Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

„CIACH GO WIZERUNKIEM!”

Aktualności

28.01.2020 14:42

Cezar oddala Pompeję, przyjmując Kalpurnię za swoją żonę. XVIII-wieczna rycina  według obrazu włoskiego malarza Pietro da Cortony. Fot. British Museum

 

 

 

Cezar oddala Pompeję, przyjmując Kalpurnię za swoją żonę. XVIII-wieczna rycina według obrazu włoskiego malarza Pietro da Cortony. Fot. British Museum

 

W poszukiwaniu żon Cezara

Leszek Sosnowski

 

Ilekroć zezwalasz,
by przestępstwo nie zostało
właściwie ukarane,
stajesz po stronie zła.
Roger Scruton (1995)

Dom Pontifexa Maximusa, czyli najwyższego kapłana – którą to funkcję w 62 roku p.n.e. sprawował Gajusz Juliusz Cezar – należał do najstarszych i najzacniejszych na Forum Romanum. Na początku grudnia wspomnianego roku odbywała się tam wielka uroczystość, a mianowicie świętowano Dobrą Boginię (Bona Dea), dziewicę odpowiedzialną za kobiecą płodność. Tu trzeba wytknąć współczesnym feministkom, że wcale nie jest prawdą, iż kobiety były zawsze i wszędzie prześladowane przez podły ród męski. Bywało odwrotnie! Jak choćby podczas wspomnianego, nawiasem mówiąc bardzo tajemniczego, święta Dobrej Bogini, w którym – pod żadnym pozorem i pod presją surowej kary – nie mieli prawa uczestniczyć mężczyźni.
W roku 62 p.n.e. uroczystościom Bona Dea przewodziła z urzędu Pompeja, od prawie 6 lat żona Cezara; żona druga z kolei i nie ostatnia, bo miał potem jeszcze trzecią, Kalpurnię, zdaje się szczerze go kochającą. Ale to Pompeja najbardziej utrwaliła się w historii, a to za sprawą pewnego bezczelnego zuchwalca, młodego senatora Publiusza Klodiusza Pulchera, który nie bacząc na zakazy i niebezpieczeństwo, zakradł się o zmierzchu w przebraniu kobiety do domu Pontifexa Maximusa podczas feministycznych misteriów. Szybko został jednak rozpoznany i salwował się ucieczką – z powodzeniem i z pomocą pewnej pięknej niewolnicy. Choć wielu w Rzymie uznawało wyczyn Klodiusza za młodzieńczy wybryk, sprawa nie była jednak banalna. Przestępstwa wobec religii, szczególnie ateizm, były bardzo surowo karane w tamtych czasach, mogły zakończyć się nawet śmiercią sprawcy. Świetnie ustosunkowany senator poradził sobie jednak tak, jak i dziś się to czyni. Przede wszystkim zmienił o 180 stopni front polityczny (z arystokracji na plebejuszów), i tym to prostym sposobem młody wichrzyciel od razu znalazł ochronę wielu zacnych rzymian. Potem zaś jego człowiek „dogadał” się z sędziami. Kariera Klodiusza toczyła się jeszcze długo i z sukcesami, choć zginął marnie, podobnie jak zaczynał, w awanturze ulicznej.
Klodiusz nie zakradał się do domu Pontifexa Maximusa tylko dla kawału; panowało zgodne przekonanie, że jego celem było uwiedzenie żony Cezara. Nakryła go, co ciekawe, teściowa Pompei, Aurelia. Cezar po tym incydencie na wszelki wypadek postanowił rozwieść się, choć w trakcie dochodzenia (państwowego) nie stwierdzono winy żony. Podejrzliwy małżonek skonstatował jednak: „Moja żona musi być wolna nawet od cienia podejrzeń” – co potwierdza Plutarch, historyk wybitny. I tak już na wieki całe nieszczęsna Pompeja stała się z jednej strony symbolem skrzywdzonej niewinności, z drugiej zaś męskiej podejrzliwości.
Czemuż to przypomina mi się ta barwna historyjka? Ano dlatego, że od lat już obserwuję, jak przywództwo naszego obozu prawicowego coraz usilniej poszukuje osób mogących wystąpić w roli połowicy Cezara, niewiasty bez skazy. Nieskalanych żon Cezara przydałby się, prawdę mówiąc, cały legion – obojętnie jakiej płci (zgodnie z duchem czasu). Na razie jednak o nieskalaną niewinność bardzo ciężko. Mamy raczej do czynienia z legionem podejrzanych Pompei płci obojga ze wskazaniem na męską – już usuniętych przez Cezara albo mogących w każdej chwili spodziewać się oddalenia.
1.
Nasz Cezar wydaje się być surowszy w ocenach niż genialny starożytny strateg. Wystarczy, że jemu, a może zresztą jeszcze bardziej świcie jego doradców i tzw. ekspertów, nie spodoba się czyjś… wizerunek, a już taka osoba wędruje na listę podejrzanych, a potem na zieloną trawkę. Nie odbywa się to miło, spacer w odstawkę wiąże się przeważnie z ostracyzmem albo nawet szykanowaniem – również we własnych szeregach. Problem nie leży jednak tak naprawdę w wyjątkowej podejrzliwości, to byłoby jeszcze do zniesienia, ale w błędnym z gruntu podejściu do zagadnienia. Bo jaki wizerunek budzi niepokój lub niesmak? Ano namalowany, stworzony przez wroga! Czyli głównie przez ziejące nienawiścią do konserwatystów i patriotów publikatory. Trudno oczekiwać, że wróg będzie kreował pozytywny lub choćby neutralny wizerunek któregokolwiek wyróżniającego się, odnoszącego sukcesy przedstawiciela obozu patriotycznego. Wprost przeciwnie. A jeśli już nawet by to uczynił, to dopiero wtedy należy być podejrzliwym w stosunku do portretowanego! Bo niby co zmotywowało wroga ni stąd, ni zowąd do kreślenia pozytywnego wizerunku kogoś z naszego ugrupowania politycznego, w które każdego dnia rzuca kamieniami (bo nie ma granatów pod ręką)?
Trzeba przyznać, że znajdujące się w posiadaniu obozu cudzoziemskiego media wszelkiej maści, a jak wiadomo jest ich mnóstwo, mają dobrych i pomysłowych malarzy wizerunków. Są to fachowcy wyćwiczeni w kreacji fałszywych obrazów, specjaliści od robienia z igły wideł, jeśli chodzi o błędy na prawicy, i ubierania wilków w owcze skóry po lewej stronie sceny politycznej, kulturalnej i naukowej. Nie zapominajmy, że przez kilkadziesiąt lat istnienia PZPR wydziały propagandy tej partii należały do najważniejszych organów władzy na wszystkich szczeblach; tradycje są więc bogate, a spadkobierców jest bez liku. Czy jednak coś poważnego stało na przeszkodzie, by przez 30 lat istnienia III Rzeczypospolitej konserwatyści wykształcili swoich fachowców, ukształtowali swoją propagandę, stworzyli odpowiednie narzędzia, wypracowali metody upowszechniania zarówno wartości, jak i konkretnych ludzi? By przede wszystkim wykreowali solidne, skuteczne własne media.
Prawica przez te lata wprost brzydziła się jednak słowem „propaganda”, co zresztą jest także efektem popeerelowskim, choć rodowód tego terminu jest dużo starszy, pochodzi od łacińskiego propagare, czyli krzewić, rozszerzać. Kiedy niemal 400 lat temu (1622) papież Grzegorz XV ustanawiał nową, kluczową kongregację, nazwał ją Kongregacją Propagandy Wiary (Congregatio de Propaganda Fide) – widać, że słowo to nie mogło mieć wtedy jeszcze negatywnych konotacji. Termin ten najbardziej sponiewierali, jak i wiele innych, komuniści już od XIX wieku. Potem dołożyli się narodowi socjaliści z Goebbelsem na czele. Doprowadzono do perfekcji manipulację nie tylko poglądami, ale, co gorsza, również emocjami mas. Coś, co miało krzewić prawdę, pozytywne wartości, szlachetne postawy, stało się narzędziem rozsiewania zła, oczywiście kamuflowanego, podszywającego się pod dobro.
Mimo to na propagandę nie należy się obrażać; ona jest niezbędna! Można ją sobie inaczej nazwać, np. krzewienie, popularyzowanie, nagłaśnianie, upowszechnianie, szerzenie lub po prostu informowanie – wszystko jedno. Byle propagować te wartości, na których bazujemy – wiara, patriotyzm, suwerenność, tradycja, cnoty kardynalne: roztropność, umiarkowanie, sprawiedliwość i męstwo. Byle propagować skutecznie swoje cele i zamierzenia. Obecnie nasza rozpędzona cywilizacja zachodnia znalazła się zresztą na takim wirażu, iż trzeba szerzyć i umacniać – najzwyczajniejszą normalność! Nie należy zatem brzydzić się pojęcia „propaganda”, bowiem ono wcale nie musi oznaczać propagowania zła. Trzeba mieć świadomość, że jeśli nie weźmiemy się od zaraz do ciężkiej roboty upubliczniania i umacniania naszych poglądów – ale i naszych ludzi! – to choć jest nas miliony, to rozjedzie nas genderowy walec i będziemy płodzić dzieci dla homoseksualistów, a gejom czyścić buty.
Jest nas miliony, owszem, ale przeciwnik przedstawia się tak, jakby to jego było zdecydowanie więcej, jakby to on dominował, a nasz obóz stanowili wstrętni, prymitywni uzurpatorzy. Co prawda, rządzą ludzie demokratycznie wybrani, trudno temu zaprzeczyć, ale po pierwsze, lewactwo uważa, że naród nasz jest ciemny, czego najlepiej dowodzi właśnie niewłaściwa postawa w wyborach. Po drugie, świadomi obywatele spod znaku czerwonej gwiazdy i sześciokolorowej tęczy akceptują teraz – i ostro propagują! – nowoczesny rodzaj demokracji: demokrację liberalną. Jest to faktycznie niebywałe osiągnięcie myśli ludzkiej i niezwykle postępowe podejście do sprawowania władzy: w imieniu większości, ale w interesie mniejszości.
Takie oto genialne dokonania ludzkiego intelektu, godne zaiste najwybitniejszych teoretyków komunizmu, wtłacza się do umysłów mas. Są to na razie tłocznie tylko propagandowe. Choć może słowo „tylko” nie bardzo tu pasuje, skoro tłocznie takie działają już także na uczelniach, głównie na uniwersytetach (sic!), oraz w zarządzanych przez dewiantów seksualnych międzynarodowych korporacjach. No, ale faktem jest, że nie stosuje się jeszcze środków militarnych, choć policyjno-sądowe czasami tak. Główną metodą wciskania groźnej głupoty pozostaje wciąż postępowa propaganda.
2.
Trzeba mieć świadomość, że nie obronimy się samą prawdą, jeśli nie będzie ona powszechnie znana, jeśli nie będzie krzewiona, popularyzowana, uprzystępniana, rozpowszechniana, umasawiana, reklamowana, transmitowana etc. Robota obozu targowicko-dewiacyjnego polega nie tylko na rozsiewaniu zarazków tęczowej choroby. Ważne jest także atomizowanie narodu oraz dewastowanie sceny politycznej. Dokonuje się to również poprzez wyciąganie z naszych szeregów wyróżniających się jednostek i dorabianie im, jak by to Gombrowicz powiedział, gęby. Czyli wizerunku.
Na przykład – polscy europosłowie głosują za sankcjami przeciwko własnemu krajowi i w ogóle nie obawiają się, że im to popsuje ich wizerunek! Jak to jest możliwe? Proste: ten wizerunek piszą im zaprzedane zagranicy i dewiantom media! Te media nie nazwą ich zdrajcami, dla nich są to waleczni bohaterowie. I co, te same media będą budować wizerunek naszych ludzi, naszych kandydatów, naszych polityków? Tak, będą to robić. Jaki jest jednak sens ulegania takim wizerunkom? A przecież są tacy w szeregach zjednoczonego stronnictwa prawicowego, którzy nie tylko to respektują, ale nawet dają wiarę fałszywym obrazom! Są to głównie przedstawiciele tzw. góry (nie wszyscy oczywiście), żyjący w jakimś lęku, iż żerujące na polskim organizmie cudzoziemskie media źle o nich napiszą lub nieprzychylnie się odezwą. Jeśli o mnie chodzi, to powtarzam, że gdyby napisali o mnie dobrze w gazecie wiadomo jakiej, to musiałbym poważnie zastanowić się nad sobą.
Na dole jest inaczej – tam nikt nie lęka się złego wizerunku, bo nikt nigdzie nie kandyduje i nie funkcjonuje pod presją wyborczą. Na dole nie kupują tak łatwo fałszywych wizerunków, jak mniemają niektórzy podszyci niepewnością, a może nawet strachem, przedstawiciele obozu patriotycznego. Na dole ludzie są wkurzeni, że dopuszcza się do bezkarnego opluwania i coraz bardziej ordynarnego wyzywania całej naszej formacji, szeregowania patriotów jako ciemniaków a nawet faszystów – tak, to irytuje coraz bardziej. Irytuje również histeryczna reakcja niektórych na byle pomówienie. Ludzie w obozie patriotycznym nie oczekują wycofania, lecz podjęcia walki. A walcząc, nie można tylko zasłaniać się przed ciosami, trzeba opracować strategię ataku. Wszyscy mają dosyć narastającej rejterady. Przed czym w ogóle ta ucieczka? Ktoś do nas strzela, rzuca w nas granatami, spuszcza na nas bomby? Nie, to tylko propaganda. Skoro nie podjęto przez lata żadnych konkretnych działań w celu powstania silnych mediów prawicowych, to proszę nas teraz bronić inaczej. Nie wiem jak, ale bronić, bo to jest obowiązek wybranych wobec swych wyborców.
Czym odpowiedzieć na fałsz? Na pewno nie pokornym schyleniem głowy i biciem się w piersi. Gdybym teraz zaproponował utworzenie w PiS-ie wydziałów propagandy, zostałbym uznany od razu za godny co najwyżej politowania spadek po komunie. A jednak bardzo żałuję, że nie ma takich wydziałów, i to od samej góry do samego dołu, na poziomach wszystkich struktur. Oczywiście nie chodzi o nazwę; niech się to nazywa dział lub referat, pion czy sektor przekonywania, nagłaśniania lub orędowania. Byle skutecznie działało. A przecież nie działa.
Jakiś rok temu pewien znany polityk prawicowy powiedział do mnie: „Popatrz, troszeczkę lepiej o nas mówią…”, mając na myśli lewackie media. Oniemiałem. O co tu chodzi? Żeby ktoś troszeczkę mniej napastliwie o nas się wypowiadał? Żeby troszeczkę mniej kłamał? Przecież z kłamstwa nie zrezygnował! Zresztą w ogóle nie dostrzegłem tego „troszeczkę mniej” – walą w nas jak w bęben każdego dnia. Ci na górze chyba na to już się uodpornili, ci na dole jednak są z tego powodu coraz bardziej poirytowani. Po co hamować się w mówieniu prawdy prosto z mostu, robić przeróżne wygibasy, żeby wypaść „troszeczkę lepiej” we wrogich publikatorach? Coś takiego głosów wyborczych na pewno nie przysporzy, a budzi niechęć we własnych szeregach.

 

Jest tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika „WPiS - Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić  tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 10/2020 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

MKiDN
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Archiwum