Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

GDY ROSJA STAŁA SIĘ GWARANTEM ZŁA W RZECZYPOSPOLITEJ

Aktualności

26.02.2018 15:16

 

 

Mimo zdławienia ruchu konfederackiego na Podolu zarzewie zbrojnego buntu odnawiało się i gasło w coraz to innych miejscach Rzeczypospolitej. Reprodukcja obrazu Józefa Brandta. 

 

 

250. rocznica zawiązania Konfederacji Barskiej.

 

Dr hab. Martyna Deszczyńska

 

W latach 1936–1938 ukazało się dwutomowe dzieło Władysława Konopczyńskiego Konfederacja barska. Autor, wybitny historyk związany z narodową demokracją, kończył pisanie książki niejako pod pulpitem… ławy Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, nieco nudząc się na posiedzeniach niemrawej IV kadencji. Nikt nie mógł wówczas przypuszczać, że będzie to na długie, długie lata jedyna poważna praca polskiego badacza o ruchu rozpoczynającym epokę powstań. Na temat sytuacji międzynarodowej początku II połowy XVIII wieku Konopczyński pisał: Rosja tworząca tzw. system północny pod wodzą Katarzyny II, skupiła wokół siebie Prusy, Szwecję, Danię i podporządkowała sobie Polskę, rugowała francuskie wpływy w osłabionej Turcji, zaś słaba Polska, wtłoczona w klamrę prusko-rosyjską, bez cienia ratunku skądkolwiek bądź, musiała lgnąć całym jestestwem ku dobrotliwej Rosji, aby nie ulec rozdarciu między nią a Prusy. A tak oddając się wschodniej przemocy, musiała się wyrzec własnej istoty moralnej.
Żeby zrozumieć dramat rozgrywający się w latach 1768–1771, należy cofnąć się do lat poprzedzających go bezpośrednio, czyli początków panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nawet wcześniej – do schyłku czasów saskich. Postępujący w Rzeczypospolitej Obojga Narodów uwiąd myśli państwowej i poczucia racji stanu wyrastał bezpośrednio z hasła: „Polska nierządem stoi”. W praktyce oznaczać to miało, iż racją istnienia naszego państwa jako elementu konfiguracji międzynarodowej jest słabość wynikająca z odmienności ustroju, która skrępowała rozwój silnej władzy monarszej w imię tzw. swobód i wolności obywatelskich. Oprócz wolnej elekcji i liberum veto należało do nich także prawo wypowiedzenia posłuszeństwa monarsze uznanemu za niesprawiedliwego, a zwłaszcza za dybiącego na gwarantowane wolności szlacheckie. Formą takiego wypowiedzenia posłuszeństwa była „konfederacja przeciw królowi”, we władzach której – dla sprężystości działania – decyzje podejmowano większością głosów, bez stosowania zasady liberum veto. Szlachta chciała chronić kraj przed absolutyzmem, różniąc się tym zasadniczo od okalających granice Polski i Litwy fryderycjańskich Prus, terezjańskiej Austrii, a także Rosji carów, które to państwa właśnie poprzez tzw. absolutyzm oświecony, mający formę nowoczesnego centralizmu, poważnie wzmacniały swą pozycję. Przemożne okazało się tu w szczególności panowanie nad Newą Katarzyny II – Niemki z pochodzenia, wdowy po Piotrze III Romanowie. Była ona mocodawczynią młodego króla Stasia, obranego władcą Rzeczypospolitej pod osłoną bagnetów rosyjskich.
Nie należy zapominać, że rozum polityczny ludzi tamtej epoki rządził się innymi prawami niż dziś. Magnatom polskim i litewskim absolutnie chodziło o utrzymanie państwa (ze zgrozą przyjęliby wieść o jego rychłym upadku), ale państwa słabego, w którym ich splendory rodowe, bogactwo, dostęp do najwyższych
urzędów dochodów, nieskrępowana niczym wola i władza byłyby prawie równe królewskim (w Koronie) i wielkoksiążęcym (na Litwie). W tym celu dbali o zapewnienie sobie sojuszników za granicą – na dworach przyszłych rozbiorców, ale też czasem w Paryżu, Dreźnie lub Sztokholmie. Sojusznicy ci byli niezbędni dla osiągania korzyści wewnątrz państwa polskiego, w tym w rozgrywkach na arenie sejmowej i polu elekcyjnym.
Zwiastuny bardziej propaństwowego myślenia przejawiali pojedynczy obserwatorzy jeszcze w czasach saskich: Stanisław Szczuka, ks. Stanisław Konarski oraz Stanisław Leszczyński, niefortunny władca, usiłujący przy pomocy szwedzkiej i francuskiej utrzymać się na tronie polskim w okresie bezkrólewia po śmierci Augusta II Wettina. W okresie późniejszym, stanisławowskim, przedstawiciele rodu Czartoryskich (zwanego Familią) budzili wolę oporu przeciw prywacie i swoistemu zjawisku warcholstwa, opierając wszakże swe rachuby polityczne na Rosji. Żywili jednocześnie przekonanie o własnej „misji zbawczej”, w tym posiadaniu monopolu na wiedzę, jak wzmocnić kraj. Przywódcy Familii – regimentarz generalny wojska koronnego i wojewoda ruski August Aleksander, jego brat Michał, kanclerz wielki litewski, oraz syn tego pierwszego Adam Kazimierz Czartoryscy żyli w przyjaźni politycznej z inteligentnym i przebiegłym ambasadorem Rosji Nikołajem Repninem. Patrzono nawet przez palce na romans ambasadora z żoną księcia Adama Kazimierza, późniejszą twórczynią Puław, powabną Izabelą z Flemingów Czartoryską.
Repnin tymczasem pracował nad „sprawą dysydencką”, czyli nadaniem niekatolikom równouprawnienia w prawach politycznych. Emancypacja osób innego wyznania niż panujące była w ówczesnej Europie raczej rzadkością niż standardem życia politycznego. Nie mieli takich praw ewangelicy we Francji ani katolicy w Wielkiej Brytanii i Rosji. Nie cieszyli się też ich pełnią protestanci w Hiszpanii i Austrii. Rozróżnić jednak trzeba tu prawa polityczne od swobód kultu i wyznania; te ostatnie w wieku oświecenia właśnie się rozszerzały. Silniej ograniczone były one tylko w Hiszpanii, Państwie Kościelnym, na Wyspach Brytyjskich i w Rosji. Dlatego więc ten niezwykły nacisk carycy, ubrany w pozory tolerancji i walki o – jak dziś byśmy powiedzieli – prawa człowieka, był w istocie sposobem pogłębienia kontroli nad Rzecząpospolitą. Miała się ona przejawiać także w postaci zarządzania kryzysami ujawniającymi się na tle wyznaniowym, czyli w permanentnej ingerencji w polskie sprawy wewnętrzne.
Istotnie, stosunki katolicko-protestanckie w miastach Prus Królewskich pozostawiały sporo do życzenia, co wraz ze stałym ciążeniem ku Rosji prawosławnych poddanych na obszarach Ukrainy (w skali kraju około 5 proc. ludności) stwarzało groźbę pojawienia się obozu wrogiego państwu, jak to już miało miejsce w dobie potopu szwedzkiego. Król akceptował dążenia Katarzyny II, by pod pozorem ustępstw na rzecz innowierców przeprowadzić w kraju pierwsze niezbędne zmiany, np. powiększenie armii. Nie spodziewał się niestety, że Rosja na żadne reformy wojskowe w Rzeczypospolitej nigdy nie wyrazi zgody.
Tymczasem do działania obudziły się żywioły niechętne królowi. Wśród nich rej wodzili zwolennicy tzw. partii saskiej – Teodor Wessel, Jerzy Mniszech oraz biskup kamieniecki Adam Krasiński. Z kolei powołane z poduszczenia Repnina dwie konfederacje innowierców (w Słucku i Toruniu) zrodziły w 1767 r. konfederację radomską złożoną w większości z katolickiej szlachty, a zawiązaną przeciw obcej ingerencji w prawa wyznaniowe Rzeczypospolitej. Celem tego ruchu była detronizacja Stanisława Augusta; akurat wtedy władca chciał się wyswobodzić z uścisku Repnina. Rosja de facto poparła obie strony, rachując na pogłębienie się konfliktu. Do radomian przystąpili: Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, idol klienteli drobnoszlacheckiej, który stanął na jej czele, a także biskup Adam Stanisław Krasiński, osobisty wróg Czartoryskich, Jan Klemens Branicki, Seweryn Rzewuski (później w Targowicy), ale też przyszły barzanin Michał Wielhorski, propagator utopijnych rozwiązań ustrojowych filozofa Jeana-Jacques’a Rousseau. Te nieraz zaskakujące akcesy nie budzą jednak zdziwienia znawców epoki. Dopiero bowiem tworzyło się w Rzeczypospolitej pojęcie nie tylko nowoczesnego narodu, ale też racji stanu. Szukanie pomocy, przyjmowanie tytułów, orderów, a nawet pensji od obcych dworów przydarzało się wszak wtedy ludziom, którzy mieli usta pełne frazesów patriotycznych i religijnych.
Politycy tak różni jak Radziwiłł „Panie Kochanku”, biskup Krasiński czy Wessel nie byli zadowoleni z biegu spraw w kraju. Do grupy tej dołączył biskup krakowski Kajetan Sołtyk, gdy przekonano się, że zwołany na wspomniany rok sejm (tzw. repninowski), pod kuratelą 40 tys. rosyjskich żołnierzy, będzie miał charakter delegacyjny. „Delegacyjny” oznaczało, że posłowie mieli przekazać prawo głosu w najważniejszych sprawach 66 delegatom; taką grupą Rosja mogła znacznie łatwiej manipulować, przekupując ich i/lub zastraszając. Rzeczywiście, manewry Moskali wykazały częściową skuteczność. Wówczas Sołtyk, J. K. Branicki, Seweryn Rzewuski ze swym ojcem Wacławem oraz Adam i Michał Krasińscy rozważali powołanie spisku przeciw nim. Zaczęli tworzyć ośrodek kierowniczy – trzon magnacki przyszłej konfederacji. Przygotowywano nawet projekty nowego rządu i organizacji wojskowej. Niestety – Moskale porwali Sołtyka i Rzewuskich, a także biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego. Wywieziono ich w karetach do położonej w głębi Rosji Kaługi, na kilkuletnie zesłanie. Dodać trzeba tu rzecz smutną, iż pomysł porwania podsunął im Polak, stronnik carycy, pułkownik wojsk polskich Stanisław Brzostowski.
Echo tych gwałtów dotarło do wszystkich państw europejskich, w tym Turcji, poruszając co zacniejsze serca. Ale sama idea sprzysiężenia, której celem było zaniepokojenie mocarstw kontynentu zbytnim rozszerzeniem się wpływów rosyjskich w Polsce oraz sprowokowanie wystąpienia Turków, nie przyniosła spodziewanych rezultatów na arenie międzynarodowej.
Stanisław August, od którego oczekiwano choćby gestu dezaprobaty dla poczynań Moskwy, milczał jednak. Jego postawę odebrano jako usankcjonowanie tego, co się działo. Zastraszeni delegaci sejmowi obradowali pod dyktando Repnina lub jego kreatury, prymasa arcybiskupa gnieźnieńskiego Gabriela Podoskiego, który „zasłużył się” wyjątkową antypolską działalnością. Sejm delegacyjny uchwalił gwarancję Rosji dla praw kardynalnych – sejmu, wolnej elekcji, zasady jednomyślności w głosowaniu (liberum veto), dożywotniości urzędów i nietykalności osobistej. To ostatnie miało szczególnie karykaturalny posmak – boć niedawna deportacja do Kaługi senatorów stanowiła pogwałcenie średniowiecznego jeszcze przywileju neminem captivabimus nisi iure victum (nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego), nadanego oficjalnie szlachcie przez króla Władysława Jagiełłę.
Plany przyszłej konfederacji patriotycznej, która miała zawiązać się we Lwowie i utworzyć swoją władzę, tzw. Generalność, nie były znane Rosjanom, co dobrze świadczy o zdolnościach konspiracyjnych jej twórców. Zamysły ich zakładały reformę wojska i mechanizmu wyłaniania starostów (jedna z przyczyn korupcji pleniącej się wśród pragnącej awansować szlachty), poprawę administracji publicznej, skarbu oraz skutecznego prowadzenia obrad sejmowych. Plan Wacława Rzewuskiego i Krasińskiego przewidywał także uczynienie tronu dziedzicznym w dynastii wybranej w wolnej elekcji: korona successive [w przyszłości, kolejno – M. D.] ma być w jednej linii sposobem następstwa tronu, ale w żadnym razie nie królestwo dziedziczne. Nie jest zatem prawdą, lecz błędnym sądem potocznym, że cały późniejszy ruch barski był z gruntu za wolną elekcją. Jak widać, niektórzy jego przywódcy opowiadali się za wyborem w ramach dynastii.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 6/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum