Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„DYSTRYBUCJA KSIĄŻEK I PRASY JAKO SUROWA CENZURA”

Aktualności

25.09.2018 12:23

Księgarnie na Zachodzie mają się świetnie, w Polsce znikają jedna po drugiej. Na zdjęciu księgarnia w Porto.

 

 


Księgarnie na Zachodzie mają się świetnie, w Polsce znikają jedna po drugiej. Na zdjęciu księgarnia w Porto.


Kto chroni obecny układ na rynku mediowym?

Leszek Sosnowski



Pozory mylą. A żyjemy w czasach, w których potęga pozorów osiągnęła nieznane w dziejach rozmiary (głównie dzięki telewizji). Wypaczają one rzeczywistość w sposób coraz bardziej szkodliwy. Do takich pozorów należy mniemanie, że bardzo ważnym elementem kultury, a mianowicie książkami i prasą, steruje ministerstwo kultury i różne jego agendy, że tę sferę określają wydawnictwa, że sami twórcy też mają olbrzymie wpływy. Pozornie wydaje się również, że skoro książki i prasa są produktami handlowymi, są sprzedawane jak inne towary, to rządzi nimi tzw. niewidzialna ręka rynku. Niewielu zaś wie, że ten pogląd jest starym wymysłem neoliberałów, wielce szkodliwym, bo już dawno dowiedziono, że owa „niewidzialna ręka” to po prostu łapa gigantów, banksterów, korporacji, które manipulują rynkiem według swoich interesów. I to nie tylko finansowych, ale również i coraz bardziej – światopoglądowych. Po chwili zastanowienia wielu może zgodzi się z opinią, że faktycznie minister tylko pozornie steruje książkami i prasą, ale przecież trudno byłoby zaprzeczyć, że kto jak kto, ale sami czytelnicy mają jednak najwięcej do powiedzenia, że ich głos jest decydujący. Otóż wszystkie te mniemania są bardzo błędne, a to ostatnie, o roli czytelnika, jest szczególnie fałszywe.

1.
Gdy w czasach PRL mówiliśmy, że to cenzura rządzi książkami i prasą (choć oczywiście nie tylko nimi, ale w tym artykule koncentrujemy się na nich), łącznie z ich zawartością, nikt poza niektórymi partyjnymi propagandystami nie protestował; to była rzecz rozpoznana i oficjalna. Cenzura się nie kryła. Miała świetną organizację, jej siatka pokrywała dokładnie cały kraj. Miała swoje gmachy, na których przybijano czerwone tablice z białym, złowieszczym, ale i szczerym napisem „Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk”. Miała swoje duże biura, wszystkie codzienne gazety posiadały własnych delegatów tegoż Urzędu, którzy i w dzień, i w nocy czytali każde słowo, które nazajutrz miało dotrzeć (lub nie) do ludu. W pancernych szafach piętrzyły się teczki z zapisami, co i kogo wolno publikować, a czego i kogo nie; ten zbiór był zresztą skrupulatnie na bieżąco aktualizowany.
Ingerowano wówczas w przekaz medialny do tego stopnia, że gdy pewnego razu w połowie lat 1970. pracując jako reporter napisałem w „Gazecie Krakowskiej” większą informację, że w Skale miejscowa mleczarnia zatruła przepływającą obok rzeczkę, wylewając do niej jakieś swe zepsute produkty, że ryby pływają tam do góry brzuchami, to tekst został zdjęty. Zdumiony (młody bardzo byłem…), bo przecież moim zadaniem były m.in. różne interwencje prasowe, oburzyłem się i poszedłem z awanturą na piąte piętro, gdzie mieściło się biuro cenzora, gmachu prasy przy Wielopolu 1. Cenzor był naszym niedawnym kolegą z redakcji, który właśnie awansował, bo według oficjalnych procedur przejście do cenzury (składała się w większości z byłych dziennikarzy łącznie z najgłówniejszym cenzorem ogólnopolskim; to byli ludzie wypróbowani, sprawdzeni) było poważnym krokiem w górę. Finansowo na pewno. Tak więc zacząłem tłumaczyć niedawnemu redakcyjnemu koledze, że chyba na głowę upadł; ten zaś z całym spokojem otworzył wielką metalową szafę, wyciągnął jakiś segregator, otworzył i powiedział: przeczytaj se sam. Cóż się okazało? Że w zaawansowanym socjalizmie, w którym tkwiła akurat PRL, nie ma i nie może być skażenia środowiska naturalnego! To jest powszechnie znana przypadłość zgniłego Zachodu, nie nasza. Cenzor, kolega, na zakończenie pocieszał mnie: a co się będziesz, k…a, przejmował kilkoma śniętymi rybkami. I tak właśnie, nie przejmując się śniętymi rybkami, stawaliśmy się krajem ze środowiskiem zatrutym pod każdym względem.
Tamta cenzura miała jednak jeden plus. Ponieważ była prewencyjna, nie narażała wydawców na koszty. Żeby cokolwiek wydać, wydrukować, trzeba było mieć najpierw zgodę urzędu cenzorskiego na… przydział papieru. Drukarnie nie mogły przyjąć żadnego zlecenia bez bumagi z pieczęcią UKPPiW, który wyznaczał także, ile tego papieru przyznaje –o ile przyznawał – ma się rozumieć określając tym samym nakłady! Trzeba tu zauważyć, że choć zakłady poligraficzne starano się bardzo upartyjnić, to nawet w ich kierownictwie było niemało osób, które miały komunę tam gdzie trzeba, a szeregowy personel pogardzał nią nagminnie, więc czasem z resztek papieru, przyoszczędzonych, udało się wydrukować na lewo nawet jakąś małonakładową książkę. Sam wydałem w latach 1980. w ten sposób trzy książki, i to kolorowe, co na tamte czasy w PRL było naprawdę wyczynem i ewenementem, oczywiście wyczynem chłopaków z Drukarni Wydawniczej (dziś już jej nie ma), nie moim.
Czy teraz jest inaczej? Oczywiście pytanie retoryczne, wiadomo, że jest inaczej. Nikt nie limituje papieru, wprost przeciwnie: drukuj – i rzecz jasna płać – jak najwięcej! Możesz ten papier zadrukować czym chcesz, bo na tym etapie nikogo to jeszcze nie obchodzi. Tak więc – jest inaczej. Ale nie do końca. Nie można bowiem niestety powiedzieć, że cenzury nie ma. Jest, choć inna, bardziej podstępna, ukryta właśnie za pozorami, bez czerwonych tablic UKPPiW. Jest to cenzura dystrybucyjna.
Jeszcze jakieś dziesięć lat temu była ona dość słaba, choć mocno rozwojowa. Teraz stała się już bardzo bezwzględna. I bardzo skuteczna. Jej metodę można krótko określić tak: wydaj sobie, wydrukuj, co chcesz i ile chcesz, zapłać za to, a my ci tego i tak nie wyeksponujemy, nie rozpowszechnimy, nie sprzedamy! A jeśli nawet coś z twoich publikacji się rozejdzie, to w śladowej ilości, która i tak zatopi się w morzu innych informacji i publikacji masowych.

2.

Zwykły czytelnik (a do nich należą także przedstawiciele władzy) nie zdaje sobie sprawy z tego, że wydawanie książek i prasy jest działalnością zupełnie odrębną od dystrybucji, że te dwie działalności mogą nawet być sobie przeciwstawne. Dystrybucja została w jeszcze większym stopniu niż same wydawnictwa i redakcje opanowana przez przeciwników obecnej, wywodzącej się z obozu patriotycznego, władzy. Ci przeciwnicy dystrybucyjni obozu patriotycznego to zarazem zwolennicy wszelkich lewackich pomysłów na urządzanie świata – cecha wspólna walczących z nami.
Zwykły czytelnik także nie zdaje sobie sprawy z tego, jak potężne możliwości posiada dziś dystrybucja, jak kształtuje ona rynek mediowy, a poprzez niego również ludzkie poglądy. Rzecz jasna nie dotyczy to tylko książek i prasy, ale w tym artykule pozostajemy przy tym temacie. Można dziś, przynajmniej w Polsce, śmiało mówić nawet o wojnie między wieloma gospodarczymi podmiotami wydawniczymi a niewieloma podmiotami dystrybucyjnymi. Niewieloma, ponieważ bardzo mało podmiotów dystrybucyjnych pozostało w rynkowej grze. Duzi stali się z czasem bardzo duzi, wykaszając mniejszych głównie nieuczciwą walką cenową, czemu przyklaskiwały początkowo media wszelkich orientacji, zafascynowane pozorem, który nazywano wolną grą rynkową.
Jeszcze 10–15 lat temu królowała idea tzw. konsolidacji. To było święte pojęcie; kto mu się przeciwstawiał, zostawał automatycznie mianowany wstecznikiem, nic nie rozumiał z nowoczesnej ekonomii. Przecież konsolidacja miała przede wszystkim za zadanie minimalizować koszty! A to miało jakoby skutkować w przyszłości mniejszymi cenami dla klientów, lepszą jakością usług. Każda konsolidacja (czyli innymi słowy wchłanianie lub likwidowanie mniejszych podmiotów przez dużo większe, głównie oczywiście zagraniczne) była podchwytywana z uznaniem przez media. Koszty faktycznie malały, i to znacznie. Ale nie klientom, jak przypuszczali naiwni, tylko nowym molochom, których zyski zaczęły pięknie rosnąć. Mrzonką okazywało się mniemanie, że zmniejszenie kosztów dystrybutora zaowocuje mniejszymi cenami jego usług. Stawało się dokładnie odwrotnie, co niektórzy zresztą od razu przewidywali, ale kto by tam słuchał malkontentów… Żądania coraz większych rabatów zdawały się nie mieć granic, płatności dla wydawców wydłużały się do pół roku, do roku albo dłużej… Albo wcale nie płacono, albo tylko częściowo… Dla niektórych było to wyniszczające od razu, dla innych z czasem.
Rynek dystrybucyjny przekształcił się z rynku klienta w rynek usługodawcy i to rynek bardzo nie fair. Stało się tak dlatego, że mała, de facto bardzo niewystarczająca, liczba dystrybutorów zlikwidowała w praktyce konkurencję między sobą i mogli oni (i mogą dalej) dyktować mordercze warunki wydawcom książek i prasy. Skoro mogli, to natychmiast zaczęli to robić (i robią dalej). Niekoniecznie jednak wszystkim stawiano drastyczne warunki. Kiedy bowiem dystrybutor miał do czynienia z całym koncernem medialnym, np. Springerem czy Bauerem, to szedł na ustępstwa w wielu aspektach.
Zaczęły też coraz więcej znaczyć nie tylko względy czysto ekonomiczne, ale do głosu doszły także opcje światopoglądowe i polityczne, a w końcu nawet narodowe, z minimalną wszakże opcją korzystną dla narodu polskiego – co z czasem przestano nawet kamuflować. Za rządów koalicji PO-PSL doszło do konsolidacji nowej generacji: wielkich dystrybutorów z władzą. Tej ostatniej wówczas się obawiano albo i bano się (oczywiście poza skonsolidowanymi z tą władzą oszustami, a nawet gangsterami) – zupełnie odwrotnie niż władzy PiS-owskiej. A skoro się wtedy bano, to wolano z nią współpracować. Zaś władza ta nie była, jak powszechnie wiadomo, niewdzięczna dla swoich. Ba! roztaczała nad nimi parasol ochronny, choćby nie wiem co się działo, choćby nie wiem jaki przekręt wychodził na jaw.


Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.



→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 9/2018 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum