”, to widzimy, jak dziś jednak dużo więcej wiemy o Złotym Wieku. Obserwujemy bowiem stały postęp badań w historiografii i z tej perspektywy możemy inaczej zobaczyć epokę Jagiellonów. Nie jest to czas kryzysu, upadku – to zupełnie fałszywe spojrzenie. To czas wyjątkowej aktywności kulturowej w naszej historii, jak to już podkreśliłem, ale także rozsupływania bardzo groźnie wtedy zapętlających się wokół państwa polsko-litewskiego geopolitycznych sieci.
Rozsupływanie właśnie, nie rozcinanie mieczem – to jest charakterystyczne dla omawianych tu lat. To nie jest jeszcze czas wielkiej sławy i chwały militarnej; raptem dwa duże zwycięstwa – dwa na 104 lata – czyli Orsza i Obertyn. Dopiero zaczyna się czas wspaniałych osiągnięć polskiego oręża, ale na razie, powiedziałbym: na szczęście, udawało się większość problemów geopolitycznych rozwiązywać inaczej: przy pomocy dyplomacji, z wykorzystaniem tej siły, tych więzi, które nie pozwalały rozerwać Rzeczypospolitej od środka. Inaczej niż w tylu innych krajach europejskich, które były rozrywane przez spory wyznaniowe po reformacji, w Polsce akurat nie prowadziły one do rozpadu Rzeczypospolitej, ale przeciwnie – do jej umocnienia.
Książka idzie na wojnę
Wojna w kulturze trwa chyba od zawsze, a w każdym razie wyraźnie to widać od końca średniowiecza, kiedy pojawiły się jakby alternatywne wizje rozwoju człowieka wobec tej, która łączyła wcześniej cywilizację łacińską. Pojawiło się istotne pęknięcie. O tym też piszę w IV tomie. To pęknięcie związane z reformacją. Wówczas wojna w kulturze rozgorzała na całego i ona praktycznie od tej pory już się nie kończy, po dzień dzisiejszy trwa. Oczywiście zmieniają się jej formy, zmieniają się argumenty, ale spór o to, co znaczy kultura i jak ma wyglądać model dobrego życia, model człowieka – ten spór trwa.
Wiek XVI w Polsce, konkretnie jego połowa i druga połowa, to wojna w kulturze prowadzona już, zwróćmy uwagę, nowoczesnymi metodami, bo przy pomocy książek.Wcześniej tego nie było, bo nie znano druku. Tu już mamy swoisty pojedynek na książki, wydawane z jednej strony przez zwolenników kalwinizmu, przez zwolenników idei braci polskich, zwanych arianami, przez protestantów, a z drugiej strony oczywiście przez obrońców katolickiej prawowierności.
Ten spór toczy się jednocześnie razem z równoległą debatą o Rzeczypospolitej: czy podziały religijne powinny prowadzić do podziałów wspólnoty politycznej? To jest pytanie, które wtedy się także pojawia i ono znajduje w Polsce negatywną odpowiedź. Na szczęście negatywną, tzn. podziały religijne okazały się płytsze od poczucia wspólnoty politycznej i słabsze od zdolności do prowadzenia rozmowy. Wymiana argumentów zamiast wymiany ciosów okazała się ważniejsza niż niemal we wszystkich innych ówczesnych narodach europejskich, które tak jak Polska zostały podzielone przez spór reformacji z kontrreformacją. O tym właśnie, o tych dwóch aspektach, próbuję pisać, przedstawiać je także trochę w polemice z takim schematem, który często bywa powielany przez publicystów, że Polacy ówcześni mieli płytką religijność i dlatego jakoś się dogadywali, dla świętego spokoju. Tutaj pokazuję, jak fałszywy jest to obraz, jak bardzo dramatyczny charakter miały te spory i jak poważne argumenty były używane i przyjmowane po to, żeby Rzeczpospolita się nie rozpadła, mimo że była to Rzeczpospolita ludzi poróżnionych w wierze.
Naród i tolerancja
Jak dotąd w kolejnych tomach staram się walczyć z pewnego rodzaju stałą perspektywą, którą narzuciły polskiej historiografii rozbiory i tragedie XX w. To znaczy, na wszystko, co było wcześniej, patrzymy jako na źródła klęski. Nie uważam, żeby w 2020 r. obywatel Polski musiał przeżywać poczucie klęski. Polska nie jest dzisiaj przegranym krajem. Polska wydawała się przegranym krajem w czasach PRL-u. Polska była tym bardziej przegranym krajem w okresie rozbiorów, kiedy np. swoje „Dzieje” pisał Michał Bobrzyński. Stąd być może ten żółcią zaprawiony portret pierwszej RP – wynikał z gorzkiego doświadczenia rozbiorów. Ale tego rodzaju historia, w której szukamy tylko źródeł klęski, źródeł upadku, jest strasznym zafałszowaniem, bo po prostu tak się historia nie dzieje, by wszystko, co np. dzisiaj robimy, przygotowywało naszą klęskę za lat 500. To jest zupełnie fałszywe odczytanie naszych dziejów.
Ktoś za 300, za 500 lat oczywiście może napisać, jeśli wtedy jeszcze będzie się pisać, że w naszych działaniach z początku XXI wieku tkwiło przygotowanie jakiejś kolejnej wielkiej klęski. Ale przecież to nie jest coś, co nas motywuje do działania, to nie jest coś, o czym myślimy, podejmując nasze działania, a ja muszę – przynajmniej tak mi się wydaje, taki jest obowiązek historyka wynikający z jego szacunku dla przeszłości – muszę przede wszystkim odtworzyć to, czym żyli nasi przodkowie, jak rozumieli pewne pojęcia, które my dziś rozumiemy inaczej. Szczególnie „tolerancja” należy do takich pojęć, które przez to, że dzisiaj zmieniły swoje znaczenie, wydają nam się w pewnym sensie podejrzane. W okresie PRL-u, pamiętamy, też to słowo było nadużywane, choć w innym sensie, także propagandowym. W XVI w. miało na pewno inne znaczenie dla tych ludzi, którzy wtedy żyli. Ono oznaczało tyle: możemy żyć ze sobą razem, możemy się nie pozabijać jak nasi zachodni sąsiedzi, czyli Niemcy, Francuzi, Anglicy, Holendrzy itd., bo się tolerujemy, znosimy swoje odmienności, choć ich wcale nie akceptujemy.
Dziś „tolerować” zamienia się błędnie w „akceptować”. Wszystkie najbardziej „postępowe” narody, które są nam teraz stawiane za wzór, wtedy stawiane były przez obywateli Rzeczypospolitej za antywzór – i to trzeba sobie jasno uświadomić, by nie kopiować kalek z dnia dzisiejszego, omawiając wydarzenia z XVI w. A więc ja nie dopatruję się w tolerancji XVI w. ani źródeł upadku Polski w wieku XIX, ani kryzysu Polski w XX w.; próbuję patrzeć na nie w kategoriach takich, w jakich rozumiano to pojęcie w XVI w.
Wielokrotnie też nawiązuję do kwestii nacjonalizmu. Oczywiście nikt nie używał w XVI wieku pojęcia „nacjonalizm”, natomiast jak najbardziej używano wówczas pojęcia „naród”. Staram się tutaj odrzucić uproszczenia, które dzisiaj często się pojawiają, choć może bardziej w publicystyce historycznej niż w rzetelnej historiografii, które jednak wpływają na współczesną wyobraźnię historyczną. Usiłują one przekonywać swoich odbiorców, że nie było wtedy żadnych narodów, nie było żadnej świadomości narodowej, że to jest nie tyle wymysł, ile proces społeczny związany z XIX wiekiem. Pokazuję jednak źródłowo, że to jest nieprawda. Świadomość narodowa istniała od dawna. Oczywiście w XVI wieku to była inna świadomość narodowa niż świadomość np. chłopów w wieku XX, ale elementy tożsamości narodowej pojawiają się setki lat temu i można je badać, można badać ich intensywność, ich kontekst, ich znaczenie. Staram się pokazywać, jak bardzo wielkie znaczenie miała epoka Złotego Wieku dla wzmacniania poczucia tożsamości narodowej, głównie właśnie przez rozwój kultury języka, przez rozwój także i upowszechnienie języka pisanego.
Odrzucam również drugą perspektywę, też często dzisiaj się uwidaczniającą, w której mówi się o straszliwych zbrodniach nacjonalizmów, rzutując je na historię XIX i XX w. Ale na pewno nie wszystkie zbrodnie w historii ludzkości, nawet w XIX i XX w., związane są z motywacją nacjonalistyczną, a już na pewno w XVI w. pojęcie tożsamości narodowej nie było głównym źródłem konfliktów i to trzeba też mieć na uwadze, kiedy analizuje się wydarzenia z tamtego okresu.
Niedawno spotkałem się z interpretacją, że Wielki Głód na Ukrainie, który kosztował życie kilka milionów osób, nie był dziełem Stalina ani natury (zbiegu niekorzystnych anomalii klimatycznych), ale skutkiem nacjonalizmów. To by znaczyło, że można dzisiaj za wszystko winić nacjonalizm. To wyjątkowe uproszczenie. Naprawdę niewiele da się sensownie wytłumaczyć tym zjawiskiem.

 

 

  Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum