Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Bohaterowie wojny polsko-bolszewickiej”

Aktualności

28.07.2020 15:05

Witold Pilecki podczas ćwiczeń na strzelnicy w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, 1931 r. Fot. IPN

 

 

 

Witold Pilecki podczas ćwiczeń na strzelnicy w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, 1931 r. Fot. IPN

 

 

Sucharski, Maczek, Rowecki i Pilecki

Dr Monika Makowska

 

Dorastali u schyłku belle époque, gdy międzynarodowe napięcie spowodowane wyścigiem zbrojeń pomiędzy światowymi mocarstwami nieuchronnie prowadziło Europę ku potężnemu kataklizmowi wojennemu. Gdy nadszedł pamiętny rok 1914, byli młodymi ludźmi, świadomymi swoich obowiązków wobec Boga i Ojczyzny. Nie wszystkim dane było służyć w jedynych wówczas polskich formacjach, czyli Legionach. Niektórzy drogę do niepodległości rozpoczynali w armii carskiej, inni – w austro-węgierskiej; niejeden miał doświadczyć tragedii walki przeciwko własnym rodakom. Jako żołnierze odrodzonego już Wojska Polskiego prowadzili zacięte boje o granice niepodległej Rzeczypospolitej. Nie zawiedli. Kiedy na odrodzoną po 123 latach niewoli Polskę ruszyła bolszewicka nawała, opór jej stawili wówczas zarówno ci zaprawieni w bojach na frontach Wielkiej Wojny, jak i ci najmłodsi, którzy na pole bitwy ruszyli niemal wprost ze szkolnej ławki…
W latach II Rzeczypospolitej najczęściej nie porzucali służby wojskowej, wielu z nich cieszyło się zasłużoną sławą, niejeden doszedł do stopnia generała. Kiedy zaś w 1939 r. napadły na Polskę dwie potężne wrogie armie, rozpoczynając najokrutniejszą w historii ludzkości II wojnę światową, ponownie stanęli do walki za Ojczyznę. Wielu z nich za okazane męstwo zapłaciło najwyższą cenę…
Z szablą na bolszewika
W momencie wybuchu Wielkiej Wojny Henryk Sucharski, syn szewca z Gręboszowa, uczeń c. k. II Gimnazjum w Tarnowie, był w pełni ukształtowanym jako głęboko wierzący katolik i polski patriota szesnastolatkiem. Z pewnością wielkim przeżyciem musiało być dla niego spotkanie z legionistami i samym Józefem Piłsudskim, kiedy 12 września 1914 r. wycofujące się po pierwszych starciach z armią rosyjską pod Kielcami oddziały legionowe dotarły do Gręboszowa. Komendanta i jego sztab ugościł na plebanii ksiądz Piotr Halak, z którym Henryk był bardzo zaprzyjaźniony. Młody człowiek miał okazję poznać wtedy nie tylko wodza, ale i jego oficerów, wśród nich: Tadeusza Wyrwę-Furgalskiego, Leona Berbeckiego, Walerego Sławka, Edwarda Rydza-Śmigłego, Władysława Belinę-Prażmowskiego ze szwadronem ułanów i legendarnym już wówczas Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim. W okolicach pobliskiego Nowego Korczyna i Opatowca rozegrały się ciężkie walki ułanów Beliny i pięciu plutonów legionowej piechoty z kawalerią gen. Nowikowa, barwnie opisywane przez Piłsudskiego w „Moich pierwszych bojach”. Do Gręboszowa przywożono pierwszych rannych w starciach z carską armią, tam też pozostały legionowe mogiły. Kiedy Komendant, prowadząc do boju swoich chłopców, nabawił się ciężkiego przeziębienia, zaopiekował się nim właśnie ksiądz Halak. Już po zakończeniu wojny Piłsudski podarował parafii gręboszowickiej zdobyczny spiż działowy, z którego został odlany dzwon nazwany na jego cześć „Józefem”.
Pierwsze zetknięcie się młodziutkiego Henryka z Wojskiem Polskim poruszyło jego wyobraźnię tak bardzo, iż zapragnął wstąpić do Legionów. Nie zyskało to jednak aprobaty ojca, którego prawdopodobnie w 1915 r. zwerbowano do armii austro-węgierskiej. To samo spotkało zresztą Henryka po zdaniu wojennej matury w 1917 r. Najpierw został skierowany do szkoły oficerskiej w Opawie, po czym wcielono go do 42. kompanii marszowej, z którą w 1918 r. trafił na front włoski. „Czterokrotnie byłem blisko śmierci” – mówił o walkach w dolinie rzeki Piave. Do Polski powrócił skrajnie osłabiony i wyczerpany, był jednak świadkiem pierwszych dni niepodległości. 7 lutego 1919 r. otrzymał przydział do 16. Pułku Piechoty jako dowódca sekcji, rozpoczynając upragnioną służbę w Wojsku Polskim. Służył kolejno na Śląsku Cieszyńskim i w Wilnie, aż w końcu zgłosił się ochotniczo do formowanego 6. Batalionu Szturmowego 6. Dywizji Piechoty. 14 stycznia 1920 r. otrzymał awans na podporucznika oraz dowództwo plutonu na froncie.
Podporucznik Sucharski toczył wraz ze swoim batalionem ciężkie walki z bolszewikami w rejonie Bobrujska i jeziora Narocz, a później wzdłuż linii kolejowej Mołodeczno-Połock. Kiedy w czerwcu 1920 r. gwałtowna ofensywa konnicy Siemiona Budionnego na Ukrainę poważnie zagroziła 3. Armii generała Rydza-Śmigłego stacjonującej w Kijowie, batalion szturmowy przerzucono na pomoc cofającym się polskim oddziałom. 11 lipca 22-letni Henryk został przeniesiony do 20. Pułku Piechoty; powierzono mu dowództwo 12. Kompanii. Wraz z nią brał udział w walkach o Dubno i Brody oraz uczestniczył w krwawej bitwie pod Klekotowem, w której jego kompania poniosła znaczne straty i została zmuszona do odwrotu. Silnie osłabiony 20. Pułk Piechoty obsadził pozycje w okolicach miasteczka Busk, aby dać odpór sowieckiemu uderzeniu na Lwów. Było to 16 sierpnia, już po słynnej Bitwie Warszawskiej, która rozstrzygnęła losy wojny na korzyść Polaków. Nie oznaczała jeszcze jej zakończenia, bowiem rozwścieczeni porażką „bojcy” nadal byli śmiertelnie niebezpieczni. Kompania Sucharskiego brała udział w wypadach w kierunku Glinian, aż w końcu otrzymała rozkaz zaatakowania i zajęcia Połonicy-Bogdanówki. Tak miało dojść do najsłynniejszego wyczynu bojowego młodego podporucznika w starciu z bolszewicką nawałą.
Henryk wraz ze swoimi podwładnymi otrzymał rozkaz natarcia na Bogdanówkę z lewego skrzydła od strony północnej. Podczas szturmu polskie skrzydło zaczęło się załamywać, bowiem niektórzy młodzi żołnierze nie wytrzymali napięcia i rzucili się do ucieczki. Groziło to powszechnym wybuchem paniki w polskich szeregach. Dała wówczas o sobie znać nieprawdopodobna odwaga podporucznika Sucharskiego, który zebrał wokół siebie cofającą się kompanię, zrobił szablą znak krzyża i pierwszy ruszył na konnicę Budionnego. Podbudowani jego mężną postawą żołnierze poszli za nim do szturmu, zmuszając bolszewików do ucieczki. Henryk zdobył pozycję, o którą od kilku dni toczyły się zacięte walki; od tego momentu rozpoczęła się też polska zwycięska ofensywa na froncie południowo-wschodnim. Następnego dnia kompania podporucznika weszła jako pierwsza do zdobytych przez Polaków Glinian. „Za męstwo i poświęcenie żołnierskie okazane w obronie Ojczyzny w ciężkich i krwawych walkach grupy poleskiej 3. i 5. Armii” Henryk Sucharski został odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari V klasy, a także Krzyżem Walecznych.
„W boju bardzo odważny oficer, tak osobiście [oraz jako] dowódca kompanii (…). Jako oficer liniowy bardzo energiczny, pilny, punktualny i sumienny, dobry dowódca plutonu, instruktor i wykładowca. (…) Charakter w ustaleniu, lecz szczery i otwarty, posiada wysokie poczucie godności własnej i honoru oficerskiego, uczciwy, koleżeński, lubiany ogólnie” – napisał w listopadzie 1921 r. dowódca oddziału 20. Pułku Piechoty we wniosku do Ministerstwa Spraw Wojskowych o zakwalifikowanie podporucznika Sucharskiego jako oficera zawodowego. 23-letni Henryk postanowił bowiem kontynuować służbę w Wojsku Polskim. Podnosił kwalifikacje w Wojskowej Szkole Gazowej w Warszawie, po czym po awansie na porucznika został wcielony jako oficer gazowy pułku do batalionu sztabowego 20. PP. Kształcił się też kolejno w Szkole Podchorążych w Warszawie, w Centralnej Szkole Strzelniczej w Toruniu, w Centrum Wyszkolenia Broni Pancernych w Biedrusku, aż w końcu – w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie, uzyskując kolejno awanse do stopni kapitana (w 1928 r.) i majora (1938 r.).
Od 1935 r. służył w Brześciu nad Bugiem jako dowódca 35. Pułku Piechoty. We wrześniu 1938 r. decyzją władz wojskowych 40-letni major Sucharski został skierowany na Westerplatte jako dowódca Wojskowej Składnicy Tranzytowej. Kiedy 25 sierpnia 1939 r. do kanału portowego wpłynął „Schleswig-Holstein”, pancernik szkolny niemieckiej marynarki wojennej, major utwierdził się w przekonaniu, że to właśnie jego załodze przyjdzie podjąć pierwsze starcie z nieprzyjacielem podczas nadciągającej nieuchronnie wojny. Po ostatnim obejściu stanowisk bojowych 31 sierpnia 1939 r. całą noc, aż do pierwszego niemieckiego strzału, dowódca polskiej załogi na Westerplatte odmawiał Różaniec…
Twórca Lotnej kompanii
W latach przed Wielką Wojną Stanisław Maczek należał do najzdolniejszych studentów filozofii i polonistyki na Uniwersytecie Lwowskim. Jego mistrzami byli wybitni profesorowie, legendy tamtejszej humanistyki: Kazimierz Twardowski, Wilhelm Bruchnalski i Józef Kallenbach (późniejszy rektor UJ). Pod kierunkiem tego ostatniego błyskotliwy młodzieniec napisał pionierską pracę o XVII-wiecznych przekładach Platona i Arystotelesa, dokonanych przez polskiego filozofa i lekarza Sebastiana Petrycego. Przedzierając się przez kunsztowną starożytną grekę i średniowieczną łacinę, Stanisław Maczek udowodnił, iż znakomite, osadzone w duchu myśli teologicznej św. Tomasza z Akwinu komentarze Petrycego do dzieł greckich filozofów są absolutnym fenomenem w zestawieniu z XVII-wiecznym europejskim stanem nauki. Dość oryginalne zainteresowania jak na przyszłego generała, dowódcę I Dywizji Pancernej, zwycięzcę spod Falaise i wyzwoliciela Bredy!
Wszechstronnie utalentowany student wiedział już wówczas, że niedługo przyjdzie dla niego czas walki za Ojczyznę. Z tą myślą wstąpił do lwowskiego Związku Strzeleckiego, gdzie odbył przeszkolenie i ćwiczenia. Kiedy w 1913 r. w lokalu Związku przy ul. Kadeckiej we Lwowie meldował się jako wartownik na służbie, po raz pierwszy spotkał Komendanta Piłsudskiego. Nie dane mu jednak było wstąpić do Legionów, gdyż w lipcu 1914 r. został powołany jako oficer rezerwy do armii austro-węgierskiej. Po przejściu kursów specjalistycznych z umiejętności taktyczno-szturmowych, wykorzystania broni maszynowej oraz wspinaczki wysokogórskiej w Alpach, 23-letni Stanisław trafił w 1915 r. do 2. Pułku Strzelców Tyrolskich i został przerzucony na front włoski.
Brał udział w uciążliwych walkach w trudnym górskim terenie, uczestniczył w 12 bitwach i ciężkich walkach pozycyjnych nad rzeką Isano, które po obu stronach frontu pochłonęły tysiące ofiar. Zauważył wówczas przewagę Włochów w zastosowaniu broni pancernej, która zadawała Austriakom poważne straty. Cennym doświadczeniem było też wówczas nabycie umiejętności czytania map. „Byłem w moim batalionie jedynym oficerem polskim – wspominał w pamiętnikach – nie wolno mi więc było być najgorszym. Mnożyły się wstążeczki odznaczeń, ale i rosło doświadczenie w walkach górskich”. Jesienią 1918 r., kiedy było już jasne, że imperium Habsburgów nie tylko nie jest w stanie wygrać wojny, ale i samo za chwilę się rozpadnie, zdezerterował ze swego, walczącego na wysokości 3000 m, pułku. Drogę do Trydentu przebył… na nartach, po czym ewakuowanym pociągiem przedostał się do Wiednia. Po zmianie munduru na cywilne ubranie udał się do Krakowa, chciał bowiem dostać się do polskich formacji idących na odsiecz walczącemu Lwowowi, jednak miasto od strony Przemyśla było odcięte przez Ukraińców.
Udał się zatem Maczek do Krosna, gdzie pułkownik Emil Swoboda przydzielił go jako dowódcę do kompanii krośnieńskiej, złożonej z młodych chłopaków z armii austriackiej i z Legionów oraz ochotników bez doświadczenia bojowego. „Był zapał, entuzjazm i gdy rano witając się z kompanią, a nie znając dobrze polskich regulaminów i zwyczajów rzucałem kompanii okrzyk ‘ochota jest – chłopcy?’ – to w gromkiej odpowiedzi ‘ochota jest, panie poruczniku’ było tyle kapitału zaufania, że na wszystko można było się odważyć z taką kompanią” – wspominał. Rzeczywiście, już pierwszej nocy po wymarszu na odsiecz Lwowa (20 na 21 listopada 1918 r.) kompania porucznika Maczka odniosła pierwszy sukces bojowy, zajmując w zaimprowizowanym pociągu pancernym ukraiński skład. Wywiązała się walka na karabiny i ręczne granaty; w ręce Polaków wpadły cztery nieprzyjacielskie działa, które dały początek pierwszej polskiej baterii w grupie porucznika Maczka. Pod koniec listopada kompania krośnieńska wzmocniona siłami 20. PP śmiałą nocną akcją zdobyła obsadzony silną załogą ukraińską węzeł kolejowy Chyrów, biorąc do niewoli jeńców i zdobywając 3 ckm-y oraz działo 75 mm. Udało się także zdobyć miasto, które miało być, co prawda, jedynie punktem przejściowym w marszu na Lwów, ale w rezultacie stało się polskim garnizonem i punktem oporu, bowiem Ukraińcy obsadzili okoliczne wzgórza, z których regularnie ostrzeliwali polską załogę. Młodemu porucznikowi przypominało to Sienkiewiczowski Zbaraż oblegany przez Kozaków. Podobnie jak pod Zbarażem polska załoga urządzała śmiałe wypady na nieprzyjaciela, z których najbardziej efektownym była wyprawa na ukraińską baterię haubic, poważnie zagrażającą polskim pozycjom.
Przeprowadzony przez kompanię porucznika Maczka nocny atak zakończył się pełnym polskim sukcesem. Wtedy też młody oficer po raz pierwszy wpadł na pomysł utworzenia ruchomego oddziału na wozach (ze względu na porę roku miały to być sanie), na których mieliby się przemieszczać żołnierze uzbrojeni w karabiny i granaty ręczne; projekt ten przedstawił w związku z planowaną akcją na Borysław. Pomysł wówczas nie został zrealizowany, nie doszło bowiem do ofensywy na Borysław. Kiedy jednak w kwietniu 1919 r. polska załoga Chyrowa została zluzowana przez 3. Dywizję Piechoty Legionów, pułkownik Tyszkiewicz wezwał porucznika Maczka do sztabu i zaproponował mu utworzenie ruchomego oddziału na szczeblu dywizji. Tak powstała „Lotna kompania pościgowa 4. Dyw. Piechoty”, nazywana też „Lotną kompanią szturmową”, składająca się z pocztu dowodzenia, zwiadu konnego, 4. dywizji strzeleckiej uzbrojonej w karabiny i granaty ręczne, przemieszczającej się na wozach taborowych, i silnego plutonu ckm-ów i moździerzy. Była to pierwsza tego typu kompania w Wojsku Polskim.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


 


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum