Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Alma Macocher?”.

Aktualności

20.10.2020 11:56

Minister Edukacji i Nauki, prof. dr hab. Przemysław Czarnek. Fot. PAP/Wojtek Jargiło

 

 

 

Minister Edukacji i Nauki, prof. dr hab. Przemysław Czarnek. Fot. PAP/Wojtek Jargiło

 

 

Poglądy jedynie słuszne stały się kryterium awansu
i możliwości pozyskania środków na prace badawcze

 

Ciężko mi to powiedzieć, ale wstydzę się dziś za swoją uczelnię. Kiedy 15 lat temu zaczynałem studia, to Uniwersytet Jagielloński jawił się jako miejsce nieskażonej nauki i wielkiej historii. Dziedzictwo Kazimierza i Jadwigi, z którego wyrośli tacy absolwenci jak Mikołaj Kopernik, Jan Długosz, Jan Kochanowski, Jan III Sobieski czy Karol Wojtyła. Chętnych na moje miejsce było ponad dziesięciu, wydawało nam się na I roku, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Pamiętam z pierwszego dnia zajęć płomienne przemówienie profesora, który dowodził, że od stuleci to właśnie w tych progach kształtują się elity Rzeczypospolitej, że to z tej kuźni wychodzili także przyszli wielcy politycy, twórcy kultury czy liderzy biznesu. Śp. prof. Maria Dzielska swym surowym i stanowczym tonem przypominała rzymskich senatorów, o których sama nauczała, a prof. Krzysztof Ożóg w sposób niezwykle pociągający wykładał, na czym polegała wyjątkowość polskiej chrystianizacji. Oprócz wiedzy przekazywali nam, młodym studentom, także pewien kanon odwiecznych wartości.
Niestety, UJ dziś to już zupełnie inna instytucja. Moja uczelnia – a chyba wciąż mam prawo tak o niej mówić? – wysuwa się na czoło w walce o nowe, fałszywe oblicze światopoglądowe w Polsce. Przykładów jest mnóstwo, chociażby skandaliczne zachowanie władz wobec prezydenta dr. Andrzeja Dudy czy szefa jego gabinetu politycznego prof. Krzysztofa Szczerskiego. Jednak ostatni element w tej układance jest szczególnie obrzydliwy i niebezpieczny.
Pod presją organizacji genderowej TęczUJ (Tęczuj) wprowadzono aplikację, dzięki której studenci uniwersytetu będą mogli sami wybrać, jakim imieniem lub pseudonimem powinien zwracać się do nich wykładowca, nie bacząc na dane zawarte w oficjalnych dokumentach. Jeżeli zatem Jan Kowalski każe profesorowi mówić do siebie „Marysiu”, wbrew posiadanym dokumentom tożsamości, to ten będzie musiał się temu podporządkować. A na wyświetlanej na monitorze, w przypadku zdalnego nauczania, liście obecności nie pojawi się już Jan Kowalski, lecz np. Marysia – być może z brodą i wąsami. Dotychczas zaburzenia tożsamościowe się leczyło, teraz mają stać się elementem nowego statusu społecznego sankcjonowanego zarządzeniem władz uczelnianych.
Przystosowano do tego platformę informatyczną pod nazwą USOS, którą zaczęto wprowadzać, gdy jeszcze studiowałem. Korzystałem z niej zarówno jako student, jak i później jako prowadzący zajęcia. Nie tylko w moim odczuciu było to oprogramowanie nieintuicyjne, które w wielu miejscach trzeba było poprawić. Lecz zamiast się skupić na tym, dodano nakładkę w oprogramowaniu w celu zadowolenia środowiska LGBT. W tym miejscu obok kwestii ideologicznej nasuwa się pytanie, kto na tym zarobił.
Nie o powiązaniach finansowych tęczowego lobby jednak jest ten tekst, ale o skrajnie lewackim odchyle polskich uczelni. Oczywiście, najbardziej boli mnie postawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, bo jest to uczelnia, z którą się utożsamiam, aczkolwiek chyba nie nazwę jej dziś moją Alma Mater, lecz raczej Alma Macocher…
Już podczas ostatniej kampanii wyborczej UJ jasno postawił się po stronie lewicowo-liberalnej debaty publicznej, kiedy Kolegium Rektorsko-Dziekańskie wydało takie oświadczenie: „Dyskryminujące wypowiedzi nie powinny padać z ust ludzi, którzy reprezentują nasze Społeczeństwo i którzy powinni respektować prawa wszystkich bez względu na ich wykształcenie, płeć, orientację seksualną czy wyznanie. Społeczności akademickie nie są jednolite, a różnorodność jest ich siłą. Każde obraźliwe słowo – które pada pod adresem jakiejkolwiek mniejszości, w tym osób LGBT+, które wyjątkowo dotkliwie ucierpiały wskutek ostatnich wypowiedzi w przestrzeni publicznej – godzi w całą wspólnotę akademicką, czego stanowczo nie akceptujemy”.
Zawsze to samo: wobec skrajnych i wyuzdanych postaw należy być tolerancyjnym, wobec normalności – odwrotnie. Demoralizację trzeba szanować, moralność usuwać z naszego życia. To się nazywa dziś wolnością nauki. Czy autorzy tego oświadczenia w ogóle wiedzą, co to znaczy „dotkliwie ucierpieć”? Dotkliwie to ucierpieli np. pracownicy nauki podczas Sonderaktion Krakau 6 listopada 1939 r. Jeśli krytyka wyuzdanych parad nazywanych jak na ironię paradami miłości lub potępienie napaści aktywistów LGBT na działaczy pro-life nazywać mamy „dotkliwym cierpieniem”, to znaczy, że świat zwariował.
Tęczowy kaganiec zakładany jest jednak nie tylko w Krakowie, głośne są np. sprawy wybitnych naukowców: profesorów Aleksandra Nalaskowskiego i Wojciecha Polaka w Toruniu, prof. Ewy Budzyńskiej w Katowicach czy prof. Przemysława Czarnka w Lublinie. Wraz z wyborem nowego rektora na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pojawiła się nadzieja, że wreszcie zakończy on marsz tej uczelni – wszak katolickiej! – w stronę neomarksizmu i ideologii gender. Jakże gorsząca dla katolików jest sytuacja, w której prominentny ksiądz profesor KUL-u publicznie wstawia się za facetem bijącym działaczy chrześcijańskich czy wrzucającym zdjęcia z napisem „Polska ty hóju” (pisownia oryginalna) do sieci.
Ks. Alfred Wierzbicki w wywiadzie chełpił się tym, że on się nie boi, bo „nie jest tak łatwo zwolnić pracownika naukowo-badawczego mającego odpowiednią umowę o pracę. A poza tym byłoby to katastrofalne dla samego uniwersytetu, gdyby zwalniał za poglądy. (…) Jest to sytuacja dość zabawna”.
Obrazuje to wszystko postawę wspólną dla całego tęczowego środowiska, które pławi się w powszechnym poczuciu bezkarności. Oczywiście jest ona ugruntowana na wsparciu mediów mainstreamowych oraz stosownych instytucji międzynarodowych, ale trzeba tu zauważyć również poważne zaniedbania na własnym podwórku. Dlaczego osoba, która wulgarnie i publicznie wyzywa Polskę, nie ponosi za to konsekwencji? Art. 133 Kodeksu Karnego stwierdza wyraźnie: „Kto publicznie znieważa Naród lub Rzeczpospolitą Polską, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Co prawda, w obecnej rzeczywistości homoaktywista nie tylko raczej nie musi bać się wyroku, lecz nawet samego postępowania. Jeżeli jednak mówi się, że wobec osób spod znaku LGBT nie stosuje się praw obywatelskich, to właśnie w takich przypadkach, kiedy nie stosuje się wobec nich artykułu art. 133 KK, gdy znieważają Ojczyznę. Tak samo zresztą jak nie stosuje się artykułów o demoralizacji.
Natomiast w kontekście uczelni wyższych należy poddać w wątpliwość „pewnik” ks. Wierzbickiego i zapytać – dlaczego na uniwersytetach nie powinno się zwalniać za poglądy? Media głównego nurtu oraz zlewaczone instytucje międzynarodowe tę mantrę powtarzają już tak często, że środowisko konserwatywne wplotło ją bezmyślnie do swojej narracji, chociaż przecież wie, że to właśnie akademie są głównym żywicielem różnej maści lewicowych konstrukcji filozoficznych, które następnie przenoszone są na realia polityczne i społeczne. Poglądy już są jednym z głównych powodów, dla których na uniwersytetach ludzi się zwalnia – oraz zatrudnia! – zwłaszcza na wydziałach humanistycznych. Sprawy dyscyplinarne przeciwko prof. Nalaskowskiemu czy prof. Polakowi toczyły i toczą się tylko i wyłącznie z powodu ich poglądów, bo przecież nikt nie kwestionował ich dorobku naukowego czy pracy dydaktycznej.
Sowicie dotowane granty są przyznawane za tematy prac, w których preferuje się tematykę związaną z LGBT. Na konferencjach naukowych i w pracach akademickich znacznie częściej znajdą się takie pojęcia jak cispłciowość, inkluzywność czy heteronormatywność niż prawda czy piękno. Pamiętam dyskusję podczas studiów doktoranckich z profesorem, który chciał mi wytłumaczyć, że piękno nie istnieje, a należy je zastąpić „wielotorową estetyką subiektywistyczną”, która obala tradycyjne normy i otwiera pola zupełnie nowym badaniom, tzw. gender studies (te, w obronie których Rejtanem kładł się Jarosław Gowin).
Poglądy są zatem jak najbardziej kryterium awansu czy możliwości pozyskania środków na swoje prace badawcze, ale chodzi o to, aby mieć poglądy słuszne. Wolno dzisiaj zwalniać za poglądy – i to się dzieje, nie tylko w Polsce, ale znacznie mocniej na Zachodzie. Ale tylko wówczas, jeżeli są to poglądy nazywane konserwatywnymi lub – o zgrozo! – katolickimi. Jak wiadomo, środowiskowa tolerancja odnosi się tylko do tych, którzy myślą tak samo jak samozwańcze elity naszych uniwersytetów. Kiedy np. wykład w murach Uniwersytetu Jagiellońskiego miała wygłosić zwalczająca aborcję Rebecca Kiessling, to odwołano jej wystąpienie w ostatniej chwili.
Dzieje się to wszystko, mimo iż „tęczowi” stanowią zdecydowaną mniejszość, po prostu margines, także na uczelniach, co nadrabiają krzykiem i wielką aktywnością. Odkąd mam styczność z UJ, nie spotkałem ani jednej osoby homoseksualnej czy z zaburzeniami płciowymi, poznałem jednak dziesiątki gorliwych katolików – nie tylko takich, którzy po prostu wyrośli w tradycji katolickiej, ale praktykujących, wierzących i niekiedy należących także do wspólnot. Również w moich grupach studenckich byli oni w większości, a kiedy pytałem studentów o ich idoli, to wciąż autorytetem numer jeden pozostaje św. Jan Paweł II.

Adam Sosnowski

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

 

 

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum