Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„CZŁOWIEK JEST WINIEN Z POWODU SWEJ CHCIWOŚCI, A NIE DLATEGO, ŻE ODDYCHA”

Aktualności

28.01.2020 15:00

Kontrastowo upierzone wodne ptaki maskonury na wybrzeżu Islandii

 

 

 

Kontrastowo upierzone wodne ptaki maskonury na wybrzeżu Islandii

 

Ekologia, ekologizm, ideologia

Z dr. JERZYM KRUSZELNICKIM rozmawia Jolanta Sosnowska

 

Jolanta Sosnowska: Określenie „ekologia” wywodzi się z połączenia dwóch greckich słów – oikos (dom) oraz logia (nauka). Oznacza to zatem „naukę o domu”, przez który rozumie się środowisko naturalne, w którym żyjemy. Zamieszkiwane jest ono oprócz człowieka przez różne organizmy żywe, które wzajemnie na siebie oddziałują, w nim ewoluują. Człowiek, zgodnie z Bożą wolą, może korzystać ze wszystkich dóbr przyrody, czyniąc sobie ziemię poddaną, ma panować „nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (por. Rdz 1). W tym korzystaniu jednakże musi posługiwać się Dekalogiem, przestrzegać Bożego prawa. Ludzie dzisiaj starają się zupełnie o tym nie pamiętać – nie akceptują Boga jako Stwórcy, sami stawiają się w roli demiurgów. Uważasz, że człowiek jest naprawdę takim samym elementem przyrody jak karp czy brzoza?

Jerzy Kruszelnicki: Rozumiem, że żartujesz. Jesteśmy oczywiście elementami przyrody w wymiarze biologicznym i materialnym. Żyjemy przecież z niej i na nią wpływamy. Jesteśmy w pewnym łańcuchu: zjadamy rośliny i zwierzęta, żeby móc żyć. Jesteśmy częścią układu, który – jak widać – niszczymy. Wytępiliśmy wiele gatunków roślin i zwierząt. Biblijny nakaz „czyńcie sobie ziemię poddaną” rozumiany bywa jako przyzwolenie na niszczenie przyrody. Opowiem pouczającą historyjkę. Mój dziadek Andrzej był osiedleńcem w Nowej Ukcie, wśród Mazurów. Przyjechał z Małopolski, gdzie był przed wojną rządcą u hrabiego Wielopolskiego; tępiono go po wojnie za udział w AK i zaopatrywanie partyzantów. Każdego ranka budziłem dziadka o świcie i razem jechaliśmy wydoić krowy, co nie było prostym zadaniem, bo najpierw trzeba było je odnaleźć w bagnistych lasach wśród pokrzyw, masy komarów i much. Pamiętam pewien dzień z początku czerwca, miałem wówczas 10 lat. Dziadek przybliżał mi stale przyrodę, pokazywał mi gniazda ptaków, razem obserwowaliśmy żurawie, jelenie, dostrzegaliśmy, że drogą przeszło stado dzików albo wilków… W pewnym momencie dziadek Andrzej powiedział: „Jureczku, ludność kurpiowska, która tu przyszła jak Mazurzy wyjeżdżali, uważa, że to dalej są tereny poniemieckie i dlatego wszystko niszczą. Wycinają lasy, palą drewno, wyławiają bez umiaru mnóstwo ryb. Ty musisz jednak pomyśleć, że tu już nie są Niemcy. Teraz tu jest Polska i powinniśmy zachowywać się jak gospodarze. Nie możemy niszczyć. Eksploatować należy tylko to, co jest nam koniecznie potrzebne. Resztę trzeba zostawić i przyrodę chronić”. Tak dziadek poważnie tłumaczył mi to jako dziesięciolatkowi. Tak rozumiał panowanie człowieka nad przyrodą. Nie zwracał się do mnie jak do malca. Jego słowa zapamiętałem na całe życie.

Dzięki temu wychował Cię na miłośnika i obrońcę przyrody. Mądrze Ci tłumaczył, że masz być gospodarzem, a nie grabieżcą, że trzeba zostawić coś innym, którzy przyjdą po Tobie.

Bez wątpienia edukacja dzieci i młodzieży jest niezwykle ważna. Dzisiaj niestety wiedzę o procesach rządzących prawami przyrody czerpie się najczęściej z mediów. Istnieją ośrodki edukacji przyrodniczej działające w większości przy parkach narodowych, parkach krajobrazowych czy niektórych uczelniach. W ramach szkolnej oświaty promuje się jednak model nie tyle zdobywania wiedzy, co nawiązywania emocjonalnych kontaktów z przyrodą. Zaleca się np. w ramach wycieczek po ścieżkach edukacyjno-przyrodniczych obejmowanie drzew, oglądanie jakichś płazów, branie do rąk mchu, by sprawdzić, czy jest wilgotny, chodzenie na bosaka, by poczuć ziemię i zintegrować się z nią energetycznie. Samo w sobie jest to dobre, ale nie może być tematem zastępczym; słowem, jakieś czary-mary. Według mnie nie jest to właściwy sposób na uwrażliwianie młodych ludzi, bo nie prowadzi do zdobywania wiedzy. Trzeba edukować przez konkretne dobre przykłady działalności dorosłych.

Jest to stara i sprawdzona forma nauczania. Już starożytni mawiali przecież, iż słowa uczą, ale dopiero przykłady pociągają.

Na pewno, ale jaki przykład ma pociągać? Mówienia do młodego człowieka jak do małego dziecka i strojenia przy tym infantylnych min? Dziecko patrząc na takich edukatorów naśladuje ich; od nich przejmuje wzorce i sposoby myślenia. Zaproponowałem inny, prosty sposób edukacji przez przykłady, ale nie magiczne. Z powodzeniem stosowałem to dawniej, pracując w szkole czy na uczelni. Należy wziąć grupę dzieci lub młodzieży do rezerwatu przyrody, który, jak wiadomo, utworzyli dorośli, i pokazać, że w lesie w obrębie rezerwatu jest nie tylko pięknie i naturalnie, ale że jest tam dużo drewna martwego i bioróżnorodności. Inaczej jest tam, gdzie nie ma rezerwatu, choć rośnie las, a raczej plantacja drzew – w rządkach sosenki czy świerczki, które po jakimś czasie wycina się i w ich miejsce sadzi nowe. Trzeba wytłumaczyć młodym ludziom, że jeśli chcemy zachować przyrodę, musimy tworzyć rezerwaty, inaczej będziemy mieć tylko lasy służące człowiekowi gospodarczo, przydatne mu do codziennego życia, bo dzięki drzewom mamy papier, meble itd. By móc dokonywać trafnych wyborów, trzeba mieć wiedzę, a nie wiązać się emocjonalnie z trawami czy kamieniami. Tak samo pokazuję młodzieży park narodowy; pamiętajmy, że nikt nas stamtąd nie wygania, wbrew obiegowej opinii możemy swobodnie cieszyć się jego bogactwem, byle chodzić po wyznaczonych szlakach. W parkach z założenia nikt nic nie wycina komercyjnie. A co dzieje się np. w dolinie obok, poza parkiem narodowym? Nawet wejść tam nie możemy, bo wywieszono tabliczkę „Teren prywatny”, a wille stoją tam po horyzont. Trzeba pokazywać młodym różne przykłady działalności dorosłych – dobre i złe. Gdy chcemy nauczyć dzieci segregacji odpadów, pokażmy im miejsce, gdzie się to prawdziwie odbywa i dorośli dobrze to robią. Nie każmy im zbierać śmieci po dorosłych, nazywając to edukacją.

To prawda, dzieci i młodzież sprzątają całe Tatry, zaśmiecane choćby przez uczestników szalonych Sylwestrów w Zakopanem czy pseudoturystów. W tym roku ma się odbyć już dziewiąta edycja akcji Czyste Tatry.

Nikt też poprzez wyedukowane już dzieci nie próbuje oddziaływać na dorosłych. Nie mam nic przeciwko budowie dużych ośrodków edukacyjnych, ale znam przykład forsowania przez Uniwersytet Warszawski i Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego ośrodka w Urwitałcie na granicy rezerwatu przyrody Jezioro Łuknajno za prawie 30 mln zł, przeznaczonych przez Unię na ochronę bioróżnorodności (!). Na dodatek brak tam kanalizacji, wodociągu i normalnej drogi dojazdowej. Taki ośrodek powinien zostać wybudowany nie w terenie cennym przyrodniczo, co było absurdem, ale w pobliskich Mikołajkach, gdzie istnieje cała infrastruktura techniczna, dobry dojazd i parkingi.

Przykłady wzięte z przyrody są na pewno pożyteczne, sugestywne, piękne i ciekawe do pokazania, ale nie wszystko się da pokazać. Solidna podbudowa teoretyczna, zwłaszcza dla kogoś, kto chce być działaczem, jest niezbędna. I na pewno nie może opierać się na argumentacji à la Greta Thunberg.

Nie możemy mieć pretensji do niej, tylko do jej rodziców, którzy zwietrzyli interes, oraz do różnych managerów z Brukseli, którzy wymyślili, że świetnie da się ją zagospodarować politycznie, bo w epoce smartfonowej pociąga miliony młodych, niemal dzieciaków. Wymyślili, że dzięki niej uda się przestawić przyszłe pokolenia, dziś młodzież, a w niedługim czasie dorosłych, na inne tory myślenia. Niekoniecznie chodzi tu o zbawienie świata w sensie ekologicznym, ale o zmianę modelu gospodarowania zasobami.

Akurat Greta nie ma pojęcia o zmianie systemów gospodarczych. Gdybyś mówił jej o tym, nic by z tego nie zrozumiała. Co byś poradził pannie Thunberg jako ojciec dwóch dorosłych córek i nastoletniego syna?

Na pewno nie namawiałbym jej do kontynuowania piątkowych marszów z udziałem dziesiątków tysięcy młodzieży. Napisałbym jej kilka konkretów, które miałaby przedstawić w ONZ.

To już do tego doszło, że dzieci mają przedstawiać dorosłym orędzia w ONZ?

Skoro ją tak hołubią i zapraszają na każdą sesję ONZ… Minister klimatu Michał Kurtyka także zaprosił ją w ubiegłym roku na szczyt klimatyczny do Katowic i bardzo się tym chwalił. Wiadomo, że stoją za nią ludzie, którzy wyczuli szansę dla siebie i swoich interesów. Media, zwłaszcza społecznościowe, wykreowały ją i wylansowały, tworząc w ten sposób temat zastępczy, bardzo pożyteczny dla wielkich korporacji i różnych światowych firm. Odciąga on myślenie ludzi od faktycznych problemów ekologicznych, zamgławia scenę i wyrzuca poza burtę specjalistów, którzy nie mieszczą się w kanonie dyskusji. Teraz jest Greta Thunberg, wcześniej byli Leonardo DiCaprio i Arnold Schwarzenegger. Celebryci, robiąc show, lansują głównie siebie i choć zwracają uwagę na pewne ważne rzeczy, nic z tego nie wynika. Tylko podstawy merytoryczne i dobrze sporządzone akty prawne, twarde prawo, mogą coś w świecie zmienić.

Jeszcze bodaj 10 lat temu powszechnie były w użyciu określenia „ochrona środowiska” lub „ochrona przyrody”. Teraz zostały z przestrzeni publicznej praktycznie usunięte, istnieje tylko „ekologia”; coś jakoby wyższego. Jaka jest różnica między tymi pojęciami?

Nie są one na pewno jednopłaszczyznowe. Ochrona przyrody jest formą pierwotną, która pojawiła się pod koniec XIX w. Obejmowała starania na rzecz zachowania naturalnej przyrody, resztek gatunków roślin czy zwierząt, obszarów starych lasów, torfowisk, mórz itd. To były proste i skuteczne działania: tworzenie parków narodowych czy ochrona konkretnego terenu. Po II wojnie światowej na skutek olbrzymiego rozwoju przemysłu i przetwórstwa, produkcji tworzyw sztucznych, wzrostu zanieczyszczeń związanych ze światową ekspansją przemysłu chemicznego oraz węglowego i powiązanego z nim stalowego nastąpiło masowe zatruwanie środowiska. Jego objawami stały się pod koniec lat 1960., a także w latach 1970., m.in. smog w Londynie, piana na Renie, zanieczyszczone wybrzeża Morza Śródziemnego, zatrute wody Wisły pod Wawelem i takież powietrze na Śląsku. Dostrzeżono wówczas, że zagrożenia środowiska dotykają już nie tylko przyrody, ale i samego człowieka.

Należało zatem przejść od ochrony przyrody do ochrony środowiska?

Tak. Ochrona środowiska jako termin ukształtowała się na przełomie lat 1960. i 1970. Ma na celu ochronę jakości życia człowieka w warunkach rozwoju przemysłu, ale też postępującej chemizacji rolnictwa.

O ile jeszcze w latach 1960. mój dziadek na Mazurach stosował obornik, to już w latach 1970. musiał używać nawozów sztucznych; ich wykupywanie było obowiązkowe. W tym też czasie przeszliśmy – po tysiącu lat – z koni na konie mechaniczne. Na przełomie lat 1960. i 1970. na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA rozwinęła się nauka, którą nazywamy dzisiaj ekologią; zajmowała się badaniem zależności między organizmami a środowiskiem, a później badaniem wpływu człowieka na to środowisko.
O ile w owym czasie na Zachodzie obudzono się i zaczęto mówić głośno o ochronie środowiska, to w PRL-u mowy nie było, żeby choć słowo w gazecie napisać, że jakaś rzeczka w socjalistycznym kraju jest chwilowo zatruta np. ściekami z mleczarni. Istniał na ten temat zapis cenzury. Zatrute środowisko było tylko na Zachodzie. Już wtedy podchodzono ideologicznie do tego zagadnienia…

A skoro podchodzono ideologicznie, logicznym wytłumaczeniem tego była świadomość władz, że zanieczyszczenie jest złem. Problem zatruwania środowiska był swego rodzaju tabu i w związku z tym był maskowany. Powoduje je przecież sam człowiek i to było dla władzy niebezpieczne – ludzie mogliby się zbuntować, bo zagrożone były ich zdrowie i życie. Jeśli zaś chodzi o samą ochronę przyrody, a nie człowieka, to za czasów PRL-u była ona prowadzona prawidłowo, władze ją popierały, bo ochrona przyrody im nie zagrażała.

W przeciwieństwie do ludzi, którzy mogli okazać się groźni. Wróćmy jednak do ekologii zrodzonej na uniwersytecie w Północnej Karolinie.

Jej prekursorem był niejaki prof. Tatum, zaś najbardziej znaną postacią Eugene Odum, który wypromował nowoczesne spojrzenie na powiązania pomiędzy istotami żywymi a ich środowiskiem oraz wpływem człowieka na zaburzenia w ekosystemach. Powstały wtedy pierwsze podręczniki, a na Uniwersytecie Jagiellońskim pojawił się kierunek biologia środowiskowa, czyli ekologia, którą sam ukończyłem w 1981 r., wśród pierwszych roczników. Ekologia przydała się później, by z ochrony przyrody uczynić dyscyplinę nauki, która nazwana została sozologią; pojęcie to ukuł prof. Walery Goetel z AGH. Uważał, że możemy sterować przyrodą, co później nie za bardzo okazało się możliwe, bo mamy przecież do czynienia z istotami żywymi i nie jesteśmy w stanie wszystkim kierować. W zwykłym lesie jest kilka miliardów powiązań, a my badamy może tysiące z nich. Jak większość biologów zajmujących się biologią terenową uważam zatem, że ochrona przyrody to nie nauka, a forma działalności ludzkiej na rzecz przyrody przy użyciu innych, przydatnych w ochronie przyrody nauk jak zoologia, botanika, geobotanika, fitosocjologia (socjologia roślin), gleboznawstwo, geografia roślin czy ekologia ekosystemów.

Odnosi się jednak wrażenie, że dziś z owego miliarda powiązań bada się jedynie kornika… Oprócz ekologii mamy bowiem obecnie także naładowany ideologicznie i politycznie ekologizm.

Na bazie rozwijającej się ekologii nastąpił z czasem rozwój ekologizmu jako skrótu myślowego. Ekologia przekształciła się w pojęcie o znaczeniu innym niż pierwotne, podobnie jak np. gender, pojęcie z zakresu gramatyki angielskiej. Ukuły to media i politycy. Chodzi o ośmieszenie prewencyjne, na wszelki wypadek, ekologów, czyli prawdziwych naukowców zajmujących się ochroną przyrody. Wkroczenie prawdziwych badaczy oznaczałoby pojawienie się argumentów naukowych nie do podważenia dla polityków, leśników czy myśliwych, co byłoby dla nich groźne. Chodzi więc o to, by zamazać pojęcia i zaszufladkować strony konfliktu. Dzisiaj masę rzeczy i działań nazywa się „eko”, nawet istnieją ekopralnie – chemiczne. Ten przedrostek działa jak wytrych, obecnie także w pejoratywnym znaczeniu, np. ekoterroryzm. Znam nadleśniczego, którego wcześniejsze niefrasobliwe działania doprowadziły do całkowitego zatrucia jeziora Kołowin na Mazurach, a później dziwnym trafem bywał nagradzany jako ekolider.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum