Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Rezygnacja z bezpieczeństwa medialnego skończy się nieszczęściem”

Aktualności

22.09.2020 13:34

Prezes PiS Jarosław Kaczyński i były wicepremier Jarosław Gowin podczas spotkania 5 maja 2020 r. Fot. PAP/ Bartłomiej Zborowski

 

 

 

Prezes PiS Jarosław Kaczyński i były wicepremier Jarosław Gowin podczas spotkania 5 maja 2020 r. Fot. PAP/ Bartłomiej Zborowski

 

 

Dekoncentracja to zaledwie półśrodek

Leszek Sosnowski

 

Program 500 plus dzięki dorobkowi PO
Notoryczna propaganda PiS-owska spowodowała, że partia Kaczyńskiego wmówiła wielu Polakom, iż świadczenie socjalne nazwane „500 plus”, to tylko wyłącznie jej dzieło i jej wielki sukces. Jak jednak jest, a raczej jak było w rzeczywistości? Prawda jest taka, że cwani populiści prawicowi bez żenady wykorzystali dorobek tak Platformy Obywatelskiej, jak i polskiej lewicy. Przypomnijmy np. że już na początku 2009 r. na łamach kwartalnika „Obywatel” (nr 1/2009) wybitni przedstawiciele naszego społeczeństwa opublikowali szereg programowych wystąpień domagających się od państwa dopłat socjalnych dla rodziny, zwłaszcza na poszczególne dzieci. Czasopismo uważano za bardzo liberalne i mocno związane z ówczesnym obozem rządzącym – czy jednak tak było naprawdę, czy nie był to periodyk całkowicie obiektywny, pluralistyczny, skoro w jego Radzie Honorowej zasiadali także Andrzej Gwiazda oraz Zbigniew i Zofia Romaszewscy? Czyż można uznać za lewaczkę Zofię Romaszewską, która, przypomnijmy, od dawna działa pod skrzydłami obecnego prezydenta Dudy, będąc główną osobą rozdzielającą Białe Orły konserwatywnym, zapóźnionym w rozwoju zwolennikom PiS-u?
Premier Donald Tusk brał, oczywiście, te głosy wołające o pomoc rodzinie bardzo poważnie, ale zarazem doskonale zdawał sobie sprawę, że po pierwsze – uczciwy polityk nie powinien uprawiać pospolitego, populistycznego rozdawnictwa, a po drugie – świadczenia trzeba wprowadzać sukcesywnie, w miarę przybywania środków w państwie, by nie narażać go na gwałtowny kryzys gospodarczy. Tak się złożyło – jak to w demokracji bywa – że mimo rosnącej stabilizacji finansowej kraju, koalicja PO-PSL przekazała w 2015 r. władzę obozowi Kaczyńskiego. Niezręczności w kampanii wyborczej i całkowite zlekceważenie młodego kandydata prawicy Andrzeja Dudy przez Bronisława Komorowskiego w konsekwencji pociągnęły za sobą także porażkę w parlamencie. „Z zakulisowych źródeł dobrze wiedzieliśmy już wtedy – mówi nam jeden z czołowych graczy Zjednoczonej Prawicy, który ze zrozumiałych względów nie chce ujawniać swego nazwiska – że rząd PO-PSL był gotowy od 2016 r., najpóźniej od stycznia 2017 r., wypłacać dodatki na dziecko nawet po 1000 zł. Dlatego po wygranych wyborach było dla nas jasne, że musimy w pierwszej kolejności przejąć ten pomysł. Nowogrodzka bała się jednak pójść na całość i ostatecznie stanęło nie na 1000, lecz na 500 plus”.
Dodajmy do tego, że Kaczyńskiemu i premier Szydło zaczęło sprzyjać coś, do czego sami w najmniejszym stopniu ręki nie przyłożyli, a mianowicie coraz lepsza koniunktura światowej gospodarki.
Rząd premiera Tuska wprowadził cały pakiet rozwiązań na rzecz rodziny. Np. roczne urlopy rodzicielskie, darmowy podręcznik, ustawowy zakaz bicia dzieci, zwiększono środki na żłobki i przedszkola, program dofinansowania in vitro. To ostatnie bardzo się prawicy i Kościołowi nie podobało, choć powinni przecież akceptować wszystko, co skutkuje zwiększeniem dzietności w państwie. A najważniejsze dokonanie to wprowadzenie 5 grudnia 2014 r. Karty Dużej Rodziny, którą następnie PiS przejął jako swoją.
*
Cytowany wyżej „jeden z czołowych graczy Zjednoczonej Prawicy” to oczywiście wymysł dziennikarski. W powyższym prowokacyjnym tekście prawdy nie ma nawet za grosz, ale czyż mimo to nie brzmi on bardzo wiarygodnie? Jestem przekonany, że coś takiego ukaże się na rok lub na kilka miesięcy przed następnymi wyborami na łamach gazety wiadomo jakiej, a następnie zostanie natychmiast rozkolportowane przez pozostałe wrogie polskiemu obozowi patriotycznemu publikatory. I miliony ludzi w to uwierzą, bo nie ma systemu obrony przed takimi kłamstwami i pomówieniami.
Wzrost liczby przedszkoli za Platformy faktycznie miał miejsce, w 2014 r. było ich prawie 11 tys. Ale 4 lata później, za rządów PiS – już 22 tysiące! Żłobków też koalicji PO-PSL przybyło, to prawda, do ok. 2 tys. w 2014 r., ale po pięciu kolejnych latach było ich już 3776. Tusk odchodząc chwalił się wielkim poziomem wydatków na ochronę zdrowia – była to kwota 63,6 mld zł. Podczas kadencji Zjednoczonej Prawicy kwota ta wzrosła jednak w 2019 r. do niemal 100 mld! Itd., itd.
Pomysł stworzenia Karty Dużej Rodziny nie pochodził wcale ze środowisk rządowych PO-PSL, bo jako pierwszy pojawił się we Wrocławiu w marcu 2005 r. (pod nazwą „Dwa plus trzy i jeszcze więcej”). W kolejnych latach programy wspierania rodzin wielodzietnych wprowadzane były w innych gminach, bez udziału rządu. A jak funkcjonowała ogólnokrajowa Karta w tamtych czasach? Przez 2 lata 60 proc. rodzin wielodzietnych nie wystąpiło o nią, ponieważ nie słyszeli o żadnej firmie dającej zniżki… Zresztą struktura proponowanych zniżek rozmijała się całkowicie ze strukturą wydatków ponoszonych przez rodziny żyjące w trudnych warunkach ekonomicznych. Największe wydatki przeznaczane były (i są) przez rodziny na żywność i opłaty za eksploatację oraz urządzenie mieszkań, a na to zniżek nie było. Te drastyczne rozbieżności pomiędzy ofertą dostępną w ramach Karty a jej wykorzystaniem wypunktował NIK podczas kontroli funkcjonowania programu.

Bezkarność
O sposobach i możliwościach manipulowania w mediach informacją i komentarzem przeciętny obywatel oczywiście słyszał, ale nawet w przybliżeniu nie ma pojęcia, jak to działa – nie ma pojęcia, w jaki sposób jest oszukiwany. Opisany wcześniej chwyt z wypowiedzią „jednego z czołowych graczy Zjednoczonej Prawicy” jest wszechobecny w gazecie wiadomo jakiej, w prasie wydawanej nad Wisłą przez Springera i we wszelkich innych antypatriotycznych mediach, które wprost zalewają Polskę szczując, judząc i łżąc, co spotyka się, niestety, z pełną bezkarnością. Powoływanie się w debacie publicznej na anonimowe – a więc niesprawdzalne – wypowiedzi powinno być zakazane, a nie honorowane jako metoda przekazywania wydobytej podstępem „prawdy”.
Do prowadzenia cudzoziemskich mediów wydawanych po polsku wyszukano osoby pozbawione zasad moralnych i przyzwoitości obyczajowej, gotowe za dobrą pensję i wierszówkę napisać lub powiedzieć wszystko, czego zażąda ich pan. Dzięki bardzo wysoko posuniętej bezkarności wszelakiego rodzaju medialni hochsztaplerzy, pospolite łotry, mogą swobodnie funkcjonować i jeszcze ciągną z tego potężne zyski tak finansowe, jak polityczne oraz coraz częściej światopoglądowe. Wcale nie chodzi im o inne widzenie tego samego zagadnienia, lecz o szkodzenie suwerennej Polsce i niezależnym Polakom. Oczywiście naginanie prawdy, cytowanie nieistniejących „źródeł”, to też jest „inne widzenie”, ale takie, które z uwagi na swą szkodliwość absolutnie nie może być rozpatrywane w kategoriach wolności słowa. Nie należy bowiem wolności słowa doprowadzać do absurdu albo co gorsza, wykorzystywać jej jako broni przeciwko narodowi.
Skoro tym firmom i tym ludziom nic się nie dzieje, nikt ich nie karze, to widocznie jednak musi być sporo z prawdy w ich przekazie medialnym – takie jest rozumowanie – trzeba przyznać, że całkiem logiczne – milionów Polaków. Gdyby jakieś publikatory stale oszukiwały, to przecież każda normalna władza już dawno by zadziałała, zrobiłaby porządek z takimi kłamcami i szkodnikami. Są przecież na to paragrafy, jak np. paragraf 133 Kodeksu Karnego o znieważaniu publicznym narodu polskiego i Rzeczypospolitej. Jednak paragraf 133 nie został zastosowany ani razu.
Ma także swoje sankcje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Jeśli jednak to 5-osobowe gremium nawet czasem przegłosowało jakieś kary, i to w bardzo niskim wymiarze, były one przeważnie anulowane (np. wobec TVN) przez przewodniczącego, który ma takie dyktatorskie uprawnienia. Dziwna postać ten przewodniczący (Witold Kołodziejski). Nie korzysta ze swej władzy – tak jak oczekiwaliśmy – w celu obrony obozu patriotycznego, w celu obrony polskiej historii, kultury, dobrego obyczaju politycznego, a nawet nie chroni racji stanu, którą ewidentnie rozumie po swojemu. Poprzedni przewodniczący bronił swego obozu politycznego jak lew. Bronił, rzecz jasna, ówczesnego układu, bronił zblatowania mediów, lewacko-liberalnych polityków i domów mediowych rozdysponowujących rok w rok olbrzymie środki z reklamy. Obecny przewodniczący ma teoretycznie zadanie o niebo przyjemniejsze (choć nie łatwiejsze), bo mógłby po prostu bronić prawdy. Mógłby.
Zastanówmy się, czy ma sens powszechne rozumowanie: nie ma po co iść do sądów ze skargą na media, bo tam i tak nie wygramy. Otóż takie mniemanie to woda na młyny naszych wrogów. To jasne, że przed tymi sądami w wielu przypadkach nie wygramy, ale na pewno nie zawsze tak będzie, są wśród sędziów także ludzie porządni. To po pierwsze. Po drugie, sędziowie też mogą przypuszczać, że wcale z tymi mediami tak źle nie jest, że krytykowanie publikatorów zawiera więcej propagandy niż prawdy, skoro sądy nie są zarzucone sprawami z art. 133 KK i innymi tego typu. Sędziowie powinni wprost tonąć w sprawach o obrazę narodu, Rzeczypospolitej, prezydenta, uczuć religijnych, dóbr osobistych etc. Nawet jeśli istniejące prawo jest w tej mierze niedoskonałe, to jednak jest, i trzeba je stosować z uporem oraz non stop.
Poważne uwiarygodnienie wszelkiego rodzaju tefałenów, onetów itp. dokonuje się poprzez występy w nich najwyższych przedstawicieli prawicy. Niektórzy czynią to z lubością, uważając, że cel uświęca środki, a ich celem nie jest sprawa narodowa, lecz osobista popularność, obojętnie jakimi środkami osiągnięta. Przykład idzie niestety z góry. Tymczasem z niektórymi mediami nie powinno się w ogóle, programowo, rozmawiać, sam honor nie powinien na to pozwalać – to byłby czytelny znak dla całego kraju. Takiego znaku jednak nie było i nie ma. Jeśli obóz cudzoziemski chce wypowiedzi prawicowych polityków, niech czerpie je z prawicowych mediów. Te zaś powinny rozmawiać z przywódcami swego obozu odważniej; jakże często, niestety, stawiają się w pozycji petenta. Jeśli już jednak trzeba kogoś posłać do jakiegoś parszywego studia, to referenta lub zastępcę rzecznika prasowego.
Cóż robić zatem? Sytuacja z mediami jest tak zabagniona, że niebawem chyba zaczną spontanicznie powstawać jakieś trybunały ludowe, by je osądzić… Takie na przykład media Springera są co prawda czytane przez wielu Polaków, ale zarazem budzą u milionów Polaków wściekłość. Już nie tylko tymi świństwami, pomówieniami i pospolitymi kłamstwami, które prezentują na łamach i antenach, ale samym swoim istnieniem. Niemcom (i nie tylko im) o to właśnie chodzi, bowiem w swoim programie walki z nami mają targanie narodu za trzewia, wywoływanie frustracji i permanentnego stanu podenerwowania. Wcale bym się zatem nie zdziwił, gdyby niebawem doszło do nawet powoływania jakichś trybunałów ludowych. Chyba jednak, mam nadzieję, nie do tego zmierzamy poprzez uporczywe praktykowanie bezkarności.

Język
O zmianach ustawowych już nieraz pisałem i wrócimy jeszcze do tego zagadnienia w tym artykule. Zmiany te są niezbędne i nie mogą mieć charakteru pozoranckiego lub kosmetycznego. Według mnie jednym z kluczowych zadań jest jednak na dłuższą metę niezwłoczne wprowadzenie obowiązkowego nauczania języka mediów w szkołach różnych szczebli oraz na uczelniach. Języka – nie chodzi o historię mediów, ich struktury, strategie, powiązania itp. Wydaje nam się, że czytać przecież umiemy, a obrazek jaki jest, każdy widzi, czegóż tu zatem uczyć. Proszę mi wierzyć, wbrew pozorom ten język to skomplikowane zagadnienie, a dopiero jego gruntowna znajomość pozwala rozeznać się już na pierwszy rzut oka w medialnej manipulacji.
Nie piszę tego jako teoretyk, ponieważ pod koniec lat 1970. uczyłem w liceum w klasach maturalnych języka filmu. Rozwijano wówczas myśl Lenina, że „kino to najważniejsza ze sztuk” i uznano, że młodzież powinna umieć lepiej czytać filmy, głębiej je rozumieć. Do nauki czytania nadawał się nawet taki jak ja; nie było potrzeby wykazywania się zaangażowaniem ideowym czy należenia do partii. Z drugiej strony, mało było takich, którzy zadawali sobie dobrowolny trud przestudiowania na własną rękę języka filmu – choć był do tego wspaniały podręcznik Jerzego Płażewskiego – to było zadanie dla hobbystów. Wykłady wydawały się niewinne, nie obejmowały treści, lecz stałą analizę formy, czyli właśnie języka, technik realizacji, w tym tzw. tricków, jak się wówczas mówiło. Mimo iż były to zajęcia fakultatywne (nieobowiązkowe), zaczęły szybko gromadzić dużo słuchaczy, także młodych nauczycieli. Maturzyści byli bardzo zainteresowani, ponieważ nabywana wiedza okazała się bardzo przydatna także w innym „czytaniu” telewizji, nadawanych informacji, nie tylko fabuły. Zaczęli dostrzegać, w jaki sposób wciska im się „wiedzę” i pracuje nad ich mózgami.
Szybko okazało się, że ówczesna władza przedobrzyła, że wyedukowany w języku filmu młody człowiek od razu odróżniał telewizyjną lub kinową propagandę i demagogię od autentycznych treści. Po dwóch latach zatem język filmu wycofano ze szkół. I tak jest do dziś. Dziś zresztą przedmiot taki musiałby zostać wzbogacony przede wszystkim o sposoby przekazu/manipulacji stosowane w tzw. mediach społecznościowych i w ogóle w internecie.
Istnieją na uczelniach kierunki medioznawcze, oczywiście, ale są zupełnie opanowane przez lewaków, więc nie ma mowy, żeby tam nauczano czytania prawdy i odróżniania plew od ziaren. Również na tych studiach, podobnie jak na wszystkich kierunkach humanistycznych, genderyzacja poczyniła wielkie spustoszenie. Jeśli zaś chodzi o sam warsztat dziennikarski, to nauczają go ludzie, którzy w mediach się nie sprawdzili, więc poszukali sobie cichego kącika na uczelniach, których jest teraz bez liku. I bez poziomu. A tak naprawdę wystarczyłoby kilkadziesiąt uczciwych lekcji w szkołach średnich, żeby dać młodemu człowiekowi rozeznanie.

 

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum