Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

Cep nowoczesny.

Aktualności

30.03.2021 10:36

Ewa Barańska-Jamrozik, „Pandemia. Szał uniesień”.

 

 

 

Ewa Barańska-Jamrozik, „Pandemia. Szał uniesień”.

 

 

Odbudowa, ale czego?
Zwiększenie odporności, ale na co?

Leszek Sosnowski

 

Czy ktoś mógł wróżyć taką przyszłość temu dziecku, które w gorący lipcowy dzień 1908 r. przyszło na świat w stolicy Piemontu, Turynie? Peccei to była typowa włoska rodzina drobnych mieszczan. Nie przelewało im się i może dlatego głowa rodu przyjęła poglądy lewicowe, co potem nie pozostało bez wpływu na nowo narodzonego Aurelio. Dziecię wyrosło najpierw na inteligentnego studenta uniwersytetu w Turynie, a potem paryskiej Sorbony, gdzie w nagrodę za wyniki w nauce zafundowano mu pobyt w… Związku Sowieckim. Już wówczas na zachodnich uczelniach tak pojmowano nowoczesność i postęp: jako bratanie się z bolszewikami. Aurelio Peccei przebywał tam jakiś czas na początku lat 1930., ale okres ten jest skrzętnie przemilczany w notach biograficznych przyszłego wielkiego menadżera i wizjonera. Choć oceniając jego późniejszą działalność i koncepcje budowy świata oderwanego zupełnie od chrześcijańskiej wizji człowieka, trudno nie zauważyć, iż szkolenie u bolszewików musiało być dość skuteczne.
1.
W 1968 r. Aurelio Peccei jest już wielkim, utalentowanym menadżerem, świetnie sytuowanym i mocno ustosunkowanym nie tylko w Italii. Jest jednym z tych bogatych ludzi Zachodu, którzy swój status zamożnego kapitalisty chcą łączyć z postępowymi ideami, oczywiście lewicowymi; wszak te właśnie są najbardziej postępowe. Wpada więc na pomysł stworzenia organizacji, która będzie promować jego wizję świata. A raczej wizję przerobienia tego świata na zupełnie nową modłę – w celu uchronienia go przed zagładą. Zdolny organizator szybko znajduje bratnią duszę w Alexandrze Kingu, szkockim chemiku, potomku utopijnego myśliciela i zarazem fabrykanta, działaczu kilku ważnych organizacji międzynarodowych; ma podobne wizje co Peccei. Dołącza do nich miliarder David Rockefeller, budujący na całym globie ziemskim swój charytatywny image; wprawdzie Peccei i King zarzekają się, że nie potrzebują od nikogo żadnej wielkiej kasy, ale przecież wiadomo, że bez pieniędzy żyć się nie da, zwłaszcza na światowym poziomie.
Swoją trzyosobową, nieformalną organizację postanawiają nazwać po prostu Klubem Rzymskim, od miejsca ich spotkania. Zapraszają do niej od razu kilkadziesiąt osób mających duże wpływy w gospodarce oraz polityce. Chcą działać raczej po cichu, zakulisowo, szeroko publikując tylko raporty – ale jakie! W skrócie można powiedzieć, że w zamyśle autorów miały one i powinny zastąpić mocno przestarzałą Biblię.
Był to niespokojny rok 1968; przez ulice miast Zachodu przelewały się manifestacje zbuntowanej młodzieży. Zupełnie inaczej niż w ówczesnej Polsce, nie była ona spragniona chleba i wolności, bo jednego i drugiego miała pod dostatkiem, lecz rewolucji – tym razem seksualnej. Skoro olbrzymia część protestujących nie wywodziła się z rodzin ubogich, o co więc mieli walczyć… Klub Rzymski odpowie na pragnienia i niepokoje generacji roku 1968 wtedy, ale i również w latach późniejszych, gdy rewolucjoniści obrosną w sadełko i siądą sobie na różnych posadkach, a nawet w rządowych ławach. Wciąż jednak będą chcieli zmieniać świat; już nie teoretycznie, lecz w praktyce, wykorzystując swą władzę na równi z umysłami, wciąż zaśmieconymi seksualną rewolucją.
Wówczas nie pierwszy raz potwierdzi się, że na rozumowanie człowieka wielki wpływ ma strach. Czyż można znaleźć lepszy powód do wywołania masowego lęku niż rozpowszechnianie przekazu, że nasza planeta zaledwie za kilkadziesiąt lat, być może już w roku 2020, ulegnie kompletnej dewastacji, a populacja ludzka wynędznieje i w końcu wymrze? Taki strach postanowił posiać właśnie Aurelio Peccei. W tym celu najpierw w USA – bo Stany Zjednoczone to centrum światowej gospodarki i przy tym wielki rynek wydawniczy – opublikował swoje opracowanie pod znamiennym tytułem: „Ku przepaści”. Tam zmierzasz, raso ludzka: ku przepaści! Ale w Rzymie jest ktoś, kto powie ci, jak się uratować. Nie, nie, to nie papież i Święte Oficjum. To Peccei, Rockefeller i spółka. Aurelio, niegdysiejszy chłopaczyna z Piemontu, stanowił od początku spiritus movens Klubu Rzymskiego.
2.
Tu właśnie, moim zdaniem, trzeba szukać idei Nowego Ładu w Polsce A.D. 2021, jego prapoczątków. Nie w amerykańskim New Dealu czasów Franklina Delano Roosevelta, jak niektórzy piszą. Po pierwsze, kryzys wywołany pandemią to nadal jeszcze tzw. pikuś wobec kryzysu w USA na przełomie lat 1920. i 1930. Czy produkcja przemysłowa spadła nam o 46 proc.? Albo czy mamy bezrobocie sięgające 30 proc.? Co prawda, nie pojemy sobie obecnie w restauracji i nie wypijemy piwa w pubie, ale głód nam nie grozi ani tym bardziej spadek spożycia alkoholu. A przecież są i tacy, którzy na pandemii nie tylko nie tracą, a wręcz coraz lepiej zarabiają – np. firmy kurierskie, e-handel i powiązani z nim producenci opakowań, pewne gałęzie przemysłu farmaceutycznego, producenci sprzętu komputerowego, fabryki środków czystości oraz dezynfekcji itd.
Ekipa Roosevelta ratowała gospodarkę wielkimi inwestycjami publicznymi, obniżyła wartość dolara, mocno aktywizując tym samym handel zagraniczny. Niektórych to bardzo dziwiło, ale mimo kryzysu poprawiono warunki socjalne pracujących i umorzono długi rolnikom; był w tym, wbrew pozorom, głęboki sens, bowiem zwiększona została siła nabywcza ludności, a tym samym – pobudzona produkcja.
Nie chodzi jednak w tym artykule o to, aby analizować New Deal. Faktem jest, że polska koncepcja rządowa przeciwdziałania kryzysowi gospodarczemu, obojętnie, czy jest on duży, czy mały, wygląda na podobną do działań Roosevelta. Przedsięwzięcia, jakie obecnie podejmuje szeroko rozumiana (np. wraz z NBP) władza w Polsce, są dla ludzi mających choćby blade pojęcie o gospodarce oczywiste. Aby je kontestować (zamiast pomagać i w ten sposób zbierać punkty poparcia) trzeba być albo skończonym durniem, albo członkiem tzw. opozycji całkowicie uodpornionym na logikę, a nawet na zwykły, prosty chłopski rozum.
Polski New Deal kreuje jednakże nie tylko sytuacje gospodarcze, sięga nawet do tak intymnych sfer naszego życia jak sprawy płciowe. Zawiera niestety bardzo szkodliwe elementy inżynierii społecznej, źle wróżące na przyszłość. Nie wiem, oczywiście, na ile to wszystko było zamierzone, a na ile tak wyszło pod wpływem poprawności politycznej i wszechobecnej, także unijnej, agresywnej propagandy przeciwko „przestarzałym” wartościom – w gruncie rzeczy to wszystko jedno. W każdym razie sternicy i ideolodzy unijni zdają się osiągać swoje. Po osłabieniu polskiej determinacji w kwestii postawienia przez nasz kraj weta, co okazało się wcale nie takie trudne, narzucają nam kosmopolityczne wizje nowego humanizmu rodem z raportów Klubu Rzymskiego, wiążąc pożyczanie (nie dawanie, jak niektórzy sądzą) pieniędzy z naszą akceptacją lewackich, utopijnych wizji świata.
W zasadzie dysponujemy obecnie dwoma dokumentami: Polskiego Nowego Ładu oraz Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Ten pierwszy jest domniemany, istnieje w przekazach medialnych, w każdym razie jest niedostępny dla zwykłego śmiertelnika. Drugi jest w pełni uformowany, oficjalny i prezentowany na rządowych stronach – należy zatem sądzić, że w obu przypadkach chodzi o to samo. Być może Nowy Ład ma być marketingowym streszczeniem KPOiZO, tym bardziej że ten ostatni dokument jest bardzo obszerny, liczy 232 drobno zapisanych stron, nie jest do szybkiego ogarnięcia, dlatego prawie nikt tego nie czyta. Jest w tym planie, jak zawsze przy takich opracowaniach, sporo wodolejstwa i powtórzeń, to fakt, ale są też konkrety, w tym niektóre niestety naprawdę niepokojące (przynajmniej mnie niepokoją).
Na str. 47 planu zaczyna się rozdział nazwany „Realizacja zasady dotyczącej równości płci i zapewnienia równych szans dla wszystkich” – tytuł wyeksponowano dużymi literami, widać, że podnoszony jest bardzo ważny temat. Znaleźć tu można sporo słusznych sformułowań, choć zazwyczaj totalnie banalnych. Są jednak także absurdy i zdumiewa mnie, że nasz prawicowy rząd chce się zobowiązać do ich realizacji. Zamierza na przykład „przeciwdziałać feminizacji ubóstwa”. A cóż to takiego jest? Można sądzić, że feministki doprowadzają społeczeństwo do większego ubóstwa, tak to expressis verbis należałoby interpretować. Nie jestem ich fanem, ale tak to chyba jeszcze nie jest. Sądzę więc, że autorom chodziło raczej o to, że w Polsce ubożeją kobiety, a mężczyźni się bogacą. Jeśli jednak faktycznie by tak było, to proszę o dowody. Moim zdaniem to jeden z wielu przypadków naginania rzeczywistości do genderowej ideologii. Jeden z wielu.
Rząd zobowiązuje się w KPO również do „zwalczania dyskryminacji związanych z płcią w dziedzinie kształcenia i szkolenia”. Skoro coś trzeba zwalczać, to znaczy, że to coś – w tym przypadku zjawisko dyskryminacji płciowej – istnieje i jest groźne. Jeśli tak, to tylko w głowach planistów i ich unijnych podpowiadaczy. Bo gdzie my w polskich szkołach mamy taką dyskryminację? Oczywiście, ekstremalnie mogą się trafiać takie przypadki, zresztą również w stosunku do mężczyzn, ale z ekstremalnych zdarzeń nie wolno czynić reguły. Autorzy planu chcąc nie chcąc przyznają, że jednak w Polsce z tą sprawą dobrze nie jest, skoro w wielkim planie odbudowy trzeba ten problem uwypuklić. Jeżeli coś takiego zatwierdzimy, to automatycznie trzeba będzie również ostatecznie pogodzić się z tzw. konwencją stambulską (o tyle niewłaściwa nazwa, że Turcja już konwencję wypowiedziała), w tym zaakceptować nową definicję małżeństwa etc. I oddać władzę zagranicy/targowicy poddając się jej wyrokom.
Niby chodzi w omawianym rozdziale cały czas o kobietę i mężczyznę, ale tylko dopóty, dopóki nie sięgnie się do ukrytych treści wymienionego jedynie z nazwy „załącznika nr 2”, czyli wytycznych w zakresie realizacji zasady równości płci. Powstał taki dokument, o tasiemcowej nazwie, 18 września 2020 r. Te nieeksponowane w KPO wytyczne są obowiązującym prawem.
W tym przypadku mamy do czynienia z posłużeniem się metodą tworzenia prawa unijnego. Metodę tę nazywam dwupoziomową. Otóż najpierw, na pierwszym poziomie, powstają paragrafy ogólne, które przeważnie brzmią dość przyjaźnie i sensownie, lecz cechują się dużym potencjałem interpretacyjnym. Są dyskutowane, upubliczniane i ostatecznie zatwierdzane. Na drugim poziomie zarazem, w zaciszach nowoczesnych gabinetów brukselskich, ale i różnych krajowych ministerstw, powstają wytyczne uniemożliwiające de facto wszelką interpretację prawa stanowionego wspólnie. Te wytyczne, choć lepiej byłoby uczciwie powiedzieć „przepisy wykonawcze”, są niebywale szczegółowe i nikt nie poddaje ich wspólnotowemu osądowi. A wiec są prawem zupełnie niedemokratycznym. Wyznanie się w ich gąszczu przez zwykłego śmiertelnika jest mało prawdopodobne.
„Załącznik nr 2” jest prawem drugiego poziomu. Planiści uczciwie na końcu rozdziału informują, że nie uwzględnili w swojej robocie żadnego projektu i pomysłu, który nie respektowałby ww. załącznika. Cóż on jednak zawiera – tego KPO nie podaje. Trzeba przejść do innych dokumentów, wygrzebać inne źródła (a kto to robi?), żeby wiedzieć, co w całości będzie ostatecznie zatwierdzone – jak należy mniemać – w postaci Krajowego Planu Odbudowy.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 3/2021 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum