Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„INGERENCJA MINISTERSTWA W SWOBODĘ BADAŃ NAUKOWYCH!”

Aktualności

29.01.2019 9:50

Urna w Bibliotece Narodowej w Warszawie z prochami książek z warszawskich bibliotek spalonych przez Niemców podczas Powstania Warszawskiego.

 

 

 

Urna w Bibliotece Narodowej w Warszawie z prochami książek z warszawskich bibliotek spalonych przez Niemców podczas Powstania Warszawskiego.

 

Nowy rodzaj cenzury. Reforma uczelni jako młot na polską humanistykę

 

Z prof. WOJCIECHEM POLAKIEM, historykiem z Uniwersytetu
Mikołaja Kopernika w Toruniu, rozmawia Adam Sosnowski

 

Adam Sosnowski: Panie Profesorze, od kilku miesięcy w mediach i środowiskach naukowych jest bardzo głośno o tzw. reformie ministra Jarosława Gowina, która wprowadza wiele zmian w sposobie funkcjonowania polskich uniwersytetów i w miarę jej realizacji jest już krytykowana de facto przez wszystkich, niezależnie od preferencji politycznych. Reforma szczególnie mocno uderza w humanistykę; jaka przyszłość czeka ją po reformie?

Prof. Wojciech Polak: Wyjaśnijmy na początku jedną sprawę; mówiąc o humanistyce mam na myśli także nauki społeczne. Jeszcze w XIX wieku zaliczano je do nauk humanistycznych i było to moim zdaniem podejście słuszne. Co zaś się tyczy istoty pytania – niestety reforma oznacza redukcję humanistyki w wielu szkołach wyższych. Wprowadzone przez ministra Gowina mechanizmy doprowadzą do likwidacji kierunków humanistycznych na wielu uczelniach, zwłaszcza tych mniejszych, regionalnych. Nawet jednak duże uniwersytety będą musiały redukować humanistykę. Odnosi się wrażenie, że docelowo ustawa zmierza do tego, aby takie kierunki jak politologia, filozofia, kulturoznawstwo, bezpieczeństwo wewnętrzne, socjologia czy inne podobne istniały tylko na trzech lub czterech uczelniach w kraju. Wydaje się także, że humanistyka jest w intencji twórców ustawy uznana za mało potrzebną, gdyż jest zasadniczo „bezproduktywna”. Zapomina się o tym, że humanistyka leży na pograniczu nauki oraz kultury i uderzenie w nią jest także uderzeniem w kulturę narodową. Zapomina się także o fakcie, że naszemu krajowi potrzebna jest duża ilość absolwentów kierunków humanistycznych. Ktoś może zapytać się, po co kształcimy tylu filozofów czy politologów? Oczywiście, większość z nich nie znajdzie miejsc pracy zgodnych w sposób ścisły z ich wykształceniem. Zdobyta wiedza, kondycja umysłowa, umiejętność poszerzania swoich kompetencji i badania problemów powodują jednak, że absolwenci kierunków humanistycznych trafiają do wielu instytucji, przedsiębiorstw, korporacji, w których potrzebna jest głęboka wiedza humanistyczna, kreatywność i umiejętność samokształcenia. Niestety, odnoszę wrażenie, że ministerstwo tego po prostu nie rozumie.

To jednak nie wszystko. W humanistykę, ale i w naukę jako całość, uderzy również kolejny pomysł ministra Gowina, który przygotował listę wydawnictw uznanych przez urzędników i przez samego ministra za naukowe. Publikacja poza nimi dla naukowców będzie oznaczała, że taka książka nie będzie liczyć się im do dorobku. To ministerstwo będzie wskazywało, kto może wydawać naukowo, a kto nie. A to już naprawdę wygląda jak cenzura.

Tak, jest to nieuprawniona ingerencja organu administracyjnego, jakim jest ministerstwo, w swobodę badań naukowych. Odgórne, aprioryczne ustalanie, które wydawnictwo jest naukowe, a które nie, to jest istotnie rodzaj cenzury.

To oznacza zarazem odgórne, urzędnicze ustalenie, która książka jest naukowa, a która nie.

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Osoba aspirująca na stopień doktora lub doktora habilitowanego musi posiadać (zgodnie z nową ustawą) publikacje w pismach wysoko punktowanych lub książkę opublikowaną w wydawnictwie, które otrzyma odpowiedni certyfikat Ministerstwa. Owi monopoliści narzucą z pewnością nieludzkie ceny za możliwość wydania książki. Dzisiaj można wydać książkę naukową za 5–7 tys. zł. Obawiam się, że w niektórych certyfikowanych wydawnictwach będzie to nawet 20–30 tys. zł.

Słusznie Pan powiedział o „niektórych certyfikowanych wydawnictwach”, ponieważ długo nie było wiadomo, jakie wydawnictwa zostaną przez MNiSW uznane za naukowe. Kilkakrotnie pytałem o to w ministerstwie jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale na to pytanie odpowiedzi nie otrzymałem. Dopiero 18 stycznia nagle minister ową listę opublikował. Dlaczego minister nie chciał zdradzić, jakie wydawnictwa znajdują się na tej liście?

Nie wiem. Zapewne obawia się protestów. Utajnienie procesu decyzyjnego i niejasny dla ogółu sposób podejmowania decyzji budzą napięcia. I słusznie. Przez cały ten okres, o którym Pan wspomniał, docierały do nas tylko różne, skandaliczne plotki. Ale taka atmosfera, że „nikt nic nie wie”, generuje jeszcze większe napięcia.

I napięć w środowisku naukowym rzeczywiście nie brakuje, gdyż większość badaczy uważa, że to nie miejsce wydania, ale jakość książki powinna decydować o jej naukowości. Jak zatem powinien wyglądać proces publikacji monografii i innych książek naukowych?

Moim zdaniem w ogóle nie powinno być żadnych odgórnie nadawanych certyfikatów głoszących, że wydawnictwo jest naukowe lub nie. Każda wydana książka powinna być oceniana na ile jest wartościowa dla nauki, nie poprzez system punktowy, ale przez recenzje. Było tak przez wieki i nie wiem, po co to zmieniać. Zwracam też uwagę na fakt, że w humanistyce wiele bardzo cennych pozycji książkowych może formalnie nie spełniać rozmaitych norm przyjętych dla publikacji naukowych. I co z tego? Czy jeżeli ktoś napisze znakomitą książkę historyczną bez całej masy przypisów, to znaczy, że nie ma ona wartości naukowej? To absurd.

Niestety, ale tego uczy się młodych naukowców już od poziomu studiów doktoranckich. Zdarzały się przypadki, że prace były odrzucane, ponieważ były w nich pojedyncze strony bez przypisów… Do tego dochodzi nieustanne ciśnienie, żeby publikować w innych językach i najlepiej w niepolskich czasopismach czy wydawnictwach.

Ministerstwu zależy na tym, żeby polscy naukowcy publikowali za granicą, gdyż ma to zbliżać naszą naukę do „światowego” poziomu. Dla naukowców humanistów takie stawianie sprawy to nieporozumienie. Nie ma zjawisk fizycznych czy reakcji chemicznych polskich i zagranicznych. Poważny artykuł z dziedziny chemii lub fizyki może się dość łatwo ukazać za granicą w czasopiśmie o wysokiej ilości punktów. Jednakże większość przedstawicieli nauk humanistycznych jest w sytuacji beznadziejnej. Np. historycy polscy zajmują się głównie historią Polski lub jej regionów. Nikt w wysoko punktowanym piśmie historycznym w Europie Zachodniej lub USA nie opublikuje artykułu o Armii Krajowej w powiecie rawskim, życiu sejmikowym szlachty na Podlasiu lub o powstaniu styczniowym na Suwalszczyźnie. Oczywiście historyk polski może napisać od biedy artykuł o głodzie w Irlandii w XIX wieku, powstaje jednak pytanie – czy zrobi to lepiej niż Irlandczyk?

I na ile będzie to służyć Polakom…

W interesie naszego państwa i naszej dobrze pojętej polityki historycznej leży to, żeby owych artykułów o powiecie rawskim lub Suwalszczyźnie powstawało jak najwięcej. Oczywiście znajdą się spryciarze, którzy zaczną publikować w zachodnich czasopismach artykuły w duchu gender, np. o problemach transwestytów na Podlasiu. Takie tematy znajdą tam wzięcie, powstaje jednak pytanie, czy państwo rzeczywiście powinno promować tego rodzaju twórczość. Jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Koszt wydrukowania artykułu w piśmie wydawanym w Europie Zachodniej lub w USA może przekroczyć 10 tysięcy zł. Spora część zachodnich pism naukowych nastawionych jest na zysk i należy do wielkich koncernów prasowych. Często spotykane jest nabijanie przez owe pisma punktów poprzez ustawki, czyli spółdzielnie autorów w celu uzyskania wysokiego tzw. indeksu cytowań Hirscha na zasadzie wymiany usług: ja cytuję ciebie, a ty cytujesz mnie. Gdy polski autor wysyła do nich tekst, procedura jest następująca: 100 dolarów za przyjęcie, potem żądają po 300 dolarów dla każdego z 2 recenzentów, potem zaś orzekają, że przekład na angielski jest marny i żądają 1100 dolarów na tzw. native speakera. W sumie łaskawie publikują za minimum 1800 dolarów. Czy nie jest to wyrzucanie polskich pieniędzy w błoto? No i skąd młodzi naukowcy mają wziąć pieniądze na takie ekscesy? A co mają zrobić regionaliści zajmujący się dziejami Warmii, Pomorza, Mazowsza, Śląska, Opola, Olsztyna, Katowic, Leszna, Wałcza, Zielonej Góry lub Przemyśla? Przypominam, że pisma regionalne, które publikowały ich teksty, miały po 2–3 punkty, a pod rządami nowej ustawy ich los nie jest lepszy.

Tym samym doszliśmy do kolejnego punktu ustawy, który jest mocno krytykowany – pisanie o sprawach regionalnych, lokalnych staje się nieopłacalne. Nauka polska ma się wpisać w główny nurt globalny, kosmopolityczny, z wszystkimi tego ideologicznymi konsekwencjami.

Oznacza to upadek setek wspaniałych naukowych humanistycznych pism regionalnych. Naukowcy nie będą chcieli do nich pisać, gdyż nie da to im właściwej ilości punktów, a w nowej ustawie liczą się wyłącznie pisma wysoko punktowane. Polskich pism z dziedziny nauk humanistycznych i społecznych odnotowywanych w bazach międzynarodowych jest bardzo mało. Ministerstwo wprawdzie zorganizowało konkurs dla pięciuset czasopism polskojęzycznych, które przez pewien czas będą uważane automatycznie za wysoko punktowane, ale niewiele to zmienia. Konkurs zostanie rozstrzygnięty przez kilkunastoosobowe komisje dotyczące poszczególnych dyscyplin, złożone z naukowców z różnych uczelni. Powiedzmy wprost: takich pism w danej dyscyplinie będzie mało i niewiele osób „dopcha się” do nich. Poza tym wiele na to wskazuje, że stypendia dostanie przede wszystkim szereg periodyków związanych z uczelniami, a mnóstwo znakomitych pism regionalnych obejdzie się smakiem. Los ich mało kogo będzie obchodzić. Także ministerstwo nie przejmuje się losem takich znakomitych periodyków jak „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, „Łambinowicki Rocznik Muzealny”, „Rocznik Toruński” i wiele, wiele innych.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 1/2019 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum