Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Czy Niemcom uda się sprzedać Orlenowi ruinę?”.

Aktualności

20.10.2020 11:23

Rys. Grzegorz Niedziela

 

 

 

Rys. Grzegorz Niedziela

 

Tragiczna sytuacja prasy regionalnej, ale tylko w Polsce

Leszek Sosnowski

 

Ten tygodnik sprzedaje się co sobotę w nakładzie 910 tys.! Jeśli dodać do tego wersję elektroniczną (750 tys.) i fakt, że wychodzi po angielsku, to zrozumiemy, że mamy do czynienia z bardzo silnym europejskim medium opiniotwórczym, poświęconym zagadnieniom zarówno gospodarczym jak i politycznym. To „The Economist” – i to on podał, że wielki polski koncern (już nie tylko) naftowy Orlen zamierza kupić segment prasy regionalnej od spółki Polska Press Grupa, stanowiącej element niemieckiego konglomeratu mediowego Verlagsgruppe Passau (VGP).

Jak podbić cenę
Sam fakt ukazania się takiej informacji w tak renomowanym czasopiśmie nobilituje. Pytanie jednak – kogo? Na pewno nie Orlen, bowiem koncern mierzony setkami miliardów euro jest za wielki, by mógł go honorować tego typu przekaz prasowy. A więc nobilitacja dotyczy Verlagsgruppe Passau (VGP), firmy „pikuś” przy Orlenie, o rocznym obrocie poniżej 100 mln euro. Dla niej na pewno jest to przekaz medialny wart dużych pieniędzy. Przede wszystkim dlatego, że nobilituje samą zapowiadaną transakcję, która ewidentnie jest z korzyścią dla sprzedającego, bo podbija cenę oferowanego produktu – i o to pewnie chodzi. Podejrzewam, iż to Niemcy mogli postarać się o taką informację w „The Economist”, wiedząc, że wywoła ona w Polsce jakąś burzę w mediach, a może i w polityce. Tego typu zabiegi promujące, jak wykażemy w dalszej części artykułu, są dla VGP niezbędne. Firma ta bowiem od dawna notuje spadki i, moim zdaniem, oferuje Orlenowi ruinę, przedstawiając ją jako kwitnący i tętniący życiem pałac. Oczywiście, ruina też może być malownicza i może się komuś podobać, ale wartości większej nie przedstawia.
W opisywanym zabiegu medialnym zachowany został wymóg obiektywności, ponieważ o niemiecko-polskiej transakcji donosi dostojna prasa brytyjska. Żeby było wiarygodniej, „The Economist” powołuje się na opinie rodzimego znawcy rynku prasowego w Polsce, Adama Szynola, jednego z kręgu tzw. ekspertów mediowych, który twierdzi, że „duże firmy medialne nie potrzebują dekoncentracji”, a polski rynek jest podzielony jak się należy. Wyłącza wszakże z tego twierdzenia rynek prasy regionalnej. Jest to zatem wyraźna sugestia, co Verlagsgruppe powinna (zamierza) sprzedać. A jest to mianowicie 20 dzienników regionalnych czyli to, co najbardziej w całej Gruppe, wywodzącej się z pięknego miasta bawarskiego Passau, zrujnowane. Dodajmy, że VGP zagarnęła całą prasę regionalną w naszym kraju poza czterema mniejszymi dziennikami. Nie należy mylić przy tym regionalnej prasy z lokalną, a więc z drobniejszymi, np. powiatowymi publikatorami, co niestety zdarza się odpowiedzialnym za media przedstawicielom władzy. Tych lokalnych tytułów Bawarczycy też mają sporo, ok. setki.
Z panem Szynolem spotkamy się jeszcze na tych łamach, bowiem jego poglądy są bardzo charakterystyczne dla ludzi budujących opinie o mediach w ogóle, a w Polsce w szczególności – opinie nieadekwatne do rzeczywistości. Bardzo chętnie i przy każdej okazji przeróżni „eksperci” doradzają bezpośrednio lub pośrednio prawicowej władzy.
Takie zapowiedzi jak w „The Economist” to nic nowego. Np. cztery lata temu jesienią wieszczono także, choć tylko w polskich mediach, zakup (nazywany zupełnie bez sensu „przejęciem”) prasy regionalnej z rąk niemieckich; kupującym miała być wówczas także spółka skarbu państwa, PKO BP. Stan regionalnych dzienników już wówczas był kiepski, choć i tak znacznie lepszy niż teraz. Ostatecznie jednak zapowiadana repolonizacja okazała się bajeczką puszczoną w świat, chyba tylko po to, aby „eksperci” mogli gremialnie wykazać PiS-owskiej władzy, że kupowanie gazet jest pod każdym względem niekorzystne, może nawet bez sensu, a na pewno bez przyszłości. PiS jest skazany na egzystowanie bez mediów – taki jest generalny wydźwięk opinii niemal wszystkich „medioznawców”. Jeden badacz w obszernej pracy naukowej w „Zeszytach Prasoznawczych” (nr 231) postawił nawet wątpiące i prowokujące pytanie: „czy Polsce wciąż potrzebna jest regionalna prasa codzienna?”. Tym badaczem był właśnie Adam Szynol, który w 2017 r. zniechęcał polityków nawet do wydań elektronicznych pisząc, że one „nie uratują omawianego segmentu, bo ich sprzedaż waha się od kilkudziesięciu do kilkuset egzemplarzy”. Konkluzje te ewidentnie nie były skierowane do wszystkich podmiotów na rynku, skoro „Wyborcza” trzy lata po twierdzeniu Szynola może pochwalić się dwustoma tysiącami prenumerat elektronicznych.
Skądinąd trzy, cztery lata temu niemiecki wydawca de facto nie miał jeszcze zamiaru czegokolwiek sprzedawać, zwłaszcza takiemu kupcowi jak prawicowa władza.

Mądrzy po szkodzie?
Teraz jest inaczej. Sprawę trzeba traktować bardziej serio z trzech powodów. Po pierwsze, zajął się nią Daniel Obajtek, znany nie tylko jako prezes wielkiego Orlenu, ale także jako ekspansywny człowiek czynu, który nie zwykł rzucać słów na wiatr. Na dodatek koncern ten chce rozbudować także sieć dystrybucyjną prasy, choć na razie w dość skromnym zakresie. Te sprawy, rzecz jasna, łączą się.
Drugi powód, dla którego może dojść do transakcji z Orlenem, to widoczna obawa Niemców, zwłaszcza VGP, że tym razem dekoncentracja nie okaże się faktem li tylko medialnym. Jak wiemy, była ona zapowiadana na samych szczytach władzy wielokrotnie, mniej więcej co pół roku. Wygląda jednak na to, że miarka się przebrała i PiS jakichś zmian dokona. Starałem się dowieść w poprzednim numerze „Wpisu”, iż sama dekoncentracja mediów to tylko półśrodek, ale, być może, szybko pójdą za nią następne kroki – do tego Jarosław Kaczyński i jego drużyna zobowiązali się już w 2015 r. W kwestii mediów nie zrobiono mimo to dotychczas żadnego postępu, teraz zatem sprawy powinny nabrać stosownego tempa. Niektóre koncerny, jak właśnie Verlagsgruppe Passau, mają największe „predyspozycje” do szybkiej operacji rozczłonkowania. Dlatego same wystawiają się do dekoncentracji, rzucając wszakże na żer to, co i tak stało się im już kulą u nogi. Klasyczna ucieczka do przodu.
Po trzecie wreszcie, stan prasy regionalnej został doprowadzony przez jej niemieckiego właściciela, czyli Verlagsgruppe Passau i jej nadwiślańską córkę Polska Press Grupa, do dramatycznego stanu, co tylko częściowo ilustruje zamieszczona obok tabela. Bawarski koncern nie ma już czego szukać nad Wisłą, bo w zasadzie osiągnął swój główny cel, a mianowicie – zdewastował polską prasę regionalną niczym tsunami. Rynek w tym segmencie wygląda jak po dywanowym bombardowaniu obejmującym cały kraj. Marzenia Bawarczyków o tym, że po przejęciu polskich dzienników uda się je przekształcić w silne narzędzie niemieckiej propagandy, okazały się co prawda nie do spełnienia, ale to nie był cel zasadniczy.
Im bardziej ich publikatory stawały się liberalne, progenderowe i chroniące poczynania Berlina, z którymi Rzeczpospolita się nie zgadzała, tym bardziej Polacy od nich się odsuwali. Sprzedaż spadła do absurdalnych wartości; tak niskie nakłady nie mogą być w żadnym stopniu rentowne. To, że tuba ich propagandy przemawia de facto szeptem, ma znaczenie trzeciorzędne, bo najważniejsze było i jest to, że owe miliony Polaków, które stanowią obóz patriotyczny, zostały pozbawione swoich mediów. Zostały pozbawione dobrej prasy mającej w całym świecie demokratycznym szczególne znaczenie w przypadku wyborów, zwłaszcza samorządowych, o czym mogliśmy się już przekonać i w Polsce. Marne wyniki głosowania w 2019 r. w dużych miastach – gdzie w przeciwieństwie do prowincji tzw. propaganda szeptana słabo funkcjonuje – są w sporym stopniu efektem braku rozeznania wyborców, kto jest kim wśród kandydatów. Publikatory ogólnokrajowe nie mogą, rzecz jasna, pomóc w lokalnym rozeznaniu. Zresztą media centralne też są, poza TVP i kilkoma skromnymi tytułami prasowymi, wrogie obozowi patriotycznemu. Oczywiście nijakość wielu prawicowych kandydatów również miała wpływ na słabszy wynik wyborczy w dużych miastach, ale gdyby nawet kandydat był ze szczerego złota, to też trzeba go lansować, ale jak i czym?
Dowodem pewnej nerwowości oraz zamiarów pozbycia się niektórych elementów VGP jest wystawienie na sprzedaż miesiąc temu siedziby toruńskiego dziennika regionalnego „Nowości”. Wszystkich zatrudnionych skierowano do pracy zdalnej. Przed skierowaniem na zieloną trawkę.
Niemcy, jak to Niemcy, zazwyczaj chytrzy i przy tym butni jak mało kto, postanowili zarobić nawet na zrujnowaniu naszych mediów regionalnych. Postanowili nam sprzedać walący się gmach i zaczęli kombinować jak i kogo podejść, by zgarnąć jeszcze na koniec jakąś solidną sumkę. A ponieważ mają nas in gremio za naiwniaków i ciemniaków, a na dodatek podatnych na korupcję, są przekonani, że im się powiedzie. Jak jednak wyjaśnimy dalej w artykule, to oni powinni dopłacić, żeby ktoś chciał przejąć to, co po sobie zostawiają. Nie wolno dopuścić do tego, żeby kolejny raz Polak mądry był po szkodzie.

Miłe złego początki
Teraz przyda nam się trochę historii. Sięgam pamięcią do roku 1994, kiedy to stosunkowo niewielka niemiecka firma wydawnicza ze starego, zabytkowego, ale prowincjonalnego Passau wzięła się za kupowanie prasy w Polsce; trochę wcześniej zaczęła kupować gazety regionalne w Czechach i w Austrii. Wszyscy obserwatorzy rynku mediowego byli zdumieni, bowiem Passauer Neue Presse (PNP) znany był jako wydawca takiej sobie regionalnej gazety, a tu nagle wielka ekspansja. Skąd mieli na nią środki – pytanie to nurtowało np. dziennikarzy największego tygodnika informacyjnego o charakterze regionalnym w Austrii „Oberösterreichische Rundschau”. Redaktorzy ci obserwując prawdziwy Drang nach Osten w wykonaniu PNP, doszli do wniosku, że firma ta stawia sobie cele… germanizacyjne! Mieli poważne wątpliwości, że robi to za swoje pieniądze, bo niby skąd miałaby je wziąć?
Ktoś może w tym miejscu się zdziwi, że obywatele od zawsze niemieckojęzycznego kraju jakim jest Austria, obawiają się germanizacji. A jednak. Trzeba wiedzieć, że w tej niewielkiej dziś naddunajskiej republice nie brakuje osób, które mocno oburzą się, gdy ktoś pomyli ich z Niemcami. Pomiędzy obu narodami istniały zawsze antagonizmy, nawet wojny; dziś waśnie są uśpione za sprawą wspólnej konieczności pomniejszania lub tuszowania win z okresu ostatniej wojny światowej.
Jak by nie było, pieniądze nie śmierdzą, tak więc Passauer Neue Presse kupiło w 1991 r. zarówno „Oberösterreichische Rundschau”, jak i całe niemałe wydawnictwo Landesverlag, którego właścicielem była diecezja katolicka w Linzu. Kościół w Austrii pozbywał się – dla świętego spokoju – podobnie jak nieco później Kościół w Polsce – narzędzi ewangelizacyjnych, czyli mediów. Różni utytułowani „eksperci” wmówili hierarchom, że media, zwłaszcza drukowane, nie mają żadnej przyszłości. Dziś kościoły w Austrii świecą pustkami, nawet na prowincji, co jeszcze 30 lat temu było nie do pomyślenia. A gazety ukazują się dalej, tyle, że wydawane głównie przez kosmopolitów i zgenderyzowanych ateistów.
Piszę o tym, bo w Polsce od dawna obserwujemy to samo zjawisko, ten sam mechanizm, te same szkody. Tyle, że w Polsce akurat od kilku lat całkiem nieźle trzyma się prawicowa władza i jak nie będzie kumać się z liberałami różnej maści oraz obuduje się mediami, będzie wygrywać wybory jedne za drugimi. I to w cuglach. Dlatego lewaccy cwaniacy z Polski i z zagranicy usiłują podejeść i oszukać polskich konserwatystów, zwłaszcza polityków (bo i tych najłatwiej okpić).
Kiedy w roku 1994 Passauer Neue Presse przybyła do Polski, miała już pewne doświadczenie w poruszaniu się po krajach byłego obozu komunistycznego. Buszowała już od 1990 r. na rynku mediowym w Czechosłowacji. Prasa codzienna w Polsce akurat podnosiła się z marazmu i w 1994 r. miała się już całkiem nieźle, a w porównaniu ze stanem dzisiejszym – pod każdym względem wprost znakomicie.
Po rozwiązaniu RSW „Prasa” i nowelizacji prawa dzienniki regionalne zostały wykupione za psie pieniądze (tak jak i wszystkie inne media) przez grupę francuskiego potentata Roberta Hersanta. Wydawca z Paryża szybko stał się właścicielem ośmiu silnych gazet regionalnych, w tym naprawdę dobrego sportowego tygodnika, potem dziennika „Tempo” z Krakowa (od dawna już nie istnieje, zlikwidowany został przez niemieckiego właściciela w 2005 r.). Francuzi mieli rozsądną strategię, zwłaszcza gdy patrzy się na to teraz, po latach demolki dokonywanej w tym segmencie przez Niemców. Nie mieszali się specjalnie w prowadzenie wydawnictw, od roboty redakcyjnej trzymali się z daleka, do Polaków mieli zaufanie, w ogóle nie obchodziły ich sprawy światopoglądowe – byle tylko wynik finansowy był jak najbardziej dodatni. No i był. Polacy mając wolną rękę wykazywali się inicjatywami dziennikarskimi oraz redakcyjnymi, byli pracowici, chcieli coś osiągnąć, parli do przodu.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

 




→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum