Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

Bard polski.

Aktualności

2.07.2021 14:27

Urodzinowy koncert w Teatrze  Polskim w Warszawie. Fot. Paweł  Konarzewski / Instytut Łukasiewicza

 

 

 

Urodzinowy koncert w Teatrze Polskim w Warszawie. Fot. Paweł Konarzewski / Instytut Łukasiewicza

 

 

Z piosenkami Leszka Długosza
świat staje się jakby lżejszy,
piękniejszy, bardziej optymistyczny…

Jolanta Sosnowska

 

Tekstu tej piosenki nie napisał Leszek Długosz, a Andrzej Kudelski, wykonała ją w 1965 r. Kasia Sobczyk. Śpiewała o tym, że to nie grzech mieć osiemnaście lat, „umieć głośno się śmiać”, „nie mieć forsy na gest”, śpiewać cały dzień, kochać świat, „mówić gwiazdom na ty”, nie przechwalać się, „radość jak kwiaty rwać”, „nieść piosenkę do gwiazd”. To żadna nowość wyśpiewywać w młodości zadziorne manifesty w opozycji do starszych. Sztuką jest umieć zachować nieskrępowaną, niczym niezachwianą radość i niezależność także wtedy, gdy uroda, młodość i energia – a więc ogromne siły napędowe – przeminą. A to właśnie udało się Leszkowi Długoszowi, który 18 czerwca tego roku skończył, aż trudno w to uwierzyć, 80 lat!
Z typowym dla siebie delikatnie ironicznym poczuciem humoru zaznacza, że jest ledwie początkującym osiemdziesięciolatkiem, więc nie ma jeszcze doświadczenia w tej mierze. I jest to prawda, nadal bowiem potrafi głośno się śmiać, komponować, pisać wiersze, śpiewać, twórczo i miło spędzać czas ze „swoim kumplem na całe życie”, czyli fortepianem. Potrafi nie przejmować się mamoną (a raczej jej niedostatkiem), kochać świat i ludzi – w tym niezmiennie od 56 lat swoją żonę Basię. Potrafi być wiernym swoim wartościom. Mimo zmieniających się jak w kalejdoskopie mód, trendów i kierunków, mimo szaleństwa lajków i wszystkiego na sprzedaż Leszek Długosz pozostaje unikatem, artystą nie do podrobienia, jedynym i niepowtarzalnym.
„Życie moje się tak ułożyło, że moim zajęciem stało się pisanie, śpiewanie, jakaś twórczość – mówi z łagodnym uśmiechem artysta. – Pomyślałem sobie, że tej twórczości sednem jest w zasadzie pochwała świata, istnienia i zachwyt oraz wdzięczność za to obdarowanie. Więc mogę powiedzieć, że w najgłębszej warstwie moja twórczość jest w jakimś sensie dziękczynna, religijna. Bo ona jest właśnie wyrazem mojego zachwytu i wdzięczności za to, co otrzymałem i co my w ogóle, istnienia ludzkie, otrzymujemy, będąc tutaj w tych okolicznościach”.
Zachwytu i wdzięczności nauczyli Leszka najpierw jego rodzice, Dominika i Mieczysław. Zachowało się ich zdjęcie z młodości – serdecznie roześmianych, zwyczajnie szczęśliwych, siedzących nad malowniczym brzegiem rzeki Sanny. Nad Sanną, która jest dopływem Wisły, leży bowiem otoczony Lasami Janowskimi, oblany zalewem od wschodu urokliwy Zaklików, usadowiony w zachodniej części Równiny Biłgorajskiej. Tam państwo Długoszowie czuli się najlepiej. Prowincjonalny charakter ich miejsca na ziemi bynajmniej im nie przeszkadzał. Mały Zaklików stał się też rodzinnym gniazdem ich syna Leszka, który 18 czerwca 1941 r. przyszedł na świat w małym pokoiku. Inne zdjęcie pokazuje rodziców już w średnim wieku, patrzących z okna swojego domu. Wydaje się, że poeta wziął zewnętrzne podobieństwo od ich obojga, ale uśmiech ma chyba po ojcu.
W grudniowym „Wpisie” z roku 2016 Leszek Długosz wspominał pewne dramatyczne, ale zakończone szczęśliwie przeżycie z dzieciństwa. Miał 6 lat, kiedy wpadł „do głębokiej studni z wodą, przy której mama akurat robiła na podwórku pranie. Byłem bardzo pobudzonym dzieckiem, które ogromnie chciało rozmawiać z tą studnią, ćwiczyłem nad nią rozmaite dźwięki, bo ona zawsze pięknie odpowiadała, odwdzięczała się echem. Przechyliłem się w pewnym momencie zbyt mocno, wiadro się odwinęło, a wraz z nim wałek korbowy. Zapikowałem do studni. Zrobiłem doskonałego nurka, bo nie trzasnąłem o nic głową, nie złamałem karku. Odbiłem się od dna”.
Od dziecka był rozmarzony, obdarzony wyobraźnią, ciekaw swego otoczenia, a także spraw i rzeczy, które trudno dostrzec gołym okiem. Od najmłodszych lat potrafił zachwycić się źdźbłem trawy, kłosem zboża, polnym kwieciem, mieniącym się w słońcu nurtem rzeki, ciemnym lasem, tajemniczymi ruinami zamku. Nie przeszło mu to zresztą do dziś. Rozbudzenie tej wrażliwości, bez której poeta nie istnieje i nie może tworzyć, nie może być też oryginalny, zawdzięcza Leszek Długosz swojej matce, ale także pewnej niepospolitej kobiecie, niepasującej, można by powiedzieć, do małomiasteczkowego Zaklikowa.
Nazywała się Anna Nagórska, była od niego prawie 60 lat starsza. Mogła być jego babcią, a stała się przyszywaną chrzestną matką, niezwykłą wychowawczynią i opiekunką. Uczyła małego Leszka muzyki, literatury i języka francuskiego, ale także dobrych manier i obyczajów. Opowiadała o Powstaniu Styczniowym, o zakorzenieniu w polskości i narodowej dumie. Powtarzała „Kto umiłował wszystko – ten nic nie żąda dla siebie / I wszędzie jest mu dobrze / Rośnie jak drzewo przenajtrwalsze – modrzew – / Co cieniem władnym słoneczny łan przebiegł”.
Pani Anna, która była poetką, odkrywała przed małym Leszkiem nowe, fascynujące światy, zajmująco opowiadała o znanych ludziach. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej, była okoliczną dziedziczką, a stała się wielką społecznicą. Była ascetką, chodziła boso, okrywała się kocykiem. W 1946 r., w porozumieniu z ówczesnym biskupem lubelskim Stefanem Wyszyńskim, oddała swój majątek koło Zaklikowa na dom dla sióstr józefitek, które zostały wyrzucone ze Lwowa i nie miały gdzie się podziać. Przed I wojną światową była jedną z pierwszych studentek Sorbony, znała Modiglianiego, prowadziła korespondencję z Kotarbińskim, Tatarkiewiczem, bp. Wyszyńskim.
Taka oto „guwernantka” przygotowała Leszka, przyszłego poetę, pieśniarza i kompozytora, do zdania matury i wyfrunięcia z Zaklikowa do Krakowa na studia polonistyczne w 1959 r. Opuścił rodzinne gniazdo z jedną tylko walizką. Koniecznie chciał dołączyć do tych z Młodej Polski, co jeszcze chodzili po królewskim mieście w czarnych pelerynach – od razu widać było, że artysta! Nawet kogoś takiego udało mu się naprawdę spotkać – nazywał się Antoni Waśkowski, był poetą, dramatopisarzem i malarzem, kuzynem po kądzieli Stanisława Wyspiańskiego. Leszek też chciał mieć taką pelerynę i w niej się po mieście przechadzać. Nie tak dawna epoka Młodej Polski, przesiąknięta mitem artystycznej cyganerii, przełamywania zastanych, skostniałych schematów w sztuce, duchem twórczości Wyspiańskiego i roli w niej Krakowa, zrobiła bowiem na nim wielkie wrażenie. Żywo przemawiała do poetyckiej wyobraźni młodzieńca z Zaklikowa.
Zamieszkał w legendarnym wówczas Domu Studenckim „Żaczek” i zaczął krążyć wokół artystycznego środowiska Piwnicy pod Baranami, o którym słyszał niezwykłe opowieści od starszego brata, już w Krakowie studiującego. Dostał się do tego hermetycznego grona i miejsca w 1964 r.; zachwycił Piotra Skrzyneckiego. Piwnicznym debiutem Leszka z Zaklikowa stała się przesiąknięta pięknem przyrody i wspomnieniami obrazów z dzieciństwa nastrojowa „Leśna pasterka”, z której pochodzi słynna dziś zwrotka: „Lecz kiedym dobiegł już zdyszany / Dwakroć sprawdzając znane gąszcze / Maleństwo było już powite / – I miało listek skurczony w piąstkę”. Usłyszawszy cały ów wiersz z tą przepiękną metaforą, Piotr Skrzynecki powiedział: „Masz skłonność, to w tobie jakby silne, może naturalne, masz siłę takiego czystego liryka. Uczuciowca. Jeśli to prawda, to nie jest to takie częste. Może by warto bardziej tędy”.
Z Piwnicą rozstał się jesienią 1978 r. i rozpoczął karierę solową; debiutancki tomik „Lekcje rytmiki” ukazał się pięć lat wcześniej, w 1973 r. Po latach w rozmowie z „Wpisem” wyznał: „Byłem w tym środowisku artystycznym i towarzyskim, bo było atrakcyjne, żywe, bo mnie to interesowało. Można się tam było ogromnie dużo nauczyć, sprawdzić, przyrównać, gdzie jestem wobec innych, zagrać na najlepszym boisku. Ale zawsze była, według mnie, pewnego rodzaju szczelina i dystans między mną a tym środowiskiem. Byłem razem, ale troszkę jak gdyby na progu, troszkę oddzielnie. Tak zostało do dzisiaj”.
Do dzisiaj Leszek Długosz daje nam liryczne wytchnienie w ogłupiającym świecie pośpiechu, wirtualnych kontaktów, bezduszności, autokreacji, fałszu i papierowych wartości. Nierzadko ów liryzm przybiera formę humoresek, jest lekko zabarwiony ironią, szczodrze naznaczony dobrodusznością, a często przesiąknięty melancholią mędrca przyglądającego się światu i otoczeniu. Jaka szkoda, że niewielu dziś pamięta, że poeta zdobył zaszczytny tytuł Mistrza Mowy Polskiej!
„Jestem fanem dwóch znakomitych poetów i pieśniarzy krakowskich: Leszka Długosza i Marka Grechuty – mówi Adam Bujak. – To dwie istotne postacie mojego życia, które mają swoistą moc uzdrawiania – ochrony przed obłudą, bełkotem, draństwem, nienawiścią… Kiedy słucha się płyt Leszka, świat staje się jakby lżejszy do zniesienia, piękniejszy, bardziej optymistyczny”.
Zaprzyjaźniony z Leszkiem Długoszem znakomity rysownik, malarz i scenograf Janusz Kapusta, z którym razem opublikowali w Białym Kruku książkę „Podróżne”, bardzo celnie uchwycił istotę twórczości poety: „Geniusz Leszka polega na tym, że w drobnych detalach, które rozsiewa, odradza się cały kosmos! Aż drżysz od wszystkiego, co w tym małym koniku polnym się odbija i ujawnia, widzisz w nim tajemnicę Wszystkiego. Leszek wynalazł zupełnie odmienną klasę opowiadania w języku polskim: o sobie, o świecie i o tym, że są one/oni tym samym”.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 7-8/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Archiwum