Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„Parafio, nie zawiedź!”

Aktualności

23.06.2020 15:05

 Rys. Ewa Barańska-Jamrozik

 

 

 

Rys. Ewa Barańska-Jamrozik

 

Nie mamy silnych mediów, ale nie musimy być bezbronni

Leszek Sosnowski

 

 

Dzięki kosmopolitycznym mass mediom niebywałą karierę zrobiło hasło „Kościół nie ma prawa mieszać się do polityki”. To powinno dawać wiele do zastanowienia, przede wszystkim nad tym, czym jest ta polityka, cóż to za świętość, że nie wolno jej tykać? Cóż to za tajemniczy krąg, któremu mogą zaszkodzić nauki ewangeliczne? Polityce zaś wolno mieszać się do wszystkiego! Także do Kościoła.

1.
Jak wiadomo, słowo „polityka” wywodzi się z greki i w starożytności oznaczało dosłownie „sprawy miasta (państwa)”. Klasyczne rozumienie polityki według Arystotelesa oznacza, że „człowiek jest z natury stworzony do życia w państwie”. To stwierdzenie jest logicznie połączone z ideą demokracji, wymyśloną wszakże przez tych samych starożytnych Greków. Skoro bowiem każdy człowiek w sposób naturalny dąży do utworzenia państwa i życia w nim, to o zasadach działania tego państwa i kierowania nim nie powinna decydować jednostka lub jakaś nieliczna grupa ludzi, ale większość. Starożytni nie wpadli na „genialny” pomysł – pojawi się on wieki po ich przemyśleniach – aby decydowali wszyscy jednomyślnie, jak jeden. Uważali to za wyjątkowo niepraktyczny sposób funkcjonowania państwa. Jednak tkwiła w tym sposobie głosowania oraz rozumowania jakaś pokusa, skoro przez parę stuleci najbardziej wolny kraj w Europie, Rzeczpospolita, godził się na istnienie zasady liberum veto.
Utopijności i dramatyczności tej zasady Polska doświadczyła na własnym organizmie, choć w początkowej fazie funkcjonowania maksymy ustrojowej „nie pozwalam” chodziło o tak długie dyskutowanie spraw, aż przeciwników udawało się przekonać całkowicie i odchodzili oni od swego zdania albo też uzyskiwano konsensus. Rzeczpospolita i naród szlachecki to naprawdę ewenement w dziejach świata, bowiem tak groźne dla istnienia państwa liberum veto przez długie lata nie było w ogóle stosowane. Pierwszy raz stało się to dopiero w roku 1669 na sejmie koronacyjnym w Krakowie. Potem już poleciało… Spostponowany w literaturze Władysław Siciński wcześniej, w 1652 r., wcale de facto nie zerwał sejmu, lecz nie dopuścił do prolongaty obrad poza 6 tygodni (tyle przewidywał regulamin). Zresztą maksyma „nie pozwalam” nie była żelazna, nie obowiązywała np. na sejmach konwokacyjnych czy skonfederowanych.
W czasach komunizmu zasada decydowania nie większości, ale wszystkich sięgnęła – jak wielu z nas pamięta – szczytów absurdu. Obeszło się bez liberum veto. W ogóle można było nie liczyć głosów; tak czy owak zawsze było między 98,4 a 99,3 proc. – tak jak wyznaczyła władza partyjna albo, w poważniejszych sprawach, stojący ponad nią czerwony Kreml. W zasadzie takich parlamentów w ogóle nie powinno się rozpatrywać jako organów państwa, lecz przybudówki komunistycznej partii.
Podnoszona dziś do najwyższego ideału demokracja liberalna w rzeczywistości preferuje głosy mniejszości; one liczą się nawet bardziej niż to, co pragnie uchwalić większość. Wojownicze mniejszości spod znaku LGBT uknuły nawet demagogiczne sformułowanie: dyktatura większości. Według takiej „logiki” sprawiedliwszy jest wybór dokonany przez mniejszości i wszyscy muszą go respektować. Ale tego nie nazywa się dyktaturą mniejszości.
Jeśli zgodzić się z ideologami demokracji liberalnej, to w praktyce mniejszości i większość muszą głosować tak samo i pod dyktando bardzo nielicznych. Czyli mamy wówczas dokładnie tę samą paranoję ustrojową, choć inaczej zorganizowaną, inaczej nazwaną, jaką znamy dobrze z PRL-u. Jak widać, słusznie mówi się o powrocie postkomuny. Parafrazując słynne hasło tamtych czasów „Rząd rządzi, partia kieruje”, można dziś powiedzieć „Większość rządzi, mniejszość kieruje”. Czy taki system czeka właśnie Polskę? Wielu polityków mocno o to zabiega, a zwłaszcza Trzaskowski.

2.
To nie jest teoretyzowanie. Sytuacja jest dużo bardziej groźna niż się wielu ludziom wydaje. Postkomuna wyraźnie sięga po władzę, po najwyższe urzędy, w tym po urząd prezydenta kraju, po największą godność państwową.
I tu wróćmy do początku naszych wywodów i zapytajmy: czemuż to ludzie Kościoła, duchowni i świeccy, nie mają jakoby prawa „mieszać się do polityki”? Otóż Kościół zaglądający do polityki, wychodzący poza to, co relacjonują nam media, musiałby zauważyć, jak panoszy się w polityce właśnie postkomuna. Mógłby patrzeć politykom na ręce – a przed tym strach największy.
Jak to jednak jest, że media znajdujące się w bardzo podejrzanych, prywatnych rękach, media zagraniczne wydawane po polsku, mogą i powinny patrzeć władzy, szczególnie prawicowej, na ręce – ale nikt więcej? Jest tak dlatego, że bardziej znaczące media polityka już dawno spacyfikowała, co widać choćby na publikowanych tu diagramach. Wychodzi się przy tym z założenia, że opozycji na ręce nie trzeba patrzeć. Na ich głowy też nie. Kościół mógłby patrzeć i władzy, i opozycji na ręce, a potem – przemówić, nie oglądając się na media. Siłą 11 tysięcy ambon! Co niedzielę, do milionów. Aby temu zapobiec, oznajmiono, że nie wolno mu mieszać się do polityki. Przy czym już jakiekolwiek przejawy patriotyzmu w kazaniach przedstawia się jako „mieszanie się do polityki”.
Polska i Polacy mają jeszcze tę szansę, ponieważ wiernych, choć ich, co prawda, trochę ubywa, wciąż jest bardzo dużo. W większości są oni zdecydowani bronić za wszelką cenę Boga, Najświętszej Panienki, Ojczyzny, ale i swego proboszcza, o ile czują, że jest on z nimi, że nie kluczy, że mówi prawdę nie tylko o Ewangelii, ale i o otaczającym świecie.
A tę prawdę trzeba faktycznie mówić, trzeba wyjaśniać, przestrzegać. Bo zagonieni, zapracowani ludzie nie zawsze orientują się, kto w rzeczywistości atakuje naszą wiarę i Kościół. Wokół pełno przebierańców, politycznych hochsztaplerów; niełatwo się w nich rozeznać. Mówią z pewnością siebie, elegancko wyglądają, są elokwentni, uśmiechnięci, przekonujący. Przed wyborami niemal każdy z nich mieni się katolikiem, niektórzy nawet biorą kościelne śluby, by zwieść tych, którzy mogą na nich zagłosować.
Ludzie w większości mają niestety taką naturę, że łatwo im się ktoś nie podoba. A jak się kogoś dłużej zna – np. polityka za pośrednictwem telewizji – częściej z nim obcuje, to się zauważy, że ten ktoś robi błędy, myli się w rachubach, czasem gorzej wygląda, czasem się zająknie. Starzy (stażem) politycy mają niejedno na sumieniu – tak sądzimy, nawet jeśli nie wiemy na ten temat niczego konkretnego, ponieważ wcześniej tylu innych zawiodło albo wprost się spodliło…
Tylko u nowego wszystko jest ok. Nie analizujemy jednak, co będzie później, kim ta osoba naprawdę jest, bo w sposób naturalny chcielibyśmy, żeby była dobra. Podoba nam się, ponieważ fajnie wygląda i nie robi błędów – bo i kiedy, wszak taki ktoś jest nowy. Na tym mechanizmie postrzegania bliźniego zbudowany został program kampanii wyborczej kilku nowych kandydatów na urząd prezydenta. Możemy nawet mówić o efekcie Trzaskowskiego, najnowszego pretendenta, wyjątkowo dobrze farbowanego lisa. Brak doświadczenia politycznego, tragiczny w przypadku prezydenta kraju, zupełnie paradoksalnie brany jest za dobrą monetę.
Nie tylko katolicy nie mają prawa mieszać się do polityki. To samo zarzucano już mundurowym, artystom, sportowcom, związkowcom, nauczycielom itd. Tak naprawdę, to po prostu wyborcy nie powinni mieszać się do polityki! Jak to jednak zrobić, skoro wybory są największym aktem politycznym w kraju? Wybory bez wyborców? A czemu nie, wszystko przed nami, świat musi iść do przodu! Nazwie się je postwyborami. Mamy postprawdę, możemy mieć i postwybory. Na uniwersytetach dosyć jest darmozjadów z tytułami, którzy szybko dorobią do tego stosowną teorię; nie będą zresztą musieli zanadto główkować, wystarczy, że cofną się w badaniach do lat komunizmu, do PRL-u na przykład.

3.
Biskupi polscy wyraźnie, choć nie podając nazwiska, określili, na szczęście, jaki powinien być i jakie cechy posiadać prezydent Rzeczypospolitej Polskiej AD 2020. Razem z innymi zrobił to nawet prymas. Szkoda, co prawda, że mowa hierarchów nie wybrzmiała zdecydowanie tak – tak, nie – nie, ale cóż, takie czasy: lęk przed sponiewieraniem przez lewackie mass media, na dodatek zupełnie niepolskie, jest wszechogarniający.
Spróbujmy zatem na tych łamach przeanalizować niezwykle ważny komunikat Konferencji Episkopatu Polski sprzed niemal dwóch miesięcy, bo odnoszę wrażenie, iż poszedł on już w niepamięć. Zresztą był przygotowany z myślą o wyborach 10, ewentualnie 17 maja, więc publikacja go 27 kwietnia br. była wówczas jak najbardziej na czasie. Komunikat ten pozwala zorientować się również, o kogo imiennie chodzi biskupom.
Zestaw 14 wymaganych cech i poglądów jest, trzeba przyznać, bardzo ambitny – nic dziwnego, wszak chodzi o najwyższy urząd w państwie. Przy tym zestaw ten pasuje de facto w całości tylko do jednego kandydata. Najlepiej zobrazuje to zamieszczona obok tabela, sporządzona specjalnie w celu stworzenia większej przejrzystości komunikatu KEP.
Kluczową sprawą jest, aby do tego zestawu nie podchodzić selektywnie, co niektórzy publicyści zaczęli czynić zaraz po ogłoszeniu komunikatu, wypaczając tym samym kolosalnie wizerunek oczekiwanego przez KEP – i przez miliony katolików! – kandydata. Oczywiście wszyscy pretendenci mogą mniej lub bardziej (nie)słusznie przypisywać sami sobie wszystkie punkty – ale oprócz dwóch. Tylko dwóch, ale jednak ważnych, kluczowych światopoglądowo. Chodzi o punkt 11. – poszanowanie dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci i punkt 12. – gwarancje dla prawnej definicji małżeństwa jako trwałego związku mężczyzny i kobiety. Z tymi punktami zgodzi się, choć nie na pewno, kandydat Konfederacji Krzysztof Bosak, ale on poza tym nie „podpada” na pewno pod inne punkty, jak np. „wyrazista tożsamość” (5.), czy „kompetencje w dziedzinie życia politycznego i obywatelskiego” (4.). Wypowiedzi Bosaka, choćby na temat stosunków z Rosją, każą mocno wątpić w jego „zdolność do roztropnego rozwiązywania konfliktów” (7.).
Określenie „wyrazista tożsamość” jest oczywiście mało precyzyjne, bo można mieć wyrazistą tożsamość choćby złodzieja albo stręczyciela, skoro jednak pisze to Episkopat, to można być przekonanym, że chodzi o wyrazistą tożsamość katolika.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 9/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum